Część 3: Kapitał własny
Pogrzeb Anny Grzegorzewskiej odbył się tydzień później na Powązkach. Marek stał z boku, pod starym dębem, patrząc na trumnę opuszczaną do grobu. Profesor Grzegorzewski, wsparty na ramieniu Wilka, wyglądał jak cień samego siebie. Stracił córkę, ale też odkrył jej zbrodnie. Dla ojca to musiało być piekło.

Deszcz lał od rana, drobny, uporczywy, przenikający do kości. Marek miał na sobie czarny płaszcz, pożyczony od znajomego, ale i tak czuł wilgoć na karku. Gdy ceremonia dobiegła końca, ludzie zaczęli się rozchodzić. Podszedł do niego Wilk.
— Trzyma się pan? — zapytał bez wstępu.
— Jakoś. — Marek wzruszył ramionami. — Co dalej?
— Sprawa jest zamknięta. Anna zostawiła list pożegnalny. Przyznała się do wszystkiego. Do zabójstw, do fałszerstw, do manipulacji. Miała długi hazardowe, ogromne. Firma ubezpieczeniowa była na skraju bankructwa. Potrzebowała pieniędzy z polisy Roberta i patentów. To był plan doskonały, dopóki pan się nie pojawił.
— I ojciec? Wiedział?
— Nie. Profesor jest czysty. To ona wykorzystała jego badania. Podsunęła mu pomysł fundacji, ale zataiła prawdziwe intencje. On myślał, że chodzi o leczenie ludzi. Ona myślała o pieniądzach.
Marek milczał. Patrzył na mokre nagrobki, na znicze gasnące pod strugami wody.
— A co z patentami? — zapytał w końcu.
— Profesor przekazał je państwowemu instytutowi onkologii. GenoClean trafi do publicznej służby zdrowia. Bezpłatnie. To jego warunek. I chyba jedyna dobra rzecz, jaka z tego wynikła.
— Jedyna. — powtórzył Marek.
Rozstali się na bramie cmentarza. Wilk wsiadł do służbowego samochodu, a Marek ruszył pieszo w stronę Śródmieścia. Chodniki były śliskie, a powietrze pachniało ozonem i mokrą ziemią. Mijał ludzi z parasolami, sklepy z jarzeniowym światłem, kawiarnie pełne rozmów. Świat wracał do normy, ale on czuł się jak w próżni.
Po powrocie do mieszkania (wciąż nosiło ślady włamania, ale ktoś posprzątał) zastał w skrzynce list. Koperta z grubego, kremowego papieru, bez nadawcy. Otworzył ją drżącymi rękami.
W środku była kartka i klucz. Na kartce, odręcznym pismem Anny, widniały słowa: „Gdybyś to czytał, znaczy, że nie żyję. Klucz jest do skrytki bankowej w Meritum. Numer 1441. Znajdziesz tam prawdę o wszystkim. I o nas. Wybacz.”
Marek usiadł ciężko na krześle. „O nas”? Co to miało znaczyć? On i Anna nie mieli żadnego „nas”. Spotkali się dwa razy, raz w kawiarni, raz u Ratajczaka. I tyle.
A jednak.
Klucz był mały, srebrzysty, z wygrawerowanym logo banku. Ten sam bank, w którym pracował. Ten sam, którego prezes był zamieszany w spisek, choć Wilk mówił, że nie ma dowodów.
Następnego dnia rano wziął urlop i poszedł do centrali Meritum przy Placu Piłsudskiego. Budynek z szarego marmuru robił wrażenie. W holu pachniało perfumami i skórą z foteli. Portier spojrzał na legitymację pracowniczą i przepuścił bez pytania.
Skrytki bankowe znajdowały się w podziemiach. Marek zszedł windą na poziom -2. Tam, w pomieszczeniu ze stali i szkła, wyjął klucz i otworzył skrytkę numer 1441.
W środku leżały dwa przedmioty: pendrive i gruba koperta. Na kopercie wypisane: „Marek, osobiste”. Otworzył ją najpierw.
W środku były zdjęcia. Jego i Anny. Ale nie z tamtych dni. To były zdjęcia sprzed lat. Ona i on na plaży, w górach, w jakiejś knajpie. Uśmiechnięci, szczęśliwi. I list.

„Marku,
Pewnie nic nie pamiętasz. Byłeś wtedy po wypadku, miałeś amnezję. Lekarze mówili, że to minie, ale nie minęło. A ja nie miałam odwagi ci przypomnieć. Byliśmy parą. Przez dwa lata. Kochaliśmy się. Planowaliśmy wspólną przyszłość. Ale potem ty zapomniałeś, a ja pozwoliłam ci odejść, bo uznałam, że tak będzie lepiej. Dla ciebie.
Gdy spotkałam cię w kawiarni, udawałam, że to pierwszy raz. Serce mi pękało, ale musiałam grać dalej. Moja gra była ważniejsza. Ale teraz, gdy to czytasz, wiesz już wszystko. Przepraszam, że cię okłamałam. I przepraszam, że odeszłam tak, jak odeszłam. Nie mogłam żyć z tym, co zrobiłam. Ale chciałam, żebyś wiedział: w tamtych latach, zanim wszystko się popsuło, byliśmy szczęśliwi.
Anna”
Marek oparł się o ścianę sejfu. Łzy napłynęły mu do oczu. Nic nie pamiętał. Kompletnie nic. Wypadek? Jaki wypadek? Próbował sięgnąć pamięcią wstecz, ale napotkał pustkę. Lata przed trzydziestką były dla niego mgłą.
Pendrive włożył do komputera w czytelni. Były na nim pliki – dokumenty, nagrania, maile. Wszystko, czego potrzebowała prokuratura, by zamknąć sprawę. I coś jeszcze. Nagranie wideo.
Na ekranie pojawiła się Anna. Siedziała w tym samym mieszkaniu, w którym Marek teraz mieszkał. Była blada, zmęczona, ale mówiła spokojnie.
„Marku, jeśli to oglądasz, to znaczy, że prawda wyszła na jaw. Chcę, żebyś wiedział, że mimo wszystko kochałam cię naprawdę. I że to, co robiłam, nie miało cię skrzywdzić. Ty byłeś przypadkową ofiarą. Gdybyś nie wszedł do gabinetu Roberta, może wszystko potoczyłoby się inaczej. Ale wszedłeś i stałeś się częścią tej historii.
Jest jeszcze jedna rzecz. Twoja amnezja nie była przypadkowa. Ktoś ci pomógł zapomnieć. Ktoś, kto nie chciał, żebyś pamiętał nasz związek, bo wtedy mógłbyś połączyć fakty. Ten ktoś działał na zlecenie prezesa. To on zlecił wypadek. Chcieli cię usunąć, bo byłeś niewygodny. Przeżyłeś, ale straciłeś pamięć. Ja się o tym dowiedziałam za późno.
Prezes wciąż żyje. I wciąż jest wolny. Ale teraz masz dowody. Nagrania, maile, wszystko. Zrób z tym, co trzeba. I żyj, Marku. Żyj za nas dwoje.”
Film się urwał. Marek siedział nieruchomo, wpatrzony w czarny ekran. W głowie huczało. Ktoś chciał go zabić. Ktoś sprawił, że zapomniał o miłości swojego życia. I ta osoba wciąż chodziła po wolności.
Wstał, schował pendrive do kieszeni i wyszedł z banku. Na ulicy świeciło słońce, ale jemu było zimno. Miał teraz cel. Musiał odnaleźć prezesa. I musiał go zniszczyć.
Tymczasem, w gabinecie na ostatnim piętrze Meritum, prezes Tadeusz Kornel odebrał telefon.
— Szefie, on był w skrytce. Ma pendrive.
Kornel odłożył słuchawkę i spojrzał przez okno na panoramę Warszawy. Był wysokim, dostojnym mężczyzną po sześćdziesiątce, z nienagannym przedziałkiem i spinkami z sygnetami. Uśmiechnął się blado.
— No cóż — mruknął do siebie. — Czas na plan B.
Wyjął z szuflady drugi telefon i wybrał numer.
— Potrzebuję pomocy. I to szybko. Chodzi o tego analityka. Nowaka. Ma być cicho i skutecznie. I niech ktoś przechwyci te dane, zanim trafią do Wilka.
Rozłączył się. W pokoju zapadła cisza, przerywana tylko tykaniem zabytkowego zegara.
Marek tymczasem szedł Krakowskim Przedmieściem. Nagle usłyszał za sobą szybkie kroki. Obejrzał się – dwóch mężczyzn w ciemnych kurtkach, takich samych jak ci, którzy włamali się do jego mieszkania. Przyspieszył, skręcił w boczną uliczkę. Oni za nim.
Serce waliło mu jak młotem. Wpadł do bramy, przeskoczył płot i znalazł się na podwórku. Było puste, tylko kilka śmietników i stary rower. Schował się za śmietnikiem, dysząc ciężko. Czuł zapach gnijących odpadków i wilgotnego kartonu.
Mężczyźni wbiegli na podwórko. Rozglądali się.
— Gdzie on poszedł? — sapnął jeden.
— Szukaj! Musi być gdzieś tutaj.
Marek wstrzymał oddech. Jeden z nich podszedł do śmietnika. Był tak blisko, że słyszał jego chrapliwy oddech. Nagle zadzwonił telefon mężczyzny.
— Tak? — odezwał się. — Dobra, wracamy. Szef mówi, że mamy go zostawić. Ma inny plan.
Odeszli. Marek odetchnął, ale nie ruszył się z miejsca. Czekał, aż ucichną kroki. Dopiero po kilku minutach wyszedł z kryjówki.
Inny plan? Co to znaczyło?
Pobiegł w stronę komisariatu. Musiał oddać pendrive Wilkowi. To była jedyna szansa.
Ale gdy dotarł na miejsce, okazało się, że Wilk wyjechał na pilną akcję. Zostawił wiadomość: „Czekaj w moim gabinecie. Wrócę za godzinę.”
Marek usiadł na krześle i wpatrywał się w okno. Za szybą przechodzili ludzie, samochody, życie toczyło się dalej. On czuł, że stoi na krawędzi. I że zaraz coś się wydarzy.
Drzwi się otworzyły. Wszedł nie Wilk, ale profesor Grzegorzewski. Był blady, spocony, wyraźnie przestraszony.
— Panie Marku, musimy uciekać. Oni wiedzą, że pan ma dowody. I wiedzą, że ja pomogłem panu wczoraj. Moje laboratorium spłonęło dziś w nocy. Podpalenie.
Marek zerwał się na równe nogi.
— Kto?
— Ludzie Kornela. On ma wszędzie swoich. Nawet w policji. Wilk może być w niebezpieczeństwie.
W tym momencie drzwi otworzyły się z hukiem. W progu stał komisarz Wilk, ale nie sam. Obok niego stał Tadeusz Kornel.
— Panowie — rzekł prezes z uśmiechem. — Skończyła się zabawa.
Koniec części 3
