CZĘŚĆ PIERWSZA: AKTA SPRAWY
—
Rozdział 1
Klamka była lodowata.
Nie powinna być. Mamy w Chicago, dwadzieścia osiem stopni w cieniu, a słońce praży w elewację od trzech godzin. Mimo to metal sparzył zimnem, jakby ktoś wyjął go z zamrażarki na dziesięć minut przed moim przyjściem.

Cofnęłam dłoń.
Dom stał cicho.
Za cicho.
Jakby ktoś wyciął z niego wszystkie dźwięki. Żadnego bzyczenia much, żadnego szumu klimatyzacji z sąsiednich posesji, nawet ruch na Grove Street zamarł na te kilka sekund, kiedy stałam na ganku.
Rozejrzałam się instynktownie.
Naprzeciwko starszy pan podlewał trawnik. Wąż tryskał wodą, ale on patrzył na mnie. Nie poruszał się, nie mrugał, tylko stał z ręką na spryskiwaczu i wpatrywał się w moją twarz.
Machnęłam ręką.
Nie odmachał.
– Tylko mi nie mów, że będzie miło – mruknęłam pod nosem i tym razem złapałam klamkę zdecydowanie, zanim zdążyłam się rozmyślić.
Drzwi ustąpiły bez skrzypnięcia. Naoliwione. Precyzyjnie. Jakby ktoś robił to codziennie od lat, mimo że według papierów nikt tu nie mieszkał od ośmiu miesięcy.
W środku pachniało kurzem i czymś jeszcze. Czymś słodkawym, ledwo wyczuwalnym, jakby ktoś rozlał sok i zostawił do wyschnięcia tygodnie temu.
– Halo? – rzuciłam w głąb korytarza. Głupio, wiem. Dom miał prawie sto metrów, a ja stałam w progu jak nastolatka w horrorze. – Jest tu kto?
Cisza.
Tylko ten zapach. I zimno.
Bo w środku też było zimno. Nie tak, jakby działała klimatyzacja, ale tak, jakby ściany trzymały w sobie coś, czego nie chciały oddać słońcu. Przeszłam przez próg i zamknęłam za sobą drzwi.
Klik.
Odgłos zamka był głośniejszy niż powinien.
Oparłam się o framugę i zamknęłam oczy. Tylko na sekundę. Żeby zebrać myśli.
Nie jesteś tu, żeby się bać, Nora. Jesteś tu, żeby to ogarnąć, sprzedać i wrócić do normalnego życia.
Normalnego.
Ciekawe, jak to słowo smakuje komuś, kto przez ostatnie dwa lata oglądał tylko szpitalne sufity.
Otworzyłam oczy i zaczęłam od pokoju dziennego.
—
Światło wpadające przez brudne okna rysowało na podłodze prostokąty, w których wirował kurz. Meble stały przykryte białymi prześcieradłami – takimi, jakich używa się w hotelach, nie w domu. Zbyt białymi. Zbyt równo ułożonymi.
Podeszłam do kominka. Nad nim wisiało zdjęcie.
Moja matka.
Młodsza niż ją pamiętałam, z włosami upiętymi w luźny kok i uśmiechem, który zniknął gdzieś, kiedy miałam dziesięć lat. Stała obok mężczyzny, którego nie znałam. Wysoki, ciemne włosy, garnitur szyty na miarę – to było widać nawet na tym wyblakłym od słońca zdjęciu. Trzymał ją za łokieć. Nie za rękę, nie w talii. Za łokieć. Jakby prowadził.
Z tyłu ramki, na zakurzonym drewnie, ktoś wydrapał coś ostrym narzędziem.
Trzy cyfry.
2-1-7.
Albo może 2-1-7, jeśli ktoś miał drżącą rękę.
Odwróciłam zdjęcie. Na odwrocie, długopisem, prawie niewidocznym: Lipiec 2018. Hamptons.
Lipiec 2018.
Miesiąc przed jej śmiercią.
Schowałam zdjęcie do torby. Nie wiedziałam po co. Instynkt.
Na piętrze było jeszcze zimniej.
Sypialnia rodziców wyglądała jak mauzoleum. Wielkie łoże z ciemnego drewna, toaletka z lustrem w srebrnych ramach, szafa sięgająca sufitu. Otworzyłam ją.
Ubrania wisiały równo, jakby czekały, aż ktoś po nie przyjdzie. Garnitury mojego ojca – ten sam krój, ten sam kolor. Kilkanaście identycznych marynarek. I koszule. Białe. Wszystkie białe. Jakby żył w mundurze.
Na dolnej półce stały buty. Lśniące, wypastowane, żadnych śladów użytkowania.
I pudełko.
Srebrne, wielkości książki, bez zamka. Otworzyłam.
W środku leżały dokumenty. Ale nie takie, jakich się spodziewałam – nie testament, nie akty własności, nie polisy. Tylko pliki grubych kartek spiętych w segregatory, każdy z etykietą wydrukowaną na maszynie.
Sprawa 217. DeLuca vs. Kowalski. Roszczenie wzajemne.
Sprawa 218. Windykacja nieruchomości. Egzekucja komornicza.
Sprawa 219. Spór sądowy. Umowa cywilna. Odszkodowanie.
Przebiegłam palcami po grzbietach segregatorów.
DeLuca.
To nazwisko gdzieś słyszałam.
Sięgnęłam po telefon, żeby sprawdzić w sieci, ale ekran był czarny. Padł? Ładowałam go w samochodzie, jeszcze przed wejściem.
Zeszłam na dół, do kuchni. Może tam jest gniazdko.
Kuchnia pachniała tym samym słodkim zapachem, tylko mocniej. Podeszłam do lodówki – pusta, odłączona od prądu, drzwiczki uchylone zgodnie ze sztuką. Obok zlew, w nim kubek. Jeden. Z zaschniętymi śladami kawy na dnie.
Ktoś tu był. Niedawno.
Podłączyłam telefon do ładowarki przy blacie. Ekran ożył, pokazując dziewięć nieodebranych połączeń od Toma. Mój były. Facet, który nie umiał powiedzieć „przepraszam”, ale umiał wydzwaniać, kiedy chciał sexu.
Skasowałam powiadomienie i otworzyłam przeglądarkę.
DeLuca. Chicago.
Wyników: sto czterdzieści siedem tysięcy.
Zawęziłam: DeLuca sprawy sądowe.
Pierwszy link: Kancelaria DeLuca & Partnerzy – porady prawne, spory sądowe, windykacja.
Drugi: Vincent DeLuca nie żyje. Kontrowersje wokół spadku.
Trzeci: Mafia w Chicago. Kim byli DeLuca?
Zamarłam.

Kliknęłam w trzeci link.
Strona lokalnej gazety sprzed pięciu lat. Zdjęcie dwóch mężczyzn w garniturach, wychodzących z budynku sądu federalnego. Podpis: Bracia Vincent i Marco DeLuca opuszczają przesłuchanie w sprawie prania brudnych pieniędzy. Obu nie postawiono zarzutów.
Vincent DeLuca.
Ten sam Vincent, którego nazwisko widniało na segregatorach na górze.
Ten sam Vincent, który stał obok mojej matki na zdjęciu w salonie.
Z kominka.
Gdzie teraz tego zdjęcia nie było, bo je zabrałam.
Krew uderzyła mi do głowy tak mocno, że na sekundę straciłam ostrość widzenia. Oparłam się o blat, wciągnęłam powietrze.
Słodki zapach.
Teraz go rozpoznawałam.
Jaśmin.
Perfumy mojej matki.
Odwróciłam się gwałtownie.
W drzwiach kuchni stał mężczyzna.
—
Rozdział 2
Nie był stary. Może pięćdziesiątka, może mniej, ale twarz miał tak pociętą zmarszczkami, jakby żył w słońcu przez ostatnie dwadzieścia lat. Oczy jasne, prawie przezroczyste, i ręce oparte na lasce, której nie potrzebował – trzymał ją jak rekwizyt, jakby grał rolę, do której nie był przekonany.
– Panna Nora Kowalski – powiedział. To nie było pytanie.
Skinęłam głową, bo głos uwiązł mi w gardle.
– Sąsiad. Frank Morano. Mieszkam dwa domy dalej.
Ten sam, który podlewał trawnik. Tylko że teraz nie miał węża. Miał tylko tę laskę i spojrzenie, które ważyło więcej niż słowa.
– Drzwi były otwarte – powiedziałam. Głupio. Bo nie były.
– Nie. Były zamknięte. Słyszałem zamek.
– To znaczy, że pan podsłuchiwał?
Uśmiechnął się. Tylko kącikiem ust.
– W tej okolicy wszyscy podsłuchują. Taka specyfika. Pani matka to wiedziała.
– Skąd pan znał moją matkę?
Przeszedł kilka kroków w głąb kuchni, stukot laski o płytki odmierzał sekundy. Zatrzymał się przy oknie, spojrzał na trawnik, na ulicę, na dom naprzeciwko. Wszystko po kolei, jakby sprawdzał, czy ktoś nie patrzy.
– Znałem ją, zanim pani przyszła na świat. Znałem pani ojca. Pracowałem dla nich.
– Pracował pan? W czym?
– Byłem… kimś w rodzaju doradcy. Do spraw trudnych.
Oparł laskę o parapet i sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki. Wyjął kopertę. Brązową, zniszczoną, bez nadawcy.
– To dla pani.
Nie wzięłam jej.
– Niech mi pan najpierw powie, co tu się dzieje. Kim jest Vincent DeLuca? I dlaczego jego nazwisko jest w dokumentach mojego ojca?
Frank westchnął. Usiadł ciężko na krześle przy kuchennym stole, choć nikt go nie zapraszał.
– Vincent nie żyje. Zastrzelony trzy miesiące temu przed własnym domem. Policja mówi, że to robota mafii, ale nie znajdują sprawcy. Jak zwykle.
– A mój ojciec?
– Pani ojciec, panie świeć nad jego duszą, był prawnikiem Vincenta. Prowadził jego sprawy. Wszystkie.
– Prawnikiem? Mój ojciec był agentem nieruchomości.
Frank pokręcił głową powoli, jakby żałował, że musi to mówić.
– Przykro mi, panno Nora. Pani ojciec był jednym z najlepszych adwokatów w tym mieście. Specjalizował się w sprawach cywilnych, umowach, windykacjach. I w tym, co zostaje między wierszami.
Wstałam. Nie mogłam usiedzieć.
– To jakaś bzdura. Wychowałam się w tym domu. Ojciec wychodził rano do biura nieruchomości, wracał wieczorem, oglądał telewizję. Nie było żadnych…
– Pani ojciec – przerwał mi Frank, podnosząc rękę – wychodził rano do kancelarii przy LaSalle Street. Wracał wieczorem, ale nie po to, by oglądać telewizję. Wracał, by pracować dla ludzi, którzy nie mogli przyjść do niego w dzień. A pani spała. I dobrze.
Usiadłam naprzeciwko niego. Koperta leżała na stole między nami.
– Co jest w środku?
– Akt własności tego domu. I coś jeszcze.
– Co?
– Otwórz pani.
Zerwałam kopertę. W środku – dokumenty, tak, ale nie tylko. Klucz. Mały, mosiężny, do jakiegoś sejfu albo skrytki.
– Do czego to?
– Do rzeczy, które zostawił pani ojciec. W miejscu, o którym wiedziała tylko pani matka.
– To jakieś szarady. Mów pan wprost.
Frank wstał, opierając się o laskę.
– Nie mogę. Bo sam nie wiem. To, co wiem, skończyło się pięć lat temu, kiedy pani matka zginęła w tym wypadku. A potem pani ojciec zachorował. A potem umarł. A ja zostałem tylko z tym, co mi powiedzieli.
– I co panu powiedzieli?
Spojrzał na mnie. W jego oczach po raz pierwszy zobaczyłam coś, czego się nie spodziewałam.
Strach.
– Powiedzieli, że jak przyjdziesz, to mam ci dać kopertę. I powiedzieć, żebyś nie ufała nikomu. Nawet sobie.
Odwrócił się i ruszył w stronę wyjścia. Laska stukała rytmicznie.
– Frank! – zawołałam za nim.
Zatrzymał się w drzwiach, ale nie odwrócił.
– Co to za miejsce? Gdzie jest ten sejf?
– Tam, gdzie zaczyna się prawda. W kancelarii.
Drzwi zamknęły się za nim cicho.
Zostałam sama w kuchni, z kluczem w dłoni i słodkim zapachem jaśminu w nozdrzach.
I z pytaniem, na które nie znałam odpowiedzi.
Kim właściwie był mój ojciec?
—
Rozdział 3
Noc zapadła nad Chicago jak zasłona.
Zostałam w domu. Głupota, wiem, ale nie miałam siły jechać do hotelu, a jedyna osoba, która mogłaby mnie przenocować, to Tom, a jemu wolałam nie zawdzięczać niczego.
Na górze, w pokoju gościnnym, znalazłam pościel w szafie. Pachniała naftaliną i latami. Rozłożyłam ją na łóżku, które stało pod samym oknem, i położyłam się w ubraniu, z telefonem w dłoni.
Przeglądałam strony.
Vincent DeLuca. Urodzony 1965 w Chicago. Prawnik, przedsiębiorca, filantrop. Współzałożyciel kancelarii DeLuca & Partnerzy. Zmarł tragicznie 12 marca tego roku. Przyczyną śmierci były obrażenia postrzałowe. Śledztwo w toku.
Filantrop.
Ciekawe, ile filantropii można uprawiać, mając na koncie trzy sprawy o pranie brudnych pieniędzy i dwie o oszustwa podatkowe. Wszystkie umorzone. Wszystkie dzięki świetnym prawnikom.
Nazwiska obrońców nie podawano.
Ale ja już wiedziałam, kim był jeden z nich.
Włączyłam latarkę w telefonie i zeszłam na dół. Potrzebowałam więcej dokumentów. Potrzebowałam zrozumieć, co łączyło mojego ojca z tym człowiekiem i dlaczego Frank kazał mi nie ufać nikomu.
Schody skrzypnęły pod moimi stopami. Każdy stopień inaczej – jeden jęknął, drugi zapiszczał, trzeci zgrzytnął. Jakby dom próbował mówić.
W salonie, pod oknem, stała stara komoda. Otworzyłam pierwszą szufladę. Pusta. Drugą. Pusta. Trzecią.
Listy.
Koperty zaadresowane do mojego ojca, ale bez znaczka, bez stempla pocztowego. Ktoś je przynosił osobiście.
Usiadłam na podłodze i zaczęłam czytać przy świetle telefonu.
Szanowny Panie Kowalski, w nawiązaniu do naszej rozmowy, uprzejmie informuję, że warunki umowy cywilnej z dnia 3 lutego ulegają zmianie. Oczekuję na pilny kontakt. Z poważaniem, V.D.
Panie Kowalski, sprawa nr 217 wchodzi w fazę egzekucji. Proszę przygotować dokumenty.
Nie odbiera Pan telefonów. To nie jest w porządku. Mam prawo wiedzieć, co dzieje się z moim roszczeniem. V.
I ostatni, datowany na tydzień przed śmiercią mojego ojca.
Przykro mi, że musi Pan to usłyszeć w ten sposób, ale nie ufam już nikomu z Pana otoczenia. Jeśli to czytasz, znaczy, że nie żyję. Dom przy Grove Street nie jest bezpieczny. Spal te listy. I przeproś swoją córkę za mnie. Nie wiedziałem, że to ona.
Nie wiedziałem, że to ona.
Co to miało znaczyć?
Odwróciłam kartkę. Na odwrocie, drobnym maczkiem, ktoś dopisał coś innym charakterem pisma. Nierównym, jakby pisanym w pośpiechu.
Nora, jeśli to czytasz – nie ufaj Frankowi.
Zamarłam.
Światło latarki zadrżało w mojej dłoni.
Kto to napisał? Vincent? Mój ojciec? Ktoś inny?
I dlaczego miałabym nie ufać człowiekowi, który przyniósł mi klucz do prawdy?
Z kuchni dobiegł dźwięk.
Cichy, jakby ktoś postawił szklankę na blacie.
Wstrzymałam oddech.
Nasłuchiwałam.
Cisza.
Potem znów – szelest. Przesuwanie czegoś po drewnie.
Wstałam bezgłośnie, wyłączyłam latarkę w telefonie, żeby nie zdradzać pozycji. Ciemność w salonie była gęsta, prawie namacalna. Przesunęłam się w stronę drzwi, starając się omijać meble.
Kuchnia była po drugiej stronie korytarza.
Dotarłam do framugi i wyjrzałam.
Ktoś stał przy oknie.
Sylwetka mężczyzny, wysoka, szczupła, odwrócona plecami. W świetle ulicznej latarni widziałam tylko zarys ramion i głowę lekko przekrzywioną, jakby nasłuchiwał.
– Kim pan jest? – wyrwało mi się, zanim pomyślałam.
Sylwetka odwróciła się gwałtownie.
Przez sekundę patrzyliśmy na siebie w ciemności.
Potem rzucił się do ucieczki.
Ruszyłam za nim, ale nie miałam szans. Drzwi od kuchni otworzyły się z hukiem, trzasnęły o ścianę, i po chwili słyszałam tylko szybkie kroki na żwirze podjazdu.
Dopadłam do progu.
Na ulicy nikogo.
Tylko Frank Morano stał na swoim trawniku naprzeciwko, z wężem w dłoni, i patrzył prosto na mnie.
—
Rozdział 4
Przeskoczyłam przez niski płot i wpadłam na jego posesję, zanim zdążyłam pomyśleć, czy to dobry pomysł.
– Kto to był? – krzyknęłam, łapiąc oddech.
Frank powoli odwrócił wzrok w stronę, z której przybiegłam. Potem z powrotem na mnie.
– Nie widziałem nikogo.
– Kłamiesz. Stałeś tu i patrzyłeś. Widziałeś, jak uciekał.
– Młoda damo, ja tylko podlewam trawnik. O tej porze, bo w dzień za gorąco. To moja codzienna rutyna od dwudziestu lat.
Wąż w jego dłoni tryskał wodą, spryskując równomiernie trawę. Woda tworzyła małą tęczę w świetle latarni.
– Ktoś był w moim domu. W kuchni. I uciekł tędy.
Frank skinął głową, jakby potwierdzał coś, co już wiedział.
– Może to tylko sąsiad. Ciekawski. W tej okolicy…
– …wszyscy podsłuchują, tak, pamiętam. Ale nie wchodzą do środka. Nie uciekają, kiedy ich ktoś zobaczy.
Frank westchnął. Zakręcił wodę, owinął wąż na kołowrotku przy ścianie domu. Robił to powoli, metodycznie, jakby chciał mi pokazać, że ma czas. Że nic go nie rusza.
– Panno Nora – powiedział w końcu. – Dałem pani klucz. Dałem kopertę. Powiedziałem, żeby pani nikomu nie ufała. To nie były puste słowa.
– To znaczy komu konkretnie?
– Wszystkim.
– Panu też?
Zawahał się.
Tylko przez ułamek sekundy. Ale wystarczająco długo, żeby to zobaczyć.
– Ja jestem tylko posłańcem. I sąsiadem, który podlewa trawnik. Nic więcej.
Odwrócił się i ruszył w stronę swojego domu.
– Frank – zawołałam. – Kto podpisał ten list na odwrocie? Ten, w którym jest napisane, żeby mi nie ufać?
Zatrzymał się. Nie odwrócił.
– Jaki list?
– Nie udawaj. W komodzie w salonie, w trzeciej szufladzie. Listy od Vincenta. Na jednym z nich, na odwrocie, ktoś dopisał ostrzeżenie.
Frank stał nieruchomo przez długą chwilę. Potem powiedział cicho:
– W trzeciej szufladzie nie ma żadnych listów. Sprawdzałem wczoraj, zanim pani przyszła.
Serce mi stanęło.
– Były. Przed chwilą je czytałam.
– To ktoś je tam podłożył. I chciał, żeby pani je znalazła.
– Ale po co?
Frank w końcu się odwrócił. W świetle latarni jego twarz wyglądała jak maska – nieruchoma, bez wyrazu.
– Żeby pani zwątpiła. We mnie. W siebie. W to, co pani wie. To stara gra, panno Nora. Gra w dokumenty. W listy. W słowa, które można podrzucić.
Wszedł do domu i zamknął drzwi.
Zostałam na jego trawniku, boso, w samych skarpetkach – bo buty zostały w salonie – i patrzyłam na swój dom po drugiej stronie ulicy.
Okno w kuchni było otwarte.
Nie otwierałam go.
Wróciłam powoli, nasłuchując każdym nerwem. Żwir boleśnie wbijał się w stopy przez skarpetki. Przeszłam przez ganek, zamknęłam za sobą drzwi na klucz – ten sam, który dostałam od notariusza – i zaryglowałłam dodatkowo łańcuchem.
W kuchni sprawdziłam okno. Otwarte na oścież.
Ktoś je otworzył. Ktoś, kto uciekł, kiedy go zobaczyłam.
Ale po co?
Rozejrzałam się. Na blacie leżała kartka. Złożona na pół, bez koperty.
Rozłożyłam ją.
Jedno zdanie, wydrukowane na zwykłym papierze, czcionką z drukarki.
W kancelarii czeka na ciebie nie tylko prawda. Czeka na ciebie śmierć.
Upuściłam kartkę jak poparzona.
Krew waliła mi w skroniach.
Sięgnęłam po telefon, żeby zadzwonić na policję, ale zanim wybrałam numer, przyszła myśl.
Co im powiem? Że ktoś włamał się do domu, który odziedziczyłam? Że zostawił kartkę z groźbą? Że sąsiad podlewa trawnik o dziwnej porze?
Wezmą zeznanie, wzruszą ramionami i pojadą dalej.
A ja zostanę sama.
Z kluczem. Z listami, które ktoś podłożył. Z ostrzeżeniem, żeby nie ufać Frankowi.
I z pytaniem, które paliło mnie od środka.
Kim był mój ojciec?
I co takiego zrobił, że po jego śmierci ktoś chce mnie wystraszyć?
Poszłam na górę, do pokoju gościnnego. Zamknęłam drzwi, podparłam krzesłem. Położyłam się w ubraniu, z kluczem w dłoni, z telefonem w drugiej.
Nie zmrużyłam oka do świtu.
O świcie wstałam, wzięłam prysznic w lodowatej wodzie – bo bojler nie działał – i pojechałam na LaSalle Street.
Do kancelarii.
—
Rozdział 5
Budynek przy LaSalle Street 217 był jednym z tych chicagowskich wieżowców, które widziały lepsze czasy. Fasada z piaskowca, przykurzone okna, tablica przy wejściu z nazwami firm, z których połowa już nie istniała.
Kancelaria DeLuca & Partnerzy zajmowała trzecie piętro.
W windzie pachniało papierosem i potem. Jechała powoli, zgrzytając na każdym piętrze. Wysiadłam na korytarzu wyłożonym zielonym linoleum, które pamiętało lata osiemdziesiąte.
Drzwi do kancelarii były uchylone.
Pchnęłam je.
W środku panował półmrok. Rolety opuszczone, na biurkach kurz, w kącie zwiędła roślina doniczkowa. Ktoś tu wyszedł i nie zamierzał wracać.
– Halo? – rzuciłam w głąb.
Cisza.
Przeszłam przez sekretariat, mijając puste krzesła i wyłączone komputery. Za nim był korytarz z kilkoma drzwiami. Na jednych tabliczka: VINCENT DeLUCA – ADWOKAT. Na drugich: M. KOWALSKI – RADCA PRAWNY.
M. Kowalski.
Marek Kowalski.
Mój ojciec.
Drżenie wróciło. Otworzyłam drzwi.
Gabinet był mały, ale elegancki. Ciężkie, dębowe biurko, regały pełne segregatorów, na ścianie dyplomy i zdjęcia. Podeszłam do biurka. W szufladzie – długopisy, spinacze, notesy. W drugiej – akta. Sprawy. Nazwiska, które nic mi nie mówiły.
W trzeciej, dolnej, coś zgrzytnęło.
Sejf.
Mały, wpuszczony w podłogę, przykryty dywanikiem.
Klucz.
Siadłam na podłodze i włożyłam klucz do zamka. Pasował idealnie.
W środku leżały tylko dwie rzeczy.
Pistolet.
I list.
List był krótki. Napisany ręcznie, charakterem pisma, który rozpoznałam od razu.
Nora, jeśli to czytasz, znaczy, że nie żyję. I że Vincent też nie żyje. I że nikt z nas nie zdążył ci powiedzieć prawdy. Ale ty masz prawo ją poznać. Znajdź kopertę z moim nazwiskiem w archiwum sądu okręgowego. Sprawa nr 217. Wszystko jest w aktach. I pamiętaj – nie oddawaj nikomu klucza. Nawet jeśli będą grozić. Nawet jeśli będą błagać. Ten klucz to jedyna rzecz, która może cię ochronić. Kocham cię. Tato.
Przeczytałam list trzy razy.
Za każdym razem słowa układały się w inną całość.
Ten klucz to jedyna rzecz, która może cię ochronić.
Ale przed czym? I dlaczego ojciec zostawił mi broń?
Wzięłam pistolet do ręki. Był ciężki. Zimny. Nigdy w życiu nie trzymałam czegoś takiego.
Odłożyłam go do sejfu, zamknęłam, schowałam klucz do kieszeni.
List schowałam do wewnętrznej kieszeni kurtki.
Wstałam i wyszłam z gabinetu.
Na korytarzu stał mężczyzna.
—
Nie był stary. Może czterdzieści kilka, ciemny garnitur, idealnie dobrany krawat, buty wypastowane na wysoki połysk. Stał nieruchomo, z rękami splecionymi z przodu, i patrzył na mnie z uśmiechem, który nie sięgał oczu.
– Panna Kowalski, jeśli się nie mylę.
Skinęłam głową, bo gardło znów mi wyschło.
– Nazywam się Richard Cole. Jestem adwokatem. Prowadzę sprawy spadkowe po pani ojcu.
– Skąd pan wiedział, że tu jestem?
– Frank zadzwonił. Mówił, że mogła pani tu przyjść. I że mam pani pomóc.
– Pomóc w czym?
– W zrozumieniu. I w przetrwaniu.
Zaśmiałam się. Nerwowo, za głośno.
– Przetrwaniu? To już drugie ostrzeżenie w ciągu dwunastu godzin, że grozi mi śmierć. Zaczynam myśleć, że ktoś przesadza z dramatyzmem.
Cole nie zmienił wyrazu twarzy.
– Przykro mi, panno Nora. Ale to nie dramatyzm. To rzeczywistość. Pani ojciec i Vincent DeLuca zostali zabici, bo wiedzieli za dużo. I ktoś myśli, że pani też może wiedzieć.
– Ja nic nie wiem. Dopiero wczoraj dowiedziałam się, że mój ojciec był prawnikiem.
– To nie ma znaczenia. Dla nich liczy się tylko to, kim pani jest. Córką Marka Kowalskiego. Spadkobierczynią. I posiadaczką klucza.
Zrobił krok w moją stronę.
Cofnęłam się.
– Niech pan nie podchodzi.
Zatrzymał się.
– Nie zamierzam pani skrzywdzić. Chcę pani pomóc. Znam tę sprawę. Prowadziłem kilka spraw z pani ojcem. Wiem, gdzie jest archiwum. Wiem, jak wejść do gmachu sądu bez zwracania uwagi.
– A skąd mam wiedzieć, że panu ufać?
– Nie ma pani skąd. Ale ma pani wybór: iść tam sama, po omacku, ryzykując, że ktoś będzie na panią czekał. Albo iść ze mną, który zna drogę.
Spojrzałam na niego. Na ten idealny garnitur, na te buty, na ten uśmiech bez ciepła.
Przypomniałam sobie słowa z listu.
Nie oddawaj nikomu klucza. Nawet jeśli będą grozić. Nawet jeśli będą błagać.
– Dziękuję za propozycję – powiedziałam, starając się, by głos mi nie drżał. – Ale poradzę sobie sama.
Minęłam go, idąc w stronę wyjścia.
– Panno Nora – zawołał za mną.
Zatrzymałam się, ale nie odwróciłam.
– Do wieczora nie pożyje pani sama. Oni już wiedzą, że pani tu była. Że otworzyła pani sejf. Że ma pani list. Za dwie godziny będą tu. I nie przyjdą z kwiatami.
Wyszłam.
Winda jechała w dół tak samo wolno, ale tym razem każdy zgrzyt wydawał mi się groźbą.
Na parterze minęłam portiera, który nawet nie podniósł wzroku. Wyszłam na ulicę, w słońce, w hałas miasta, w ludzi, którzy szli swoimi sprawami, nie wiedząc, że ja przed chwilą dowiedziałam się, że mój ojciec nie był tym, za kogo go uważałam.
I że ktoś chce mnie zabić.
Usiadłam na ławce przystankowej, chociaż nie czekałam na autobus. Wyjęłam telefon.
Dziesięć nieodebranych połączeń.
Wszystkie od Toma.
I jedna wiadomość tekstowa.
Nora, odbierz. Dzwonił do mnie jakiś facet. Mówił, że jak nie oddasz klucza, to mnie odwiedzą. O co chodzi? Coś ty nawarzyła?
Spojrzałam na ekran.
I wtedy zrozumiałam, że to nie jest gra.
I że nie ma już odwrotu.
—
KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ
—
W następnej części: Archivum sądu okręgowego kryje więcej tajemnic, niż Nora mogła przypuszczać. Kim jest tajemniczy mężczyzna, który śledzi ją od rana? I dlaczego akta sprawy nr 217 zniknęły na kilkanaście godzin przed jej przyjściem?
