Reklama

Rachunek sumienia

Część 4: Przymusowe umorzenie

Kornel wszedł do gabinetu Wilka, jakby był u siebie w domu. Usiadł na krześle, założył nogę na nogę i spojrzał na Marka z politowaniem.

— Proszę usiąść, panie Nowak. I pan profesor też. Mamy sobie trochę do wyjaśnienia.

Marek stał sztywno, gotowy do skoku. Wilk stał obok prezesa, ale jego twarz była nieodgadniona.

— Spokojnie — powiedział Wilk. — Wysłuchajmy go.

Kornel skinął głową.

— Doceniam pańską lojalność, komisarzu. Ale to niepotrzebne. Pan Nowak i tak nie ma wyboru. — Wyjął z wewnętrznej kieszeni marynarki kopertę i rzucił ją na biurko. — Proszę, niech pan spojrzy.

Marek podszedł i otworzył kopertę. W środku były zdjęcia. Jego matki, mieszkającej w małym domku pod Łodzią. Na zdjęciach widać było, jak wychodzi z kościoła, jak robi zakupy, jak siedzi na ławce przed domem. Ostatnie zdjęcie przedstawiało ją zrobione z bliska, przez okno. Uśmiechała się, nieświadoma.

Konfrontacja z prezesem Kornelem to lekcja bezwzględnych negocjacji. W świecie fuzji i przejęć, agresywne techniki nacisku wymagają asysty doświadczonych mediatorów.

— Co to ma znaczyć? — wyszeptał Marek.

— To znaczy, że jeśli nie odda pan pendrive’a i nie zapomni o całej sprawie, pańska matka może mieć wypadek. Albo zachorować. W jej wieku różnie bywa. — Kornel uśmiechnął się lodowato. — Medycyna jest cudowna, ale nie zawsze potrafi pomóc.

Profesor Grzegorzewski zbladł.

— To szantaż! Pan nie może…

— Mogę. I zrobię to. — Kornel wstał. — Mam na państwa haka. Na pana, profesorze, też. Pańska córka była morderczynią. Wystarczy jeden telefon do mediów, a pańska sława legnie w gruzach. A pańskie badania? Kto je sfinansuje, gdy opinia publiczna odwróci się od pana?

Grzegorzewski spuścił głowę. Marek patrzył na niego, potem na zdjęcia matki. Czuł, że przegrywa.

— Ale po co to wszystko? — zapytał. — GenoClean i tak jest już w rękach instytutu. Nie może pan go przejąć.

— GenoClean to tylko część. Chodzi o coś większego. — Kornel podszedł do okna. — Technologia, którą opracował profesor, ma zastosowanie nie tylko w leczeniu raka. Można ją wykorzystać do modyfikacji genetycznych na masową skalę. Wyobraź sobie, panie Nowak: możliwość projektowania ludzi. Odporność na choroby, wydłużenie życia, inteligencja na zamówienie. To jest przyszłość. I to jest warte miliardy.

— Ale to nieetyczne! — krzyknął profesor.

— Etyka jest dla biednych. Bogaci mogą sobie pozwolić na wszystko. — Kornel odwrócił się. — Ja już mam kupców. Z Chin, z Bliskiego Wschodu. Oni zapłacą każdą cenę. I nie obchodzi ich, skąd pochodzi technologia.

Marek zacisnął pięści.

— I dlatego zabił pan Roberta? I Ratajczaka? I Annę?

— Anna zabiła się sama. A Robert i Ratajczak? To byli głupcy, którzy stanęli na drodze. — Kornel wzruszył ramionami. — W biznesie czasem trzeba podejmować trudne decyzje.

— A Ewa? Jego żona? Też była na drodze?

— Ewa miała zeznawać. To było ryzyko. Ale nie ja ją zabiłem. To Anna. — Kornel spojrzał na profesora. — Pańska córka była bardzo zdeterminowana.

Grzegorzewski z trudem łapał oddech.

— Dość — powiedział Wilk nagle. Wszyscy spojrzeli na niego. — To nagranie. — Wskazał na swoją kieszeń. — Mam to wszystko na dyktafonie. Od początku, od kiedy pan wszedł, panie Kornel.

Prezes zamarł.

— Co?

— Jest pan aresztowany pod zarzutem zabójstwa, szantażu i udziału w zorganizowanej grupie przestępczej. — Wilk wyjął odznakę, choć i tak wszyscy wiedzieli, kim jest. — I proszę nie próbować uciekać. Na korytarzu jest dziesięciu moich ludzi.

Kornel wybuchnął śmiechem.

— Świetna gra, komisarzu! Ale zapomniał pan o jednym. — Sięgnął do kieszeni i wyjął pilota. — Ten budynek jest zaminowany. Wystarczy, że nacisnę guzik, a wszyscy wylecimy w powietrze. Możemy negocjować, ale na moich warunkach.

Marek poczuł, że krew mu lodowacieje. Wilk zachował spokój.

— Bufory. — powiedział cicho.

— Co?

— Przez ostatnie trzy minuty pański sygnał był zagłuszany. Nie mógł pan niczego odpalić. To standardowa procedura przy zatrzymaniach wysokiego ryzyka.

Kornel spojrzał na pilota, nacisnął kilka razy. Nic. Jego twarz straciła kolor.

— Panowie — rozległ się głos z drzwi. W progu stała grupa antyterrorystów w pełnym rynsztunku. — Ręce do góry!

Kornel rzucił pilota i sięgnął do marynarki, ale zanim zdążył cokolwiek wyjąć, dwóch funkcjonariuszy obaliło go na ziemię. Rozległ się trzask kajdanek.

Marek odetchnął. Spojrzał na Wilka z wdzięcznością.

— Wiedział pan? Od początku?

— Miałem przeczucie. I trochę pomocy z góry. — Wilk uśmiechnął się zmęczony. — Prokurator Krajowy od tygodni inwigilował Kornela. To ja tylko wciągnąłem go w pułapkę.

Profesor Grzegorzewski opadł na krzesło.

— To koniec? — zapytał cicho.

— Dla niego tak. Dla nas… dopiero początek. — Wilk spojrzał na Marka. — Będzie pan potrzebny w sądzie. Ale to już formalność.

Gdy wyprowadzono Kornela, Marek podszedł do okna. Na dworze świeciło słońce. Po raz pierwszy od wielu dni poczuł, że może oddychać.

— Co z moją matką? — zapytał.

— Już wysłałem tam ludzi. Jest bezpieczna. — Wilk położył mu rękę na ramieniu. — Proszę jechać do niej. Odpocząć. Zasłużył pan.

Marek skinął głową. Ale zanim wyszedł, zatrzymał się.

— Komisarzu, a te zdjęcia? Te z Anną? To prawda? Byliśmy razem?

Wilk westchnął.

— Sprawdziłem to. W aktach szpitalnych jest notatka o pana wypadku. I jest wzmianka o kobiecie, która pana odwiedzała. Anna Grzegorzewska. Była przy pana łóżku codziennie przez miesiąc. Potem przestała. Lekarze mówią, że to możliwe, że pana amnezja jest selektywna. Może kiedyś pan sobie przypomni. Albo nie. Czasem lepiej nie wracać do przeszłości.

Marek wyszedł z komisariatu. Słońce grzało, ale w powietrzu wciąż czuło się wilgoć po porannym deszczu. Ruszył w stronę dworca, by pojechać do matki.

W kieszeni miał pendrive. I klucz do skrytki. Postanowił, że po powrocie odda wszystko Wilkowi. Nie chciał już tego ciężaru.

Ale gdy szedł przez Krakowskie Przedmieście, nagle usłyszał za sobą znajomy głos.

— Marku!

Obejrzał się. To była młoda kobieta z długimi, jasnymi włosami. Biegła w jego stronę, machając ręką.

— Zaczekaj!

Zatrzymał się. Gdy podeszła bliżej, zobaczył, że ma znajome rysy. Ale skąd ją znał?

— Przepraszam, czy my się znamy? — zapytał.

Kobieta uśmiechnęła się, ale w jej oczach był smutek.

— Nazywam się Kasia. Kasia Wysocka. Jestem córką Roberta.

Marek zamarł. Córka Roberta? Ale ta dziewczynka ze zdjęcia miała może dziesięć lat. Ta kobieta wyglądała na co najmniej dwadzieścia kilka.

— Ale z tego co pamiętam, na zdjęciach w gabinecie Roberta jego córka to mała dziewczynka. — powiedział Marek

— Tak to prawda. Na zdjęciu jest moja młodsza siostra. Ja studiuję za granicą. Wróciłam na pogrzeb ojca. I mamy.

— Bardzo mi przykro… — zaczął Marek.

— Nie trzeba. — przerwała. — Chcę panu coś dać. Ojciec zostawił to dla pana. W depozycie. Mówił, że gdyby coś mu się stało, mam to panu przekazać.

Podała mu małe pudełko owinięte w brązowy papier.

— Co to jest?

— Nie wiem. Nie otwierałam. Proszę, to dla pana.

Marek wziął pudełko. Było lekkie.

— Dlaczego mi to dajesz?

— Bo ojciec panu ufał. Mówił, że jest pan jedynym uczciwym człowiekiem w tym banku. I prosił, żebym to zrobiła, jeśli… no cóż.

Spojrzała na niego jeszcze raz, po czym odwróciła się i odeszła szybkim krokiem, znikając w tłumie.

Marek stał chwilę, patrząc za nią. Potem rozdarł papier. W środku był notes. Stary, w skórzanej oprawie, z pożółkłymi kartkami. Otworzył go na pierwszej stronie.

Było tam zdjęcie. Jego i Anny. Z przodu napis: „Nasza pierwsza rocznica, Zakopane 2019”. Pod spodem dopisek Roberta: „Dla Marka. Gdybyś to czytał, znaczy, że już mnie nie ma. Pamiętaj: nie wszystko jest takie, jakim się wydaje. A prawda o Tobie samym jest gdzieś w tym notesie.”

Marek przewrócił kartkę. Zaczynał się pamiętnik. Pismo Anny.

„Dziś poznałam Marka. Jest cudowny. Nie wiem, jak to się stało, ale czuję, że to ten jedyny. Boję się tylko, że kiedyś dowie się, kim naprawdę jestem. Kim był mój ojciec. I co robię dla Kornela. Ale na razie chcę być szczęśliwa. Chcę go kochać.”

Marek oparł się o latarnię. Czuł, że świat znowu wiruje. Kim była naprawdę Anna? I co jeszcze kryje ten notes?

Przed nim była długa droga. Do matki, do przeszłości, do prawdy. Ale teraz, w tym momencie, stał na ruchliwej ulicy, trzymając w rękach klucz do tajemnicy, która mogła zmienić wszystko.

Nad Warszawą powoli zapadał zmierzch, a on wiedział, że ta historia jeszcze się nie skończyła.

Koniec części 4

Reklama

Najnowsze

Reklama
Poprzedni artykuł
Następny artykuł

Zobacz podobne:

Reklama