Część 1: Testament
Klamka była lodowata.
Mimo że kalendarz wskazywał początek czerwca, metal sparzył zimnem, jakbym dotykała tafli lodu. Otworzyłam drzwi i stanęłam w progu domu, który właśnie odziedziczyłam.
Dom po ojcu.
Stary, modrzewiowy, z gankiem pochylonym lekko w lewo, jakby od lat walczył z wiatrem i przegrywał. Pachniało tu stęchlizną, ale pod spodem – lawendą. Suchą, zmieloną lawendą, którą ojciec zawsze wsypywał do woreczków i rozkładał po szafach.
Nie widziałam go od piętnastu lat.
– Pani Katarzyno? – głos mecenasa Kowala dobiegł zza moich pleców. Stał na ścieżce, trzymając teczkę z dokumentami, i nieśmiało poprawiał okulary. – Jeśli chce pani, możemy wejść razem. Musimy spisać protokół stanu majątku, a potem…
– Potem co?
– Potem czeka nas trochę papierkowej roboty w kancelarii. Spadek po pani ojcu to nie tylko ten dom. To także środki zgromadzone na kilku kontach bankowych, lokaty, które pan ojciec zakładał regularnie przez lata, oraz… – zajrzał do dokumentów – …polisa ubezpieczeniowa na życie. Dość spora.
Odwróciłam się do niego.
– Mówi pan, że ojciec odkładał pieniądze?
– Regularnie, co miesiąc. Przez ostatnie dziesięć lat. – Mecenas uśmiechnął się kącikiem ust. – Był bardzo skrupulatny. Wszystkie wpłaty udokumentowane, żadnych zaległości. To rzadkość w dzisiejszych czasach, kiedy ludzie często mają problemy z wypłatą spadku przez nieuregulowane sprawy.
Spojrzałam w głąb ciemnego korytarza.
Ojciec, który odkładał pieniądze. Ojciec, który miał lokaty i ubezpieczenie. Ten sam ojciec, który wyrzucił mnie z domu, gdy miałam osiemnaście lat, bo odmówiłam pracy w jego firmie?
– Wejdę sama – powiedziałam cicho. – Proszę na mnie poczekać.
Drzwi zamknęły się za mną z głuchym trzaskiem.
Wewnątrz było ciemno, ale nie tak, jak w zwykłych domach, gdzie brakuje światła. Tu ciemność miała gęstość. Przypominała mi stare piwnice, do których baliśmy się schodzić jako dzieci – bo wiadomo było, że coś tam czai się w kątach.
Przeszłam do salonu.

Kredens, stara kanapa, na stole szklanka z pozostawioną herbatą. I kurz. Wszędzie kurz, tak gruby, że zostawiałam w nim ślady palców, gdy dotykałam mebli. Na komodzie stały zdjęcia. Moje, z dzieciństwa. Na rowerku, z tornistrem, w sukience komunijnej. Obok nich – fotografia matki, która umarła, gdy miałam dziesięć lat.
Pod ramką coś bielało.
Koperta.
Bez adresu, bez znaczka, po prostu złożona na pół kartka. Rozerwałam ją drżącymi palcami.
W środku był tylko jeden numer.
17:45
I data. Wczorajsza.

Serce zabiło mi szybciej. Wczoraj? Ktoś był tu wczoraj? Ale przecież ojciec nie żył od dwóch tygodni. Prokurator mówił coś o zawale, o tym, że znaleziono go w fotelu, że nie cierpiał, że…
Odwróciłam się.
Na fotelu przy oknie leżał koc. Był zmięty, jakby ktoś właśnie z niego wstał.
– Nie, nikt nie miał kluczy – powiedział mecenas, gdy wyszłam przed dom. Światło słoneczne raziło mnie po tej mrocznej scenie wewnątrz. – Mieszkał sam, nie zatrudniał nikogo do opieki. Sąsiadka, która go znalazła, mówiła, że drzwi były zamknięte na klucz.
Pokazałam mu kopertę.
Spojrzał na datę, potem na mnie.
– To niemożliwe. – Przekręcił kartkę w palcach. – Może zostawił to wcześniej? Albo sama pani przyniosła?
– Nie przyniosłam. I nie zostawił, bo wcześniej bym to znalazła.
Mecenas zamilkł na chwilę.
– W dokumentach, które przeglądałem, jest coś jeszcze. – Otworzył teczkę. – Pana ojciec regularnie opłacał subskrypcję pewnej platformy z kursami online. To dość kosztowne, bo abonament premium, ale płacił co miesiąc. Ostatnia wpłata… – Przesunął palcem po wydruku. – Ostatnia wpłata była dwa dni po jego śmierci.
– Ale jak to możliwe? Skoro umarł dwa tygodnie temu?
– Nie wiem. Może zapomniał anulować, może miał ustawione automatyczne płatności. Sprawdzę to. – Zamknął teczkę. – Pani Katarzyno, wrócę jutro z pełnym zestawieniem. Proszę tu nie zostawać na noc. To nie jest dobre miejsce dla kogoś, kto…
Zawahał się.
– Dla kogoś, kto co?
– Dla kogoś, kto ma wątpliwości – dokończył cicho. I odszedł.
Stałam na ganku, patrząc na zachodzące słońce. Za mną dom oddychał. Słyszałam to wyraźnie – skrzypienie, westchnienia, jakby ktoś przechodził z pokoju do pokoju. Głupie, stare drewno pracuje, powtarzałam sobie. Tylko tyle.
Kiedy w końcu odważyłam się odwrócić i wejść z powrotem, spojrzałam w okno na piętrze.
Ktoś stał za szybą.
Ciemna sylwetka, nieruchoma, patrząca wprost na mnie.
A potem zniknęła.
