Część 1: Bilans otwarcia
Klamka była lodowata. Nie ta metalowa, od drzwi wejściowych, ale ta od gabinetu – mosiężna, polerowana codziennie przez panią Irenę, sprzątaczkę z piętnastoletnim stażem. Zimna jak lód. Mimo że na dworze było dwadzieścia stopni w cieniu, a w korytarzu biurowca „Focus” działała klimatyzacja z wydajnością godną serwerowni, dotyk mosiądzu wywołał na skórze Marka gęsią skórkę.

Otworzył drzwi.
Najpierw uderzył go zapach. Nie ten zwykły, znajomy – mieszanka kawy z ekspresu, atramentu z długopisów Parker i skórzanej tapicerki foteli. To było coś innego. Słodkawy, mdły, intensywny. Zapach, który znał z telewizyjnych seriali, ale który w rzeczywistości jest sto razy bardziej obezwładniający. Zapach krwi, ale nie tej sklepowej na mięsie, tylko tej, która ma jeszcze w sobie ciepło.
Potem zobaczył buty. Giorgio Armani, granatowe, idealnie pasujące do garnituru, który Marek pomagał wybierać dwa tygodnie temu w butiku przy Chmielnej. Buty wisiały kilka centymetrów nad podłogą, a w nich stopy. Nieruchome.
Marek Nowak, główny analityk w dziale zarządzania ryzykiem kredytowym w banku „Meritum”, stał w progu własnego gabinetu i wpatrywał się w wiszące ciało swojego bezpośredniego przełożonego, dyrektora finansowego, Roberta Wysockiego.
— Robert? — szepnął bez sensu.
Cisza. Tylko szum wentylacji i ten cholerny zapach.
Zrobił krok do środka. Podłoga z jasnego dębu skrzypnęła pod nogami. Na biurku, idealnie posprzątanym, stała ramka ze zdjęciem żony Roberta i dwójki dzieci. Obok leżała kartka. Nie, nie kartka – wydruk z firmowego systemu. Arkusz kalkulacyjny. Ostatnia kolumna, podsumowanie, zakreślone na czerwono: Saldo: 1.247.890,00 PLN.
Kwota była gigantyczna. Dług? Należność? Zysk?
Marek zbliżył się do biurka, omijając szerokim łukiem wiszące ciało. Papier pachniał atramentem z drukarki, tym charakterystycznym, lekko ostrym zapachem tonera. Wziął go do ręki. To był rachunek zysków i strat jednego z funduszy inwestycyjnych, którymi opiekował się Robert. Wyniki były rewelacyjne, ale ta kwota… to nie był zysk funduszu. To było coś indywidualnego. Obok, na kalendarzu biurowym, zobaczył bazgroły. Robert zawsze bazgrał podczas rozmów telefonicznych. Tym razem było to jedno słowo, zapisane nerwowo, kilka razy: „Grzegorzewski”. I pod spodem, jakby po chwili namysłu, dopisek: „Umowa kredytowa – aneks 3”.
Nagle usłyszał kroki na korytarzu. Szybkie, zdecydowane, stukot obcasów. Zanim zdążył zareagować, w drzwiach stanęła Monika Lewandowska, dyrektor działu compliance. Jej wzrok powędrował od Marka, przez kartkę w jego dłoni, aż do wiszącego ciała. Z jej ust wydobył się dźwięk – przeciągły, wysoki pisk, który przeszedł w histeryczny krzyk.
— Nie dotykaj niczego! — krzyknęła, ale to było już po wszystkim.
Krzyk Moniki wezwał ochronę. Marek został wyprowadzony z gabinetu jak przestępca. Siedział na kanapie w recepcji, czując na sobie wzrok ochroniarzy, którzy szeptali między sobą. Jego umysł pracował gorączkowo. Robert Wysocki nie był typem samobójcy. Człowiek, który tydzień temu negocjował warunki ubezpieczenia na życie dla swoich dzieci na kwotę miliona złotych, nie odbiera sobie życia. Nie w taki sposób.
Po godzinie przyszła policja. Młody, ostrzyżony na jeża komisarz o nazwisku Wilk i starsza, doświadczona technik. Marka przesłuchano wstępnie na miejscu. Opowiedział wszystko, pokazał kartkę, słowo „Grzegorzewski”. Wilk zapisał nazwisko, ale nie skomentował.
— Gdzie pan był między 19:00 a 21:00? — zapytał rzeczowo.
— W domu. Oglądałem mecz. Sam.
— Sam? Nikt nie może potwierdzić?
— Nie, ale… — Marek urwał. Nie miał alibi.
Gdy wychodził z biurowca, było już ciemno. Latarnie na Chmielnej rzucały żółte plamy światła na mokry po południowym deszczu chodnik. Powietrze pachniało wilgocią i spalinami. Przy skrzyżowaniu z Nowym Światem ktoś na niego czekał.

— Panie Marku? — wysoki, szczupły mężczyzna w nienagannie skrojonym płaszczu przeciwdeszczowym. Miał rzadkie, siwe włosy i oczy koloru jasnego błękitu, tak jasnego, że wyglądały jakby świeciły w blasku ulicy. — Nazywam się Grzegorz Ratajczak. Jestem radcą prawnym. Prowadzę sprawy związane z fundacją, której prezesem był pan Wysocki.
Marek zmierzył go wzrokiem. Adwokat na miejscu zbrodni? Szybko.
— Skąd pan wie, co się stało?
— Mam swoje źródła. — Uśmiechnął się blado. — Robert był moim przyjacielem. I klientem. Muszę z panem porozmawiać o pewnym dokumencie. O aneksie numer 3 do umowy kredytowej.
Ciarki przeszły Marka po plecach. To samo, co na kartce Roberta.
— Skąd pan wie o aneksie?
— Bo to ja go przygotowywałem. I boję się, że to on zabił Roberta.
Adwokat rozejrzał się nerwowo i wcisnął Markowi w dłoń złożoną kartkę.
— To kopia. Proszę to przeczytać. Jutro, o ósmej rano, w mojej kancelarii. To ważne. Pańskie życie też może być w niebezpieczeństwie.
Zanim Marek zdążył zareagować, Ratajczak zniknął w bramie prowadzącej na podwórko. Został sam z wilgotnym wiatrem i kartką, która parzyła go w dłoń.
W domu, w swoim małym mieszkaniu na Powiślu, rozłożył dokument. Aneks dotyczył ogromnego kredytu inwestycyjnego, który bank udzielił fundacji „Nowe Horyzonty”. Fundacja zajmowała się badaniami nad innowacyjnymi terapiami, finansowaniem startupów medycznych. Na pierwszy rzut oka wszystko było w porządku. Ale w paragrafie 7, dotyczącym zabezpieczeń, znalazł dopisek: „W przypadku niewywiązania się z warunków spłaty, beneficjent zobowiązany jest do przeniesienia na bank wszelkich praw do patentów i technologii opracowanych w ramach projektu 'GenoClean’.”
GenoClean. Nazwa brzmiała znajomo. Marek włączył komputer i wygooglował. To była rewolucyjna metoda leczenia nowotworów trzustki – opracowana przez mały startup, który właśnie został przejęty przez fundację Roberta. Wartość patentów szacowano na dziesiątki milionów.
Zadzwonił telefon. Nieznany numer.
— Słucham?
— Panie Nowak, nazywam się Ewa Wysocka. Jestem żoną Roberta. — Głos był spokojny, ale jakby przytłumiony, jakby mówiła przez ściśnięte gardło. — Muszę z panem porozmawiać. Policja znalazła pańskie odciski na kartce z notatkami Roberta. Mówią, że był pan ostatnią osobą, która go widziała żywego?
— Pani Wysocka, ja tylko znalazłem ciało. Przysięgam.
— Wierzę panu. — Zawahała się. — Robert mówił o panu dobrze. Mówił, że jest pan jedynym, kto nie dał się kupić. Jutro rano mam spotkanie z prawnikiem fundacji, mecenasem Ratajczakiem. Przyjdzie pan? O ósmej.
— Będę.
Rozłączyła się. Marek odłożył telefon i spojrzał na dokumenty. Coś tu nie grało. Adwokat wzywa go na ósmą. Żona też na ósmą, ale do tego samego adwokata? Dziwne. Sprawdził wizytówkę Ratajczaka. Na kartce widniał adres: ul. Foksal 10.
Nagle usłyszał hałas na klatce schodowej. Czyjeś ciężkie kroki, szarpanie za klamkę. Ktoś próbował wejść do jego mieszkania. Serce zabiło mu mocniej. Podszedł cicho do drzwi i spojrzał przez wizjer. Na korytarzu stało dwóch mężczyzn w ciemnych kurtkach. Jeden z nich, niski i krępy, wyjął z kieszeni coś, co wyglądało jak wytrych.
Marek nie czekał. Cicho, boso, przemknął do okna wychodzącego na podwórko. Otworzył je bezszelestnie i wdrapał się na drabinkę przeciwpożarową. Stalowe szczeble były zimne i śliskie od wilgoci. Na dole, w ciemnościach, skoczył na trawnik i pobiegł w stronę Wisły.
Gdy dotarł nad rzekę, dyszał ciężko. Woda pachniała mułem i czymś zgniłym. Obejrzał się za siebie – nikt go nie gonił. Ale wiedział, że od tej chwili nie może wrócić do domu. Musiał dotrzeć na Foksal. Musiał poznać prawdę.
Tymczasem w jego mieszkaniu dwóch mężczyzn przewracało wszystko do góry nogami. Krępy znalazł kartkę od adwokata, leżącą na stole.
— Jest adres. Foksal 10. — rzucił.
Drugi, wyższy, skinął głową. Wyjął telefon i wybrał numer.
— Szefie, mamy trop. I mamy problem. Ten analityk uciekł, ale wiemy, gdzie będzie rano. Trzeba tam posłać kogoś.
Z drugiej strony słuchawki dobiegł spokojny, starczy głos:
— Niech ktoś pojedzie i zakończy sprawę. I niech znajdzie oryginał aneksu. Ten z prawdziwymi danymi.
Rozłączył się. W mieszkaniu Marka zapadła cisza, przerywana tylko szumem lodówki i kapaniem wody z nieszczelnego kranu.
A Marek, skulony pod mostem Łazienkowskim, patrzył na światła miasta odbijające się w czarnej wodzie. W kieszeni trzymał telefon. Na wyświetlaczu migotała wiadomość od nieznanego nadawcy:
„Nie ufaj Ratajczakowi. Jest powiązany z firmą ubezpieczeniową, która miała wypłacić miliony za śmierć Roberta. Spotkajmy się o 7.30 w kawiarni 'Czytelnik’ na Krakowskim Przedmieściu. Przyjdź sam.”
Marek wpatrywał się w słowa. Ktoś wiedział, że żyje. Ktoś wiedział, gdzie ma być rano. I ktoś chciał go ostrzec. Ale kim był ten ktoś?
Zimny wiatr od rzeki wstrząsnął jego ciałem. Wstał i ruszył w stronę Starego Miasta. Miał przed sobą długą noc i coraz więcej pytań bez odpowiedzi.
Koniec części 1
