CZĘŚĆ DRUGA: WŚRÓD DRAPIEŻNIKÓW
—
Rozdział 6
Las Vegas o świcie wygląda jak sen, z którego nikt nie chce się obudzić.
Ethan stał na balkonie apartamentu, który Claire wynajęła dla niego pod fałszywym nazwiskiem. Mieścił się w starej części miasta, z dala od Stripu, gdzie kasyna były mniejsze, brudniejsze i bardziej autentyczne. Powietrze pachniało benzyną i betonem, który nagrzany przez cały dzień, w nocy wypuszczał z siebie ciepło jak wielki piec.
Ostatnie trzy dni spędził na analizie dokumentów zgromadzonych przez matkę w skrytce depozytowej w Sedonie. Matka zostawiła mu więcej, niż się spodziewał. Rachunki bankowe, zeznania podatkowe, listy, nagrania – wszystko, co przez lata zbierała na Duncana Crowe’a.
Nie było w tym żadnego „dymiącego pistoletu”. Żadnego jednego dowodu, który wysłałby Crowe’a do więzienia. To była mozaika – setki drobnych elementów, które ułożone razem tworzyły obraz imperium zbudowanego na kłamstwach, przekupstwie i przemocy.
Ethan przeglądał te dokumenty z uwagą, której nauczył się od Vincenta. Szukał słabych punktów. Miejsc, w których struktura Crowe’a mogła pęknąć.
Znalazł trzy.
Pierwszy: kanały finansowe. Crowe od lat prał pieniądze przez sieć firm pozornie niezależnych – restauracje, salony samochodowe, sklepy z odzieżą. Matka zidentyfikowała siedemnaście takich podmiotów, z czego pięć wciąż działało. Jeśli udałoby się uderzyć w przepływ gotówki, imperium Crowe’a zaczęłoby krwawić.
Drugi: ludzie. W dokumentach znajdowały się nazwiska trzydziestu siedmiu osób, które pracowały bezpośrednio dla Crowe’a. Ochroniarze, kierowcy, prawnicy. Większość była lojalna, ale kilku – według notatek matki – miało powody, by zdradzić swojego pracodawcę. Długi hazardowe. Kobiety. Sprawy, które mogłyby pójść na policję, gdyby ktoś odpowiednio nimi pokierował.
Trzeci: nieruchomość w Sedonie.
To było najdziwniejsze. Matka przez lata utrzymywała dom w Sedonie, choć od 2005 roku w nim nie mieszkała. Wynajmowała go przez agencję, ale czynsz wpływał na konto, które nigdy nie było sprawdzane przez nikogo poza nią. W dokumentach znalazł umowę najmu, w której jako lokator figurował ktoś o nazwisku Elena Vasquez.
Elena Vasquez nie istniała.
Była to tożsamość, którą matka stworzyła piętnaście lat temu. Konto bankowe na to nazwisko miało stan konta wynoszący 4.2 miliona dolarów. Środki zgromadzone systematycznie, przez lata, w małych transakcjach, które nie wzbudzały podejrzeń.
Matka nie tylko zbierała informacje na Crowe’a. Ona też ukradła mu pieniądze. I to nie dwa miliony, które zabrał ojciec – ale dwa razy tyle, rozłożone na piętnaście lat systematycznych transferów, które wysysały z imperium Crowe’a gotówkę kroplami, tak małymi, że nikt ich nie zauważył.
Ethan zamknął laptop i oparł głowę o ścianę.
Jego matka, kobieta, którą pamiętał jako cichą, wycofaną osobę, przez piętnaście lat prowadziła wojnę partyzancką przeciwko jednemu z najniebezpieczniejszych ludzi w południowo-zachodniej części kraju. I nie powiedziała mu o tym ani słowa.
Telefon zadzwonił o 6:47.
— Jestem na dole — powiedział głos, który rozpoznał jako Marcus Webb. — Zabieram cię na śniadanie.
Ethan spojrzał przez okno. Na parkingu przed budynkiem stał stary, niebieski pickup z wgniecioną maską i plamami rdzy na drzwiach.
— Nie jadam śniadań — odpowiedział.
— Dziś zjesz.
—
Rozdział 7
Marcus Webb miał około pięćdziesiątki, ale wyglądał na dziesięć lat starszy. Twarz poorana zmarszczkami, które nie powstały od śmiechu. Dłonie – duże, spracowane, z bliznami na kostkach, które Ethan rozpoznał – to były ślady po walkach, w których kości spotykały się z zębami.
— Więc jesteś synem Evelyn — powiedział Webb, gdy usiedli w taniej jadłodajni na przedmieściach. Pachniało smażonym boczkiem i kawą, która stała na ogniu od pięciu godzin. — Claire mówiła, że jesteś wyszkolony. Ale patrząc na ciebie, widzę coś więcej.
— Co?
Webb uśmiechnął się. Brakowało mu dwóch dolnych zębów.
— Widzę kogoś, kto siedział w klatce. Ktoś, kto wie, że najgorszym przeciwnikiem nie jest ten silniejszy, ale ten, który nie boi się zrobić tego, czego ty się boisz.
Ethan nie odpowiedział. Zamówił kawę – czarną, bez cukru – i czekał.
— Claire mówiła, że potrzebujesz dostępu do narzędzi — Webb kontynuował, wyciągając z kieszeni mały pendrive. — To abonament premium na moją platformę. Sześć miesięcy opłacone. Masz tam dostęp do analizatora śladów cyfrowych, edytora wideo z modułem do weryfikacji autentyczności i bazy danych, która ciągnie informacje z czterdziestu siedmiu źródeł, do których rząd nie chce przyznać, że ma dostęp.
— Brzmi jak coś, za co idzie się do więzienia.
— Dlatego mam abonament miesięczny. To zupełnie legalne. Klienci płacą za dostęp do platformy kursów online. To, co robią z informacjami, które tam znajdą, to już ich sprawa.
Ethan wziął pendrive. Był ciepły od dłoni Webba.
— Claire mówiła, że masz też sprzęt.
— Mam. Kamery termowizyjne, mikrofony kierunkowe, nadajniki GPS. Standard. Ale powiem ci coś, synu.
Webb pochylił się nad stołem. Jego oddech pachniał kawą i papierosami.
— Jeśli chcesz uderzyć w Crowe’a, sprzęt ci nie pomoże. On ma ludzi, którzy przez trzydzieści lat pilnowali, żeby nikt nie zbliżył się do niego z niczym, co wygląda jak broń. Potrzebujesz czegoś innego.
— Czego?
— Potrzebujesz kogoś, kto jest wewnątrz. Ktoś, kto zna jego ruchy, jego nawyki, jego słabości. Ktoś, kto może ci powiedzieć, kiedy Crowe jest bezbronny.
— Masz kogoś takiego?
Webb wyciągnął z kieszeni płaską butelkę i pociągnął łyk. Whisky. O 7:15 rano.
— Może. Ale to nie będzie tanie.
— Ile?
— Nie chodzi o pieniądze. Chodzi o to, że ta osoba ma własne rachunki do wyrównania z Crowe’em. I jeśli jej pomożesz, ona pomoże tobie. Ale jeśli zawiedziesz…
— Nie zawiodę.
Webb popatrzył na niego długo. W jego oczach było coś, co Ethan rozpoznał jako ocenę. Nie tylko umiejętności – ale charakteru.
— Nazywa się Leo Vance — powiedział w końcu Webb. — Był prawą ręką Crowe’a przez dwanaście lat. Teraz jest w ukryciu w Montanie. Crowe myśli, że nie żyje.
— Dlaczego uciekł?
— Bo zobaczył coś, czego nie powinien był zobaczyć. I bo Crowe zabił jego córkę.
Kawa w ustach Ethana nagle zrobiła się gorzka.
— Opowiadaj.
— Leo prowadził dla Crowe’a interesy w Reno. Kasyno, które służyło jako przykrywka do czegoś większego. Pewnego dnia jego córka – miała dziewiętnaście lat, studiowała na uniwersytecie – znalazła się w złym miejscu o złym czasie. Zobaczyła, jak ludzie Crowe’a transportują coś, czego nie powinni byli transportować. Nie wiem co. Leo nie mówi. Wiem tylko, że trzy dni później dziewczyna nie żyła. Wypadek samochodowy. Ale Leo wiedział. I uciekł, zanim Crowe zdążył go też uciszyć.
Ethan odstawił kubek.
— Gdzie w Montanie?
— Mam dla ciebie adres. Ale powiem ci szczerze — Leo jest spalony. Po tym, co go spotkało, nie ufa nikomu. Jeśli pojedziesz tam i powiesz, że chcesz uderzyć w Crowe’a, może cię zabić. Albo po prostu wyjedzie, zanim zdążysz cokolwiek powiedzieć.
— Zaryzykuję.
Webb skinął głową, jakby spodziewał się tej odpowiedzi.
— Masz samochód?
— Wynajęty.
— Wymień go. Crowe ma ludzi na lotniskach i wypożyczalniach. Weź coś, czego nie da się łatwo namierzyć.
— Mam już coś.
Webb uśmiechnął się – pierwszy raz, od kiedy się spotkali. To nie był wesoły uśmiech.
— Wiesz, Ethan, jesteś podobny do swojej matki bardziej, niż myślisz. Ona też nie umiała odpuścić. Też musiała zrobić to, co musiała. I też myślała, że wygra.
— A nie wygrała?
Webb wstał od stołu. Wrzucił na blat dwa banknoty dwudziestodolarowe.
— Wygrała każdą bitwę. Przegrała wojnę. Pytanie brzmi, czy ty chcesz być jak ona, czy może skończyć to, co ona zaczęła.
Wyszedł, nie oglądając się za siebie.
Ethan został przy stole. Przez okno widział, jak niebieski pickup odjeżdża z piskiem opon, wzbijając tumany kurzu z popękanej nawierzchni parkingu.
Wziął pendrive do ręki. Wsunął go do kieszeni kurtki, obok listu matki.
Zadzwonił do Claire.
— Lecę do Montany — powiedział, gdy podniosła słuchawkę.
— Wiem. Webb mi powiedział.
— Powiedz mi coś o Leo Vance’u. Coś, czego Webb mi nie powiedział.
Cisza.
— Leo był kiedyś dobrym człowiekiem — usłyszał w końcu. — To znaczy, był gangsterem, ale miał swój kodeks. Nie krzywdził kobiet, nie krzywdził dzieci. Gdy Crowe kazał mu zrobić coś, czego nie mógł przełknąć, potrafił odmówić. To go uratowało. I zgubiło jednocześnie.
— Jak to?
— Crowe go szanował. To znaczy, w sensie, w jakim człowiek taki jak Crowe może kogoś szanować. Leo był użyteczny. Dopóki nie przestał być. Gdy zginęła jego córka, Crowe stracił nad nim kontrolę. Leo nie był już użyteczny. Był zagrożeniem.
— Dlaczego Crowe go nie zabił?
— Próbował. Leo zniknął, zanim jego ludzie zdążyli go dorwać. Przez trzy lata Crowe myślał, że nie żyje. Aż do zeszłego roku, gdy ktoś wynajął prywatnego detektywa, żeby sprawdził, czy Leo przypadkiem nie gromadzi czegoś, co mogłoby zaszkodzić Crowe’owi.
— Kto?
— Nie wiem. Ale wiem, że detektyw nie żyje.
Ethan zamknął oczy.
— Claire — powiedział cicho. — Czy ty grasz ze mną w otwarte karty?
— Myślisz, że coś przed tobą ukrywam?
— Myślę, że pojawiłaś się w momencie, gdy dowiedziałem się o spadku. Myślę, że matka ci zaufała, ale ja ciebie nie znam. I myślę, że każdy, kto ma coś wspólnego z tym światem, ma swój cel.
Głos Claire, gdy odpowiedziała, był inny niż dotychczas. Mniej kontrolowany. Bardziej… ludzki.
— Twoja matka uratowała mi życie, Ethan. Dziesięć lat temu, gdy byłam w miejscu, z którego nie ma wyjścia, ona podała mi rękę. Nie dlatego, że czegoś ode mnie chciała. Po prostu taka była. I przysięgłam jej, że jeśli kiedykolwiek będzie potrzebowała pomocy, będę przy niej. Dotrzymałam słowa. Nawet po jej śmierci.
— A teraz?
— A teraz pomagam tobie. Nie dlatego, że twoja matka mi kazała. Dlatego, że Duncan Crowe powinien odpowiedzieć za to, co zrobił. I dlatego, że jesteś jedyną osobą, która może go powstrzymać.
Ethan wziął głęboki oddech.
— Jeśli to prawda, to powiedz mi jedno: czy Webb jest czysty?
Claire zaśmiała się. To był krótki, gorzki śmiech.
— Nikt w tym świecie nie jest czysty, Ethan. Ale Marcus Webb ma wobec Crowe’a rachunek, który ciągnie się od dwudziestu lat. Crowe zabił jego brata w 1999 roku. Webb od tamtej pory czeka na okazję, żeby oddać. I myśli, że ty jesteś tą okazją.
— Wykorzystuje mnie.
— Każdy cię wykorzystuje, Ethan. Pytanie brzmi, czy wykorzystujesz ich w zamian.
Skończyli rozmowę.
Ethan wyszedł z jadłodajni, wsiadł do samochodu – starego forda, którego kupił za gotówkę od mechanika na obrzeżach Phoenix – i ruszył na północ.

Przed nim było dwanaście godzin drogi do Montany. Za nim – miasto, w którym Duncan Crowe prawdopodobnie już wiedział, że syn Evelyn Keller właśnie rozpoczął coś, czego nie będzie mógł łatwo zatrzymać.
—
Rozdział 8
Leo Vance mieszkał w domku na skraju lasu, trzydzieści mil od najbliższego miasta w Montanie.
Ethan dotarł tam o zmierzchu. Temperatura spadła do minus pięciu stopni – pierwszy chłód, który poczuł od czasu opuszczenia Arizony. Powietrze pachniało żywicą i wilgotną ziemią. Na niebie nie było ani jednej chmury, a gwiazdy wisiały tak nisko, że wydawało się, jakby można było je dotknąć.
Zaparkował ćwierć mili od posesji. Resztę drogi przeszedł pieszo, poruszając się między drzewami, bez latarki, opierając się tylko na świetle księżyca i instynkcie, który prowadził go przez ciemność.
Dom był mały – dwa pokoje, weranda, przyczepa z drewnem opałowym przy ścianie. W oknach paliło się światło. Ethan zatrzymał się w odległości pięćdziesięciu metrów, przygarbiony za pniem sosny, i obserwował.
Przez piętnaście minut.
W tym czasie zobaczył: jedno wejście frontowe, jedne drzwi tylne (prawdopodobnie zamknięte), dwa okna na parterze. Żadnych kamer. Żadnych czujników ruchu. Ale dostrzegł coś innego – pod parapetem okna od strony lasu, ledwo widoczny w księżycowym świetle, cień drutu rozciągniętego na wysokości kostki.
Prowizoryczna pułapka. Prymitywna, ale skuteczna, jeśli ktoś w ciemności nie patrzy pod nogi.
Ethan obszedł ją szerokim łukiem i podszedł do drzwi frontowych.
Zapukał.
Cisza.
Zapukał ponownie, trzy razy, w rytmie, który miał znaczenie tylko dla osób z przeszłością, którą on i Leo Vance dzielili – rytm używany w pewnych kręgach jako sygnał, że zbliża się ktoś, kto nie jest wrogiem.
Drzwi otworzyły się po dziesięciu sekundach.
Leo Vance miał na sobie podkoszulek z długim rękawem i spodnie robocze. Włosy siwe, krótko przycięte. Twarz poorana bliznami, które nie pochodziły od walki w ringu. W prawej ręce trzymał nóż myśliwski – długie, zakrzywione ostrze, które odbijało światło z wnętrza.
Jego oczy, gdy spojrzał na Ethana, były tym, co przykuło uwagę. Szare, głęboko osadzone, z wyrazem, który Ethan rozpoznał. To był wzrok kogoś, kto stracił wszystko, co kochał, i już się nie boi.
— Kim jesteś? — głos Vance’a był niski, chropawy, jak żwir przesypywany w ciężarówce.
— Nazywam się Ethan Keller. Moja matka to Evelyn Keller.
W oczach Vance’a coś drgnęło.
— Evelyn nie żyje.
— Wiem. Dlatego tu jestem.
Vance zmierzył go wzrokiem od stóp do głów. Jego palce zacisnęły się na rękojeści noża.
— Skąd masz ten sygnał?
— Vincent Cale nauczył mnie.
Przez dłuższą chwilę żaden z nich się nie poruszył. W oddali zaszczekał pies – długo, przeciągle, jakby ostrzegał przed czymś, co tylko on widział w ciemności.
Potem Vance odsunął się od drzwi.
— Wchodź. Ale jeśli zrobisz coś głupiego, nie wyjdziesz.
Ethan wszedł do środka.
Wewnątrz było ciepło. Piec kaflowy w rogu palił się pełnym ogniem, a powietrze pachniało dymem, skórą i czymś jeszcze – czymś, czego Ethan nie potrafił nazwać, ale co przypominało mu dom z dzieciństwa. Ten sam zapach drewna, herbaty i ciszy, która nie wymagała wypełniania słowami.
Usiedli naprzeciwko siebie przy stole z surowego drewna. Leo położył nóż na blacie – w zasięgu ręki, ale nie w sposób groźny. To był gest, który Ethan rozumiał: nie ufam ci, ale jesteś gościem w moim domu.

— Mów — rzucił Leo.
Ethan opowiedział mu wszystko. List od matki. Środki na koncie Eleny Vasquez. Śmierć Vincenta. Spotkanie z Claire i Webbem. I wreszcie – to, co chciał zrobić.
Gdy skończył, Leo wstał i podszedł do okna. Przez chwilę patrzył w ciemność, z rękami w kieszeniach spodni.
— Twoja matka była odważną kobietą — powiedział w końcu, nie odwracając się. — I głupią. Jedno i drugie często idzie w parze.
— Nie przyjechałem tu, żeby słuchać, jaka była moja matka.
Leo odwrócił się.
— A po co przyjechałeś?
— Potrzebuję twojej pomocy. Webb mówił, że znasz Crowe’a od środka. Jego nawyki, jego ludzi, jego słabości.
— Webb gada za dużo — Leo wrócił do stołu i usiadł. — I tak, znam Crowe’a. Znam go lepiej, niż chciałbym kogokolwiek znać. Ale to, co mówisz… to nie jest zwykła zemsta, chłopcze. To samobójstwo.
— Vincent mówił, że w walce nie wygrywa ten, kto się nie boi, tylko ten, kto boi się mniej.
Leo uśmiechnął się. To był smutny uśmiech.
— Vincent był mądrym człowiekiem. Ale nie żyje. Tak samo jak twoja matka. Tak samo jak moja córka. I wiesz dlaczego? Bo myśleli, że jeśli będą wystarczająco silni, wystarczająco sprytni, wystarczająco… — przerwał, szukając słowa — wystarczająco sprawiedliwi, to wygrają. A Crowe wygrywa, bo on nie gra w tę grę. On gra w swoją.
— To powiedz mi, jak gra.
Leo spojrzał na niego długo. Potem sięgnął po butelkę whisky stojącą na kredensie, nalał dwa kieliszki i jeden przesunął w stronę Ethana.
— Crowe ma trzy rzeczy, które go chronią — zaczął, odchylając się na krześle. — Po pierwsze: pieniądze. Nie mówię o tych, które masz na koncie. Mówię o prawdziwych pieniądzach. Crowe ma około trzystu milionów rozrzuconych po kontach w dwunastu krajach. Dla niego wojna to tylko koszt operacyjny.
Ethan nie pił. Czekał.
— Po drugie: ludzie. Crowe nie ma przyjaciół. Ma pracowników. Trzysta osób, które od niego zależą. Ochroniarze, księgowi, prawnicy, politycy, sędziowie. Nie wszyscy wiedzą, dla kogo pracują. Ale wszyscy są w systemie. Uderz w jednego, a reszta się domknie.
— A po trzecie?
Leo zawahał się.
— Po trzecie: jego bezpieczeństwo osobiste. Crowe od piętnastu lat nie opuszcza swojego domu w Las Vegas. To znaczy, opuszcza, ale tylko wtedy, gdy ma absolutną pewność, że trasa jest czysta. Jego rezydencja to twierdza. Kamery, czujniki ruchu, ochrona dwadzieścia cztery godziny na dobę. I własna armia – dwudziestu ludzi, którzy są z nim od dekad. Niektórzy z nich to byli wojskowi. Jeden, facet o nazwisku Decker, to były operator Delta Force.
— Każda twierdza ma słaby punkt.
— Ten nie ma. Próbowałem. Przez dwa lata, zanim uciekłem. Nie znalazłem żadnego.
Ethan wziął kieliszek i wypił jednym haustem. Whisky paliła w przełyku, rozlewając się ciepłem w żołądku.
— To może nie uderzymy w twierdzę — powiedział, stawiając kieliszek na stole. — Uderzymy w fundamenty.
Leo uniósł brew.
— Mówisz o jego finansach.
— Mówię o systemie, który go chroni. Jeśli uda nam się pokazać jego ludziom, że Crowe traci kontrolę, że nie jest już tym, kim był… niektórzy zaczną szukać nowego pracodawcy.
— A jeśli nie zaczną?
— Wtedy uderzymy tam, gdzie naprawdę boli. W jego reputację. Crowe przez trzydzieści lat budował wizerunek człowieka, którego nie da się dotknąć. Jeśli uda nam się go dotknąć, choć raz, przed świadkami… reszta zrobi swoje.
Leo milczał przez długą chwilę. Jego palce bębniły o blat – cichy, rytmiczny stukot, który przypominał Ethanowi tykanie zegara.
— Wiesz — powiedział w końcu Leo — twoja matka też tak mówiła. Że wystarczy jedno pęknięcie. Że jeśli pokażesz ludziom, że Crowe jest tylko człowiekiem, to imperium samo się rozpadnie.
— I co?
— I miała rację. Tylko że ona też nie żyje.
Ethan wstał.
— Nie proszę cię, żebyś ryzykował dla mnie. Proszę, żebyś ryzykował dla swojej córki. I dla wszystkich innych, których Crowe zniszczył. Jeśli nie chcesz mi pomóc, zrozumiem. Ale ja i tak to zrobię. Sam.
Leo podniósł wzrok.
— Nie jesteś głupi — powiedział. — To dobrze. Głupi nie przeżywają w tym świecie. Ale jesteś też młody. I to może cię zabić.
— Może.
Leo wstał. Przez chwilę stali naprzeciwko siebie, dzieląc ciszę, która miała w sobie ciężar niewypowiedzianych strat.
— Zostaniesz na noc — powiedział w końcu Leo. — Rano porozmawiamy. Teraz idź spać. Drugi pokój na końcu korytarza.
Ethan skinął głową. Gdy przechodził obok Leo, usłyszał jego cichy głos:
— Vincent cię dobrze nauczył. Ale nie tylko walki. On cię nauczył, jak patrzeć. To rzadkie.
Ethan zatrzymał się na moment.
— Vincent nauczył mnie, że najważniejsza rzecz, jaką możesz zobaczyć, to to, czego inni nie chcą widzieć.
Wszedł do pokoju i zamknął za sobą drzwi.
Przez cienką ścianę słyszał, jak Leo Vance porusza się po domu. Kroki ciężkie, pewne – mimo lat spędzonych na odludziu, ten człowiek wciąż miał w sobie coś, czego nie da się zabić ani wygnać.
Gdy światła w całym domu zgasły, Ethan wciąż nie spał. Leżał na twardym materacu, wpatrzony w sufit, i słuchał oddechu lasu za oknem.
W kieszeni kurtki, którą powiesił na krześle, telefon wibrował cicho. Wiadomość od Claire:
„Crowe wie, że jesteś w Arizonie. Znaleźli twój samochód w Phoenix. Uważaj.”
Ethan wyłączył telefon.
W ciemności, na północy Montany, gdzie temperatura spadała już do minus dziesięciu stopni, uśmiechnął się.
Crowe myślał, że ściga ofiarę.
Za kilka dni miał się przekonać, jak bardzo się mylił.
—
KONIEC CZĘŚCI DRUGIEJ
—
Czy Ethan zdoła przekonać Leo Vance’a do współpracy, zanim ludzie Crowe’a dotrą do ich kryjówki w Montanie? I jakie sekrety skrywa przeszłość łącząca matkę Ethana z człowiekiem, który teraz może stać się jego największym sprzymierzeńcem?
