Reklama

DOM NA SKRAJU LASU

Dom stał na uboczu.Nie tak, jak domy na osiedlach, które są na uboczu, bo kończą ulicę i za nimi zaczynają się łąki. Ten dom stał na uboczu w sensie głębszym, bardziej pierwotnym — jakby ktoś postawił go w tym miejscu celowo, żeby stał sam, żeby patrzył na las, a las patrzył na niego.Marcin zaparkował samochód na żwirowym podjeździe i przez chwilę nie wysiadał. Silnik zgasł, ale w uszach wciąż czuł wibrację podróży — te osiemset kilometrów z Warszawy, które pokonali z żoną i córką w niecałe dziesięć godzin, z dwoma postojami na hamburgery i jednym na awarię klimatyzacji.

DOM NA SKRAJU LASU

Część pierwsza: KLAMRA

1.

Dom stał na uboczu.

Nie tak, jak domy na osiedlach, które są na uboczu, bo kończą ulicę i za nimi zaczynają się łąki. Ten dom stał na uboczu w sensie głębszym, bardziej pierwotnym — jakby ktoś postawił go w tym miejscu celowo, żeby stał sam, żeby patrzył na las, a las patrzył na niego.

Marcin zaparkował samochód na żwirowym podjeździe i przez chwilę nie wysiadał. Silnik zgasł, ale w uszach wciąż czuł wibrację podróży — te osiemset kilometrów z Warszawy, które pokonali z żoną i córką w niecałe dziesięć godzin, z dwoma postojami na hamburgery i jednym na awarię klimatyzacji.

— Tato, czemu stoimy?

Głos Hani dobiegł z tylnego siedzenia. Sześć lat, różowe spinki do włosów i niekończące się pytania.

— Patrzę — powiedział Marcin.

— Na co?

— Na dom.

Hania wychyliła się między fotelami, przyciskając buzię do szyby. Oddech zaparował szybę w kształcie małej chmurki.

— Jest ładny — orzekła. — Ma dużo okien.

Marcin skinął głową. Rzeczywiście, okien było sporo. Ale im dłużej patrzył, tym bardziej wydawało mu się, że te okna patrzą gdzieś w bok, nie na podjazd, nie na drogę, tylko w las, który zaczynał się jakieś trzydzieści metrów za domem. Ciemna ściana świerków i sosen, gęsta, prawie nieprzenikniona.

— No to wysiadamy? — Marta otworzyła drzwi i chłodne powietrze wpadło do środka, niosąc zapach mokrej trawy i czegoś jeszcze, czego Marcin nie potrafił nazwać. Żywicy? Wilgoci? Starego drewna?

Wysiedli.

Dom z bliska wyglądał inaczej. Z samochodu wydawał się schludny, prawie nowy — biały tynk, brązowe okna, dach z czerwonej dachówki. Ale teraz, stojąc przed nim, Marcin widział rysy. Tynk odpadał płatami przy fundamentach. Rynna przy lewym narożniku była urwana i zwisała pod kątem, który nie pozostawiał wątpliwości — nikt jej nie naprawi, chyba że on sam weźmie się za to w weekend. I te okna. Przy bliskości widać było, że drewniane ramy są spękane, a szyby w niektórych miejscach pokryte cienką warstwą brudu, który wyglądał, jakby ktoś celowo go tam zostawił.

— Agent mówił, że stoi pusty od dwóch lat — powiedziała Marta, jakby czytając mu w myślach. Wyciągnęła klucze z kieszeni dżinsów. — Poprzedni właściciel zmarł.

— Wiem.

— Mówiłam ci wcześniej.

— Wiem, Marto.

Spojrzała na niego z ukosa. Oczy miała zmęczone — te ostatnie miesiące były ciężkie dla nich obojga, ale dla niej chyba najgorsze. Trzy lata temu, gdy rodzice Marty zginęli w wypadku na krajowej siódemce, coś w niej pękło. Potem przyszły problemy w pracy, potem zwolnienia grupowe, potem depresja, o której nie rozmawiali, bo Marcin nie wiedział jak. Przeprowadzka na wieś miała być nowym początkiem. Sprzedali mieszkanie w bloku z wielkiej płyty, Marcin znalazł pracę zdalną w firmie inwestycyjnej — analizy rynku, doradztwo przy funduszach, od czasu do czasu coś o kryptowalutach, choć tego nie lubił, bo ryzyko było zbyt wysokie jak na jego gust. Mieli pieniądze z polisy, którą rodzice Marty zostawili dla Hani. Mieli oszczędności. Mieli plan.

Teraz stali przed domem, który miał być spełnieniem tego planu.

— Otwierasz? — zapytał.

Marta podeszła do drzwi. Były drewniane, ciężkie, z mosiężną klamką w kształcie głowy lwa. Włożyła klucz do zamka. Przekręciła.

Zamek zazgrzytał.

Drzwi uchyliły się do środka z cichym, przeciągłym skrzypnięciem.

Marcin poczuł zapach. Nie był to typowy zapach starego domu — stęchlizny, kurzu, zamkniętych pomieszczeń. To było coś innego. Coś słodkawego, ale nieprzyjemnego, jakby ktoś zostawił na parapecie przejrzałe owoce, a potem o nich zapomniał. I pod spodem — chłód. Głęboki, wilgotny chłód, który nie miał prawa utrzymywać się w lipcowe popołudnie.

— Wejdziemy? — Hania stała za nimi, przestępując z nogi na nogę.

— Tak, skarbie — Marcin odchrząknął. — Tylko trzymaj się blisko.

Weszli do środka.

Hol był przestronny, większy niż na zdjęciach w ogłoszeniu. Podłoga wyłożona terakotą w kolorze piaskowca. Schody na piętro po prawej, z drewnianą poręczą, która pod dotykiem okazała się zimna jak lód. Przed nimi dwoje drzwi — jedne do salonu, drugie do kuchni.

— Gdzie jest mój pokój? — Hania wbiegła pierwsza, nie czekając na odpowiedź. Jej kroki odbiły się echem od ścian.

— Hania, zwolnij! — zawołała Marta, ale dziewczynka już otwierała drzwi do salonu.

Marcin ruszył za nią.

Salon robił wrażenie. Wielkie okno wychodziło dokładnie na las, a ściany były wysokie na dobre trzy metry. Kominek z kamienia polnego, drewniany stół, który wyglądał, jakby miał ze sto lat, i tapczan obity pluszem w kolorze butelkowej zieleni. Na parapecie stał wazon. Pusty.

— Tu jest fajnie — powiedziała Hania, kręcąc się w kółko. — Mogę pobiegać?

— Nie biegaj po domu, dopóki nie sprawdzimy, czy wszystko jest bezpieczne.

— Ale ja chcę zobaczyć mój pokój!

— Zaraz pójdziemy na górę — Marta położyła dłoń na ramieniu córki. — Najpierw tata sprawdzi, czy schody są stabilne.

Marcin podszedł do okna. Las był bliżej, niż myślał. Granica działki musiała kończyć się jakieś dwadzieścia metrów za domem, ale drzewa rosły tak gęsto, że nie sposób było dostrzec, gdzie dokładnie. Świerki pięły się ku niebu, a między nimi, w dole, kłębiły się krzaki i paprocie. Ciemno. Zielono. Wilgotno.

Na szybie zauważył coś dziwnego. Na pierwszy rzut oka wyglądało jak odcisk palca — duży, rozmazany, pozostawiony przez kogoś, kto dotknął szyby od środka. Ale im dłużej patrzył, tym bardziej wydawało mu się, że to nie odcisk. Że to ślad dłoni. Całej dłoni, z palcami rozcapierzonymi, jakby ktoś przycisnął ją do szyby z drugiej strony.

Odbita dłoń na szybie wydawała się tak nierealna, nie możliwa do pozostawienia od zewnatrznej strony szyby a jednak tam była,
a może to tylko złudzenie spowodowane zmęczeniem.

Tylko że to nie miało sensu. Okno wychodziło na las. Za oknem nie było werandy, nie było balkonu. Tylko dwadzieścia metrów trawy, a potem ściana drzew.

— Marcin?

Odwrócił się.

Marta stała w drzwiach, trzymając Hanię za rękę.

— Idziemy na górę?

— Tak — powiedział. — Idziemy.

Oderwał wzrok od okna. Kiedy spojrzał na nie jeszcze raz, zanim wyszedł z salonu, szyba była czysta. Ani śladu dłoni. Żadnego odcisku. Nic.

Pomyślał, że to pewnie gra świateł. Albo zmęczenie. Osiemset kilometrów to osiemset kilometrów.

Na górze było jeszcze chłodniej.

Schody kończyły się wąskim korytarzem, z którego odchodziły cztery drzwi. Troje z nich prowadziło do pokojów, jedne — te na końcu, lekko uchylone — do łazienki. Ściany były wytapetowane w kwiecisty wzór, który musiał być modny gdzieś w latach dziewięćdziesiątych, ale teraz wyglądał jak wysypka na bladej skórze.

— Który mój? — Hania wyrwała się matce i pobiegła korytarzem, otwierając kolejne drzwi.

— Ten! — zawołała po chwili. — Ten jest mój!

Marcin wszedł za nią.

Pokój był najmniejszy z trzech, ale miał to, co Hania lubiła najbardziej — okno w dachu, przez które można było patrzeć w niebo. I widok na las. Oczywiście na las.

— Podoba ci się? — zapytał.

Hania skinęła głową, ale nie odpowiedziała. Stała przy oknie, wpatrując się w ciemną ścianę drzew.

— Haniu?

— Tam ktoś jest — powiedziała cicho.

Marcin podszedł do okna. Wyjrzał na zewnątrz. Trawa, krzaki, las. Nikogo.

— Gdzie?

— Tam — Hania wskazała palcem. — Między drzewami. Widziałam.

— To pewnie sarna — powiedział łagodnie. — Albo jeleń. Dużo ich tutaj w lesie.

— To nie było zwierzę — Hania odwróciła się od okna. Oczy miała szeroko otwarte, ale nie przestraszone. Raczej zaciekawione. — To był pan. Stał i patrzył.

Marta, która właśnie wchodziła do pokoju, stanęła jak wryta.

— Jaki pan?

— Nie wiem — Hania wzruszyła ramionami. — Taki pan. Miał ciemne ubranie. Patrzył na nasz dom.

Marcin i Marta wymienili spojrzenia.

— Kochanie — Marta uklękła przy córce. — Na pewno ci się wydawało. Jesteśmy zmęczeni po podróży, prawda? Późno już, może ci się przywidziało.

— Nie przywidziało mi się — Hania skrzyżowała ręce na piersi, ten gest, który oznaczał, że nie da się przekonać. — Był tam. A potem zniknął.

Marcin wyjrzał przez okno jeszcze raz. Las stał nieruchomo. Ani drgnął. Żadnego ruchu, żadnego ptaka, nawet wiatr nie poruszał gałęziami. Tylko cisza. Gęsta, lepka cisza, która zdawała się wypełzać z lasu i otulać dom.

— Dobrze — powiedział, odwracając się do córki z uśmiechem. — Jak go znowu zobaczysz, to mi powiesz, dobrze? Pójdziemy wtedy razem sprawdzić.

Hania skinęła głową, ale w jej oczach wciąż było coś, co Marcina zaniepokoiło. Nie strach. Coś innego. Jakby wiedziała coś, czego on nie wiedział.

— Rozpakowujemy się? — zapytała Marta, próbując wstrzyknąć w głos trochę optymizmu. — Trzeba pościelić łóżka, bo inaczej będziemy spać na gołych materacach.

Reszta popołudnia zeszła na noszeniu rzeczy z samochodu i rozpakowywaniu kartonów. Marcin zamontował półkę w kuchni, która okazała się krzywo przykręcona przez poprzednich właścicieli. Marta ustawiała garnki w szafkach. Hania biegała po domu, odkrywając kolejne zakamarki — schowek pod schodami, spiżarnię za kuchnią, mały strych, na który prowadziły składane drabinki.

— Tato, a co to?

Marcin wyprostował się. Stał przy kuchennym blacie, próbując podłączyć czajnik. Hania stała w drzwiach do spiżarni, trzymając coś w ręku.

— Pokaż.

Podeszła bliżej. To była ramka na zdjęcie, stara, drewniana, z przetartym złoceniem. W środku — fotografia. Czarno-biała, pożółkła na brzegach, przedstawiająca kobietę w ciemnej sukni. Siedziała na krześle, z dłońmi złożonymi na kolanach, i patrzyła prosto w obiektyw. Włosy miała zaczesane gładko do tyłu, rysy twarzy ostre, prawie męskie. Nie uśmiechała się.

Stare fotografie niosą ze sobą historię, tajemnicza kobieta w podeszłym wieku, nie wiadomo kim była jaką historię skrywa ani kogo przedstawia. Spiżarnia to nie jest miejsce na trzymanie starych fotografii.

— Znalazłam to w szafce — powiedziała Hania. — Za słoikami.

Marcin wziął ramkę do ręki. Zdjęcie było stare — może sto lat, może więcej. Kobieta na fotografii miała w sobie coś niepokojącego. Nie chodziło o wyraz twarzy, bo ten był neutralny. Chodziło o oczy. Patrzyły gdzieś w bok, nie w obiektyw, choć reszta twarzy była zwrócona w stronę fotografa. Jakby w ostatniej chwili spojrzała na coś, co stało tuż obok.

— Kto to? — zapytała Hania.

— Nie wiem — Marcin odłożył ramkę na stół. — Pewnie ktoś z rodziny poprzedniego właściciela.

— A dlaczego zostawił to w spiżarni?

— Może zapomniał.

Hania przyglądała się zdjęciu przez dłuższą chwilę. Potem, bez słowa, wzięła je ze stołu i pobiegła na górę.

— Hania, oddaj to! — zawołał Marcin, ale dziewczynki już nie było.

Marta weszła do kuchni, ocierając pot z czoła.

— Co się stało?

— Hania znalazła jakieś stare zdjęcie w spiżarni i zabrała je do pokoju.

— To chyba nic strasznego. — Marta wzruszyła ramionami. — Pewnie chciała sobie powiesić na ścianie.

— Marto, to nie jest nasze. Trzeba to oddać.

— Komu? Poprzedni właściciel nie żyje. Nie ma rodziny — agent mówił, że dom przeszedł na skarb państwa, bo nie znaleziono spadkobierców. — Podeszła do niego i położyła dłoń na jego ramieniu. — Daj spokój. To tylko stare zdjęcie.

Marcin chciał zaprotestować, ale nie wiedział właściwie o co. Może chodziło o te oczy na fotografii. O to spojrzenie w bok. Albo o to, co Hania widziała w lesie.

— Dobrze — ustąpił. — Ale jak będzie miała koszmary, to nie mów, że nie ostrzegałem.

Marta zaśmiała się cicho.

— Od kiedy to ty jesteś taki przesądny?

Nie odpowiedział. Sam nie wiedział, od kiedy.

Noc zapadła szybko, jak to w górach — choć to nie były jeszcze góry, tylko pogórze, skąd do prawdziwych Beskidów trzeba było jechać jeszcze godzinę. Ale słońce zaszło za lasem tuż po ósmej i zrobiło się ciemno, naprawdę ciemno, tak jak w mieście nigdy nie bywa.

Marcin zamknął okno w sypialni. Przez szybę widział tylko własne odbicie i gdzieś w oddali, pojedyncze światełko na stoku naprzeciwko. Samotny dom, tak jak ich.

— Śpisz? — zapytał cicho.

Marta leżała na boku, twarzą do ściany.

— Nie.

— Myślisz, że to była dobra decyzja?

Odwróciła się. W półmroku widział tylko zarys jej twarzy.

— A masz wątpliwości?

— Nie wiem. — Położył się na plecach, wpatrując w sufit. — Hania mówiła o tym mężczyźnie w lesie. A potem znalazła to zdjęcie. To dziwne, nie?

— Dzieci mają wyobraźnię. A zdjęcie leżało w szafce, bo ktoś o nim zapomniał. — Przesunęła dłonią po jego ramieniu. — To tylko stary dom, Marcin. Nic więcej.

— Wiem.

— Naprawdę. Wszystko będzie dobrze.

Chciał jej wierzyć. Naprawdę chciał.

Ale kiedy w nocy obudził się nagle, bez wyraźnego powodu, i spojrzał w okno, zobaczył coś, co sprawiło, że serce stanęło mu na ułamek sekundy.

Na szybie — od zewnątrz — widniał ślad dłoni.

Nie taki jak w salonie, który mógł być grą świateł. Ten był wyraźny, ostry, jakby ktoś właśnie przycisnął dłoń do szyby, zostawiając odcisk w warstwie wilgoci, która osiadła na szkle nocą.

Marcin usiadł na łóżku.

Spojrzał w dół, na trawnik przed domem.

Nikogo.

Tylko trawa, mokra od rosy, i las w oddali.

I ten ślad.

Kiedy mrugał, ślad zniknął.

Ale on wiedział, że tam był.

Długo nie mógł zasnąć. Leżał i nasłuchiwał. Dom był cichy. Za cichy. Jakby ktoś wyciął z niego wszystkie dźwięki. Nie słyszał tykania zegara, bo go nie mieli. Nie słyszał szumu aut, bo nie było żadnych. Nie słyszał nawet wiatru, który w nocy zawsze jakoś szeleścił, skrzypiał, zawodził.

Tylko cisza.

I w tej ciszy, gdzieś nad ranem, usłyszał coś innego.

Głos.

Cichy, ledwie słyszalny, dobiegający z pokoju Hani.

Dziewczynka mówiła przez sen.

— …nie dotykaj… — wymamrotała. — …nie tutaj…

Marcin wstał i na palcach przeszedł korytarzem. Uchylił drzwi do pokoju córki.

Hania spała spokojnie. Księżycowe światło wpadało przez okno w dachu, rysując na jej kołdrze srebrzysty kwadrat. Pluszowy zając leżał obok poduszki. Wszystko w porządku.

Już miał zamknąć drzwi, gdy jego wzrok padł na ścianę nad łóżkiem.

Tam, gdzie Hania powiesiła znalezione zdjęcie.

Kobieta w ciemnej sukni patrzyła prosto na niego.

I uśmiechała się.

Na czarno-białej, pożółkłej fotografii, na twarzy kobiety, która wcześniej nie okazywała żadnych emocji, teraz widniał uśmiech. Wąski, ledwie zaznaczony kącikami ust, ale nie do pomylenia.

Marcin zamarł.

Potem zrobił krok do przodu, żeby przyjrzeć się bliżej.

Zdjęcie było takie samo. Ta sama poza, te same dłonie złożone na kolanach. Ale usta — usta były inne. Wygięte w górę w nienaturalnym grymasie, jakby ktoś namalował ten uśmiech po fakcie, cienkim pędzelkiem.

Tylko że to nie było namalowane.

Marcin wyciągnął rękę, żeby zdjąć ramkę ze ściany.

I wtedy Hania otworzyła oczy.

— Tato?

Odwrócił się gwałtownie.

— Córciu. Przepraszam, nie chciałem cię obudzić. Sprawdzam tylko, czy wszystko dobrze.

Hania usiadła na łóżku. Przetarła oczy piąstkami.

— Rozmawiałam z panią.

Marcin zamrugał.

— Z jaką panią?

— Z tą na zdjęciu. — Hania wskazała na ścianę. — Przychodzi do mnie w nocy i opowiada historie.

Marcin spojrzał na fotografię. Kobieta patrzyła teraz przed siebie, tak jak wcześniej. Bez uśmiechu. Bez wyrazu.

— Jakie historie? — zapytał, starając się, by głos mu nie drżał.

— O domu. O lesie. O tym, co się tutaj stało dawno temu. — Hania ziewnęła. — Mówi, że jest smutna. Że czeka.

— Na co czeka?

— Na kogoś, kto jej pomoże.

Marcin usiadł na brzegu łóżka córki. Przez głowę przelatywały mu myśli — racjonalne, nieracjonalne, wszystkie pomieszane. Zmęczenie. Przeprowadzka. Nowe miejsce. Dzieci mają wyobraźnię.

— Haniu — powiedział łagodnie. — To tylko stara fotografia. Nikogo na niej nie ma. Rozmawiasz sama ze sobą.

— Nie — Hania pokręciła głową. — Ona naprawdę przychodzi. Staje w drzwiach i patrzy. A potem mówi.

— Co mówi?

Dziewczynka zamyśliła się na chwilę.

— Żebyśmy nie wychodzili w nocy do lasu. Bo tam jest coś, co jej zabrało.

Marcin poczuł, jak ciarki przechodzą mu po plecach.

— Co jej zabrało?

— Nie wiem. Mówi, że nie pamięta. Ale jak pójdziemy do lasu, to nas też zabierze.

Przez długą chwilę Marcin siedział bez ruchu. Hania patrzyła na niego swoimi wielkimi, sześcioletnimi oczami, w których nie było strachu. Tylko spokój. Jakby opowiadała o czymś zwyczajnym, codziennym.

— Kochanie — zaczął ostrożnie. — To był tylko sen. Zły sen. Jesteśmy w nowym miejscu, twój mózg przetwarza wrażenia, dlatego śnią ci się różne rzeczy.

— Ale ja nie spałam — powiedziała Hania. — Kiedy przyszła, nie spałam. Patrzyłam w sufit, a ona po prostu była.

Marcin nie wiedział, co powiedzieć. Wstał, podszedł do ściany i zdjął fotografię. Ramka była zimna w dotyku, jakby leżała w lodówce, a nie wisiała w ogrzewanym pokoju.

— Zabieram to — powiedział. — Jutro gdzieś to schowamy. Dobrze?

Hania skinęła głową, ale w jej oczach pojawił się cień.

— Ona będzie zła.

— To tylko zdjęcie, córeczko. Nie może być zła.

— Może — szepnęła Hania, kładąc się z powrotem. — Ona może wszystko.

Marcin wyszedł z pokoju, zamykając za sobą drzwi. W korytarzu zatrzymał się i spojrzał na fotografię. Kobieta patrzyła na niego. Tym razem nie uśmiechała się. Ale jej oczy — jej oczy zdawały się mówić: Oddaj. To moje.

Schował ramkę pod pachę i zszedł na dół. W kuchni otworzył szafkę nad lodówką, tam gdzie trzymali rzeczy, których nie używali na co dzień, i wcisnął zdjęcie między stare gazety i puste słoiki.

Potem wrócił do sypialni.

Marta spała. Oddychała równo, spokojnie. Marcin położył się obok niej, ale nie zamknął oczu. Leżał i patrzył w sufit, nasłuchując.

Dom wciąż był cichy.

Za cichy.

A potem, gdzieś z dołu, z kuchni, dobiegł go dźwięk.

Jakby ktoś otwierał szafkę.

Cicho, ale wyraźnie.

Skrzypnięcie drewna o drewno.

Marcin wstrzymał oddech.

Czekał.

Dźwięk nie powtórzył się.

Ale on wiedział, że gdy rano zejdzie na dół i otworzy szafkę nad lodówką, zdjęcia tam nie będzie.

I nie mylił się.

Reklama

Najnowsze

Reklama
Poprzedni artykuł
Następny artykuł

Zobacz podobne:

Reklama