CZĘŚĆ PIERWSZA: ZGON W SYSTEMIE
Rozdział 1
Warszawa, 12 kwietnia 2024 roku.
Deszcz padał nieprzerwanie od trzech dni.
Doktor Anna Rakowiecka siedziała w swoim gabinecie w Szpitalu Klinicznym przy ulicy Banacha i patrzyła, jak krople wody ściekają po szybie, tworząc kręte ścieżki. Za oknem rozciągał się widok na korki na Żwirki i Wigury, gdzie nawet o siódmej rano samochody stały w zwartym szyku jak paciorki różańca.
Oddział był cichy.
Za cichy.
Jakby ktoś wyciął z niego wszystkie dźwięki.
Zwykle o tej porze słychać było pikanie kardiomonitorów, szum respiratorów, ciche rozmowy pielęgniarek przy dyżurce. Dziś – nic. Tylko deszcz bębnił w szyby i gdzieś z daleka dobiegał turkot wózka z pościelą.
Anna pracowała w szpitalu od dziesięciu lat. Zaczynała jako stażystka, potem specjalizacja z kardiologii, wreszcie – trzy lata temu – objęła stanowisko ordynatora oddziału wewnętrznego. Była jedną z najmłodszych ordynator w historii szpitala. I jedną z najlepszych.
Dziś jednak czuła, że coś jest nie tak.
Sięgnęła po telefon. Wyświetliły się cztery nieodebrane połączenia. Wszystkie od dyrekcji. I dwadzieścia trzy wiadomości na WhatsAppie – od pielęgniarek, od lekarzy, od znajomych.
Otworzyła pierwszą.
„Pani doktor, niech pani jak najszybciej włączy telewizor. TVN24. Chodzi o nasz szpital.”
Włączyła.
Na ekranie pojawiła się znajoma twarz – rzecznik prasowy szpitala, doktor Marek Wrona. Mówił coś do kamery, ale Anna nie słyszała słów. Widziała tylko napis na pasku:
„Afera w szpitalu przy Banacha. Podejrzenia o nieprawidłowości przy leczeniu pacjentów.”
Serce zabiło jej mocniej.
Wyłączyła telewizor i wybiegła na korytarz.

Tam już kłębił się tłum. Pielęgniarki, lekarze, pacjenci w szlafrokach – wszyscy stłoczeni przed telewizorem w świetlicy. Na jej widok ucichli.
– Co się dzieje? – zapytała.
Podeszła do niej siostra oddziałowa, Bożena, kobieta po pięćdziesiątce z twarzą pooraną zmarszczkami i oczami, które widziały już wszystko.
– Pani doktor, przyszła policja. I prokuratura. Są w archiwum.
– W archiwum? Po co?
– Mówią, że ktoś fałszował dokumentację medyczną. Że pacjenci umierali, bo dostawali niewłaściwe leki. Że to celowe działanie.
Anna poczuła, że robi jej się zimno.
– To niemożliwe. U nas? Kto by to robił?
– Nie wiem. Ale oni przyszli po konkretne akta. Pacjentów z ostatnich dwóch lat. Z podejrzeniem zgonów z niewyjaśnionych przyczyn.
– Jakich pacjentów?
Bożena zawahała się.
– Tych, którzy mieli wykupione dodatkowe ubezpieczenie zdrowotne. Albo polisę na życie. W kilku firmach.
Anna oparła się o ścianę.
Przez głowę przelatywały jej myśli – szybkie, chaotyczne, nieskładne.
– Gdzie oni teraz są?
– W archiwum. Z dyrektorem.
– Idę tam.
– Pani doktor, niech pani nie idzie. To nie nasza sprawa. Niech oni się tym zajmą.
– To moja sprawa. Moi pacjenci. Mój oddział.
Ruszyła korytarzem.
Za nią – cisza.
W windzie było duszno. Pachniało środkami dezynfekcyjnymi i strachem.
Drzwi archiwum były otwarte.
W środku stało kilku mężczyzn w garniturach. Przed nimi, na stole, leżały sterty dokumentów. Jeden z mężczyzn, wysoki, szczupły, z przerzedzonymi włosami i przenikliwymi oczami, odwrócił się na jej widok.

– Pani doktor Anna Rakowiecka? – zapytał.
– Tak.
– Prokurator Tomasz Wilk. Prowadzę śledztwo w sprawie nieprawidłowości w tym szpitalu. Będzie pani musiała odpowiedzieć na kilka pytań.
– Służę pomocą. Ale chciałabym wiedzieć, o co dokładnie chodzi.
Wilk spojrzał na nią uważnie.
– Dostaliśmy sygnał. Anonimowy. Że na pani oddziale dochodziło do celowego skracania życia pacjentów. Że podawano im leki w dawkach, które przyspieszały śmierć. A wszystko po to, by ich rodziny mogły szybciej otrzymać pieniądze z ubezpieczeń.
Anna poczuła, że brakuje jej tchu.
– To absurd. Ja o niczym nie wiem. Żaden pacjent nie dostał u nas celowo szkodliwego leku.
– Mamy dokumentację. Sześciu pacjentów. Wszyscy zmarli w przeciągu ostatnich dwóch lat. Wszyscy mieli wykupione polisy na życie w tej samej firmie. I wszyscy – według naszych informacji – byli leczeni przez tego samego lekarza.
– Przez kogo?
Wilka spojrzał na kartkę.
– Przez panią.
Anna zamarła.
– To niemożliwe. Ja nie… ja nie leczyłam tych pacjentów. Nie pamiętam ich.
– A jednak w dokumentach widnieje pani podpis. Przy zleceniach leków. Przy kartach zgonów.
– To pomyłka. Ktoś musiał podrobić mój podpis.
– Sprawdzimy to. Na razie proszę nie opuszczać Warszawy. I proszę oddać nam swój telefon i komputer.
– To moje prywatne rzeczy.
– To dowody w śledztwie.
Anna zacisnęła pięści.
– Dobrze. Ale chcę wezwać adwokata.
– Oczywiście. To pani prawo.
Wyszła z archiwum na drżących nogach.
Na korytarzu czekała Bożena.
– Co się dzieje? – zapytała cicho.
– Oskarżają mnie o morderstwo.
– Jezu Chryste…
– Wezwij adwokata. Mecenasa Wolskiego. Numer mam w komórce, ale komórkę mi zabrali.
– Załatwię.
Anna oparła się o ścianę.
Czuła, że ziemia usuwa jej się spod nóg.
Ktoś wrobił ją w morderstwo.
Ktoś, kto miał dostęp do dokumentacji.
Ktoś, kto znał jej podpis.
I ktoś, kto wiedział o ubezpieczeniach.
—
Rozdział 2
Mecenas Adam Wolski przyjechał po godzinie.
Był to mężczyzna około czterdziestki, w garniturze szytym na miarę, z twarzą, która nie zdradzała emocji. W prokuraturze reprezentował już setki klientów. Większość z nich wyszła na wolność.
– Pani Anno – powiedział, siadając naprzeciwko niej w pokoju przesłuchań. – Proszę mi opowiedzieć wszystko od początku. I proszę niczego nie ukrywać.
Opowiedziała.
O anonimowym donosie. O dokumentach. O podpisach, których nie składała. O pacjentach, których nie pamiętała.
Wolski słuchał w milczeniu. Notował. Czasem zadawał pytanie.
– Ci pacjenci – zapytał wreszcie. – Kim byli? Jakie mieli choroby?
– Nie wiem. Nie pamiętam. To musiało być dawno.
– Sprawdziłem. Wszyscy zmarli w przeciągu ostatnich dwóch lat. Wszyscy byli w podeszłym wieku. Wszyscy mieli choroby przewlekłe. I wszyscy – tu spojrzał na nią znacząco – mieli wykupione ubezpieczenie na życie w firmie „Bezpieczna Przyszłość”.
Anna poczuła dreszcz.
– Znam tę firmę. Mają biuro w Warszawie. Często współpracują ze szpitalami przy polisach zdrowotnych.
– Właśnie. I tu jest pies pogrzebany. – Wolski położył przed nią dokument. – To jest lista pacjentów, których śmierć jest podejrzana. Wszyscy mieli polisę w „Bezpiecznej Przyszłości”. Wszyscy byli leczeni na pani oddziale. I wszyscy zmarli w przeciągu tygodnia od przyjęcia.
Anna przejrzała listę.
Sześć nazwisk.
Żadnego nie pamiętała.
– To niemożliwe – wyszeptała. – Ja bym pamiętała. Tyle zgonów w tak krótkim czasie…
– Właśnie. Dlatego prokuratura podejrzewa, że ktoś celowo przyspieszał ich śmierć. By rodziny mogły szybko dostać pieniądze z ubezpieczeń.
– Ale po co mieliby to robić? I kto?
– Tego nie wiem. Ale wiem, że firma „Bezpieczna Przyszłość” miała ostatnio problemy finansowe. Podobno wypłacili ostatnio ogromne sumy z tytułu polis śmiertelnych. Kilkanaście milionów złotych. I podobno – tu zniżył głos – ktoś w firmie wiedział o tych pacjentach wcześniej. Ktoś, kto miał dostęp do ich dokumentacji medycznej.
Anna wstała.
– To znaczy, że w szpitalu jest ktoś, kto współpracuje z ubezpieczycielem?
– Albo w firmie jest ktoś, kto współpracuje ze szpitalem. Tak czy inaczej, mamy przeciek.
– I on wrobił mnie?
– Na to wygląda. Pani podpisy są wszędzie. Pani pieczątka. Pani charakter pisma. Ktoś się postarał.
– Co robimy?
– Walczymy. I szukamy prawdy.
Wolski spojrzał na nią uważnie.
– Ma pani wrogów? Kogoś, kto chciałby pani zaszkodzić?
Anna pomyślała przez chwilę.
– Nie wiem. Jest jeden lekarz, doktor Marek Wrona. Ten od rzecznika prasowego. On zawsze chciał mojego stanowiska. Kilka razy się kłóciliśmy przy dyrekcji.
– Wrona? – Wolski zapisał nazwisko. – Sprawdzę go.
– Ale on nie ma dostępu do dokumentacji. Jest od kontaktów z mediami, nie od leczenia.
– Może mieć dostęp przez system. Wszyscy mają.
Anna westchnęła.
– To jakieś szaleństwo.
– Wiem. Ale musimy to przejść. Na razie proszę wrócić do domu. Nie rozmawiać z nikim. I proszę mi obiecać, że nie będzie pani sama prowadzić śledztwa.
– Obiecuję.
Wyszła z prokuratury po pięciu godzinach.
Deszcz wciąż padał.
Zimny, uporczywy, przeszywający.
Wsiadła do taksówki i podała adres.
Gdy wchodziła do klatki schodowej, poczuła, że ktoś na nią patrzy.
Odwróciła się.
Na ulicy, pod latarnią, stał mężczyzna w czarnej kurtce. Wpatrywał się w nią nieruchomo.
– Kim pan jest? – zawołała.
Mężczyzna odwrócił się i odszedł szybkim krokiem.
Zniknął w deszczu.
Anna wbiegła do klatki, zatrzasnęła drzwi.
W windzie serce waliło jej jak młotem.
W mieszkaniu zamknęła się na wszystkie zamki, zapaliła światło we wszystkich pokojach.
I wtedy zadzwonił telefon.
Nieznany numer.
Odebrała.
– Pani doktor? – usłyszała głos. Męski, niski, lekko schrypnięty. – Proszę posłuchać. Pani życie jest w niebezpieczeństwie.
– Kim pan jest?
– Kimś, kto wie prawdę. O tych zgonach. O ubezpieczeniach. O pieniądzach, które ktoś zarobił na śmierci pani pacjentów.
– Proszę mówić!
– Nie teraz. Jutro, w południe, w kawiarni „Czytelnik” na Mokotowskiej. Proszę przyjść sama. I proszę nie mówić nikomu, nawet policji.
– Skąd mam wiedzieć, że to nie pułapka?
– Nie ma pani wyboru.
Rozłączył się.
Anna opadła na kanapę.
Telefon wyślizgnął się z jej dłoni i upadł na dywan.
Czuła, że wpadła w coś ogromnego.
Coś, czego nie rozumie.
Coś, co może ją zabić.
