CZĘŚĆ PIERWSZA: ZGON
Rozdział 1
Warszawa, 15 marca 2024 roku.
Deszcz padał nieprzerwanie od trzech dni.
Ada Wolińska siedziała przy swoim biurku w otwartej przestrzeni biurowej i patrzyła, jak krople wody ściekają po szybie, tworząc kręte ścieżki. Za oknem rozciągał się widok na Rondo ONZ, gdzie nawet o ósmej rano korki były tak gęste, że kierowcy mogliby grać w karty przez okna.
Biuro było ciche.
Za ciche.
Jakby ktoś wyciął z niego wszystkie dźwięki.
Zwykle o tej porze słychać było stukot klawiatur, szum drukarek, gwar rozmów. Dziś – nic. Tylko deszcz bębnił w szyby i gdzieś z daleka dobiegał warkot odkurzacza.
Ada pracowała w dziale analiz finansowych w firmie ubezpieczeniowej „Bezpieczna Przyszłość” od pięciu lat. Zaczynała jako stażystka, potem awansowała na młodszą analityczkę, wreszcie – rok temu – dostała własny pokój. Niewielki, ale własny. Z oknem, biurkiem i jednym krzesłem dla gości.

Dziś to krzesło było zajęte.
Siedział na nim mężczyzna około pięćdziesiątki, w garniturze, który kosztował więcej niż jej miesięczna pensja. Prezes zarządu, doktor habilitowany Marek Wierzbicki, człowiek, który kierował firmą od piętnastu lat i który nigdy nie zaszczycił jej swoją obecnością w tak małym pokoju.
– Pani Ado – powiedział, poprawiając krawat. – Ma pani przed sobą trudne zadanie.
– Słucham pana prezesa.
– Chodzi o pewną polisę. Bardzo nietypową. Wykupioną wiele lat temu. Przez osobę, która… cóż, która nie żyje.
– Rozumiem. Wypłata świadczenia?
– Niezupełnie. – Wierzbicki sięgnął do teczki i wyjął plik dokumentów. – To jest ubezpieczenie na życie. Klient wykupił je w 2008 roku. Przez szesnaście lat regularnie opłacał składki. Trzy tygodnie temu zmarł. Jego żona zgłosiła roszczenie.
– Standardowa procedura.
– Tak, ale… – zawahał się. – Ale polisa opiewa na dziesięć milionów złotych.
Ada gwizdnęła cicho.
– Rzeczywiście, sporo. Kto to był?
– Nazywał się Tomasz Wolski. Miał firmę budowlaną. Bardzo bogaty człowiek. Ale… – Wierzbicki spojrzał jej w oczy. – Ale my mamy podejrzenia, że to mogło być samobójstwo.
– Samobójstwo? Polisa obejmuje taką ewentualność?
– Nie. Samobójstwo w ciągu pierwszych dwóch lat od wykupienia – tak. Ale po szesnastu latach… prawo jest niejasne. Możemy odmówić wypłaty, jeśli udowodnimy, że klient świadomie dążył do śmierci, by jego rodzina dostała pieniądze.
– I ma pan dowody?
– Mam poszlaki. I mam panią. Chcę, żeby przeanalizowała pani wszystkie jego finanse z ostatnich lat. Wpływy, wydatki, konta, kredyty, lokaty. Wszystko. Jeśli coś było nie tak, pani to znajdzie.
Ada skinęła głową.
– Zrobię, co w mojej mocy.
– Ma pani tydzień. Tydzień, pani Ado. Potem sprawa trafia do sądu.
Wstał i wyszedł, nie podając ręki.
Ada została sama z dokumentami.
Przeglądała je przez godzinę. Tomasz Wolski, lat 58, prezes Wolski Budownictwo. Firma zatrudniająca trzysta osób, realizująca kontrakty w całej Polsce. Mąż, ojciec dwójki dorosłych dzieci. Zmarł 22 lutego w swoim domu w podwarszawskim Konstancinie. Przyczyna: zawał serca.
Standard.
Ale w dokumentach było coś, co przykuło jej uwagę.
W ciągu ostatnich trzech lat Wolski zaciągnął kilka kredytów w różnych bankach. Łączna suma: około pięciu milionów złotych. Na rozwój firmy – jak twierdził we wnioskach. Ale Ada wiedziała, że firma w tym samym czasie notowała straty. Więc po co mu były pieniądze?
Zadzwoniła do banku, w którym miał główne konto. Po piętnastu minutach negocjacji i podaniu numeru sprawy, udało jej się uzyskać zestawienie transakcji.
Przez ostatnie trzy lata Wolski regularnie przelewał pieniądze na prywatne konto w Szwajcarii. Łącznie – około czterech milionów złotych.
Ostatni przelew: 21 lutego.
Dzień przed śmiercią.
Ada odłożyła słuchawkę.
Dlaczego ktoś, kto miał firmę na skraju bankructwa, przelewał pieniądze do Szwajcarii?
I dlaczego zrobił to dzień przed śmiercią?
Sięgnęła po kolejny dokument.

To była polisa. Standardowy formularz. Ale na dole, w rubryce „Beneficjent”, widniało nie tylko nazwisko żony. Był tam też dopisek, atramentem, innym charakterem pisma:
„W przypadku mojej śmierci z przyczyn nienaturalnych, całość świadczenia przekazuję na konto Fundacji Pomocy Dzieciom. W innym przypadku – żonie.”
– Co to ma znaczyć? – wyszeptała.
Nagle usłyszała pukanie do drzwi.
– Proszę.
Do pokoju wszedł mężczyzna około trzydziestki, w dżinsach i bluzie z kapturem. Miał nieogoloną twarz i podkrążone oczy.
– Pani Wolińska? Jestem Adam Wolski. Syn Tomasza Wolskiego.
Ada wstała.
– Panie Wolski, bardzo mi przykro z powodu straty.
– Dziękuję. – Usiadł na krześle, nie czekając na zaproszenie. – Przyszedłem w sprawie ojca. I tej polisy.
– Słucham.
– Mój ojciec nie miał zawału. Został zamordowany.
Ada zamarła.
– Skąd pan wie?
– Bo widziałem coś tamtej nocy. Ktoś wyszedł z domu, gdy przyjechałem na wezwanie matki. Wysoki, szczupły, w czarnej kurtce. Uciekał przez ogród.
– Zgłosił pan to na policję?
– Tak. Policja powiedziała, że to pewnie ktoś z sąsiadów. Że nie ma dowodów. Ale ja wiem, że to był morderca.
– Dlaczego pan do mnie przychodzi?
– Bo pani pracuje w firmie, która ma wypłacić pieniądze z polisy. I bo pani analizuje finanse mojego ojca. Chcę, żeby pani znalazła prawdę.
Ada patrzyła na niego przez chwilę.
– Dlaczego panu zależy? Jeśli polisa zostanie wypłacona, dostanie pan pieniądze.
– Nie chcę pieniędzy. Chcę sprawiedliwości.
W jego oczach było coś, czego nie umiała nazwać. Ból? Determinacja? A może strach?
– Dobrze – powiedziała wreszcie. – Spróbuję.
– Dziękuję.
Wstał i wyszedł.
Ada została sama.
Spojrzała na dokumenty. Na dopisek w polisie. Na przelewy do Szwajcarii.
I na jedno nazwisko, które widniało na dole każdej strony, w rubryce „Agent ubezpieczeniowy”.
Mecenas Roman Żelazny.
Ten sam, który prowadził sprawy finansowe połowy warszawskich bogaczy.
Ten sam, który – jak mówiono – miał układy z półświatkiem.
I ten sam, który był świadkiem na pogrzebie Tomasza Wolskiego.
Ada sięgnęła po telefon.
– Poproszę o numer do mecenasa Żelaznego.
Po chwili usłyszała w słuchawce głos. Głęboki, spokojny, trochę arogancki.
– Żelazny, słucham.
– Dzień dobry, nazywam się Ada Wolińska, jestem analityczką w firmie „Bezpieczna Przyszłość”. Chciałabym porozmawiać o polisie pana Tomasza Wolskiego.
Cisza.
Przez sekundę.
Dwie.
– Oczywiście – powiedział wreszcie. – Kiedy pani może przyjść?
– Jutro o dziesiątej?
– Doskonale. Proszę przyjść do mojej kancelarii przy ulicy Koszykowej. Do zobaczenia.
Rozłączył się.
Ada odłożyła słuchawkę.
Czuła, że coś jest nie tak.
Że ta sprawa śmierdzi na kilometr.
Że pieniądze, kredyty, konta, ubezpieczenia – to wszystko jest tylko wierzchołkiem góry lodowej.
A pod spodem kryje się coś znacznie ciemniejszego.
—
Rozdział 2
Kancelaria mecenasa Żelaznego mieściła się w starej kamienicy przy Koszykowej. W środku pachniało starym drewnem, skórą i pieniędzmi. Na ścianach wisiały obrazy – oryginały, nie reprodukcje. Na biurkach stały mosiężne lampy z zielonymi abażurami.
Żelazny przyjął ją w ogromnym gabinecie. Był to mężczyzna około sześćdziesiątki, z siwymi skroniami i oczami jak u jastrzębia. Uścisnął jej dłoń – suchą, zimną, ale mocną.
– Pani Wolińska. Proszę siadać.
Usiadła.
– Czym mogę służyć?
– Prowadzę analizę polisy Tomasza Wolskiego. Zauważyłam, że był pan agentem ubezpieczeniowym przy jej zawarciu.
– Rzeczywiście. To była standardowa polisa na życie. Nic nadzwyczajnego.
– A jednak coś jest nie tak. Pan Wolski przelewał pieniądze do Szwajcarii. Duże pieniądze. Tuż przed śmiercią.
Żelazny uniósł brew.
– I co z tego? Ludzie biznesu mają konta za granicą. To normalne.
– Ale on brał kredyty w Polsce. Na rozwój firmy. A jednocześnie wyprowadzał pieniądze za granicę. To się nie trzyma kupy.
– Może inwestował za granicą. To też normalne.
Ada położyła na biurku kopię polisy z dopiskiem.
– A to? Też normalne?
Żelazny spojrzał na dokument. Jego twarz ani drgnęła.
– Nie wiem, skąd się to wzięło. Nie ja to pisałem.
– Ale to pana podpis widnieje na dole.
– Mój podpis tak. Ale dopisek… dopisek mógł zrobić ktoś inny. Po latach.
– Kto?
– Nie wiem. Może sam Wolski. Może jego żona. Może ktoś, kto chciał, żeby polisa nie została wypłacona.
Ada patrzyła mu w oczy.
– A kto by tego chciał?
– Ludzie, którzy na tym stracą. Jeśli polisa zostanie wypłacona żonie, oni nie dostaną nic. Jeśli zostanie uznana za nieważną, pieniądze wracają do firmy. A firma ma długi. Wierzyciele byliby zadowoleni.
– Wierzyciele? Kto był wierzycielem Wolskiego?
Żelazny uśmiechnął się. Był to uśmiech, który nie sięgał oczu.
– Tego już pani nie powiem. Tajemnica zawodowa.
– A jeśli to ma związek z morderstwem?
– Morderstwem? – Żelazny zaśmiał się. – Pani chyba ogląda za dużo kryminałów. Wolski umarł na zawał. Sekcja zwłok to potwierdziła.
– Jego syn twierdzi inaczej.
– Jego syn? Adam? – Żelazny pokręcił głową. – Adam to chłopak z problemami. Narkotyki, długi, kłopoty z prawem. Nie wierzyłbym mu na słowo.
Ada wstała.
– Dziękuję za rozmowę.
– Proszę bardzo. I radzę: niech pani nie węszy tam, gdzie nie trzeba. To może być niebezpieczne.
Wyszła.
Na ulicy świeciło słońce. Ale jej było zimno.
Bardzo zimno.
