Reklama

Tajemnice długu dworu

Deszcz padał nieprzerwanie od trzech dni.Samuel Wickham poprawił kołnierz płaszcza, ale woda i tak znajdowała drogę do jego szyi – zimnymi, uporczywymi kroplami, które spływały za koszulę. Droga przed nim rozmazywała się w szarości, koleiny wypełnione wodą odbijały niebo, które nie istniało, bo nie było nieba, była tylko nisko zawieszona, wełnista mgła.

CZĘŚĆ PIERWSZA: PRZYBYCIE

Rozdział 1

Deszcz padał nieprzerwanie od trzech dni.

Samuel Wickham poprawił kołnierz płaszcza, ale woda i tak znajdowała drogę do jego szyi – zimnymi, uporczywymi kroplami, które spływały za koszulę. Droga przed nim rozmazywała się w szarości, koleiny wypełnione wodą odbijały niebo, które nie istniało, bo nie było nieba, była tylko nisko zawieszona, wełnista mgła.

Woźnica zaklął siarczyście, gdy koło ponownie ugrzęzło.

– Mówiłem, żeby nie jechać dzisiaj – mruknął, nie patrząc na pasażera. – W Crossthwaite nikt nie przyjeżdża w taką pogodę. Ba, w żadną pogodę nikt tam nie przyjeżdża.

Samuel nie odpowiedział. Patrzył na czubki swoich butów – niegdyś eleganckie, teraz oblepione brązowym błotem, które pachniało gnijącymi liśćmi i czymś jeszcze, czymś słodkawym, czego nie potrafił nazwać.

Z kieszeni kamizelki wyciągnął list. Papier był już miękki od wilgoci, ale pismo wciąż czytelne – staranne, kanciaste litery prawnika z Carlisle, który informował go o śmierci wuja.

„Ostatnia wola zmarłego musi zostać wykonana. Rodzinny majątek wymaga obecności prawnego spadkobiercy. Sprawy finansowe są skomplikowane, obecność licznych długów, ale również depozytów w banku w Kendal. Proszę przybyć niezwłocznie.”

Bank. Pieniądze. Długi.

Dla Samuela te słowa miały smak chleba, który jadł przez ostatnie trzy lata – oszczędnie, z umiarem, zawsze licząc każdy grosz. Jako młodszy syn bezdziedzicznego szlachcica, musiał sam torować sobie drogę. Praktyka prawnicza w Londynie dawała ledwie tyle, by przeżyć. Śmierć wuja, którego nigdy nie poznał, była jak list od losu – może wreszcie coś się zmieni.

Woźnica zeskoczył z kozła, buty chlupnęły w błocie.

– Dalej nie pojadę. Konia mi zabiję. Pół mili piechotą i pan będzie w Crossthwaite.

Samuel zapłacił umówioną kwotę – srebrne monety przeszły z jego dłoni do dłoni woźnicy, który schował je szybko, jakby bał się, że deszcz je rozpuści. I został sam.

Dom był cichy.

Za cichy.

Jakby ktoś wyciął z niego wszystkie dźwięki.

Samuel stał przed żelazną bramą, zardzewiałą, uchyloną, z niej zwisała łańcuchowa pętla, która nie spełniała już żadnej funkcji prócz dekoracyjnej. Ścieżka prowadziła pod górę, między nagrobkami – nie, to nie były nagrobki, to były kamienie, zwykłe kamienie, ale poukładane w równych rzędach jak na cmentarzu.

– Pan do dworu?

Głos pojawił się znikąd. Samuel odwrócił się gwałtownie.

Pierwsze spotkanie Samuela z Marthą przy bramie Crossthwaite. Surowy krajobraz angielskich wrzosowisk zapowiada nieuchronne wydarzenia. Sprawdź, co kryło się w testamencie wuja Thomasa w dalszej części tekstu.

Stała przed nim kobieta. Stara, bardzo stara, skulona, w chustce, która kiedyś była czerwona. Trzymała w ręku wiadro, z którego unosiła się para.

– Tak – powiedział Samuel, starając się opanować bicie serca. – Jestem Samuel Wickham. Nowy dziedzic.

Kobieta patrzyła na niego długo. Oczy miała jasne, prawie przezroczyste, jak woda w górskim strumieniu.

– Dziedzic – powtórzyła. Głos miała suchy jak liście. – Dawno nie było dziedzica. Dawno.

Odwróciła się i poszła w stronę dworu, nie oglądając się, czy idzie za nią.

Szedł.

Dwór z bliska nie robił wrażenia. Niski, kamienny, z oknami, które patrzyły na świat jak oczy ślepca – mętne, nieprzejrzyste, brudne. Część dachu zapadnięta, rynna urwana zwisała smętnie. Ale drzwi były nowe.

Świeżo pomalowane na czarno.

Stara kobieta pchnęła je, nie czekając, i weszła do środka.

Wnętrze pachniało dymem, wilgocią i ziołami. Lawenda, rozmaryn, coś jeszcze, czego nie znał. W kominku palił się ogień, ale ciepło nie sięgało dalej niż na krok od paleniska. Samuel rozejrzał się – sprzęty stare, ale solidne, na ścianach portrety. Wszystkie zasłonięte.

Czarnym suknem.

– To przez żałobę – powiedziała kobieta, łapiąc jego spojrzenie. – Dla pana Wickhama. Tego, który umarł.

– Był moim wujem – odparł Samuel. – Chociaż nigdy go nie poznałem.

– Nikt go nie znał – mruknęła kobieta i odwróciła się do kominka, by poprawić polano. – Ja jestem Martha. Służę tu od zawsze. Pan zostanie na noc?

Samuel skinął głową. Wyciągnł z torby dokumenty, położył na stole. Papier wyglądał obco w tym wnętrzu, zbyt czysty, zbyt oficjalny.

– Muszę przejrzeć papiery wuja. Sprawy majątkowe. Wspomniano o długach i o depozycie w banku. Czy wie pani coś o tym?

Martha nie odwróciła się od ognia.

– Pan nie powinien grzebać w przeszłości.

– To nie grzebanie, to obowiązek prawny. Jako spadkobierca muszę uregulować wszelkie zobowiązania.

Milczenie. Tylko trzask drewna.

– Długi – powiedziała wreszcie Martha. – Tak, były długi. Ale nie takie, jakie pan myśli.

– A jakie?

Odwróciła się. W jej oczach tańczyły płomienie.

– Długi wobec tych, którzy czekają. Którzy czekają od dawna. Pan Wickham, ten stary, wiedział, że trzeba płacić. Ale nie chciał. I dlatego umarł.

Samuel poczuł, że robi mu się zimno, mimo ognia.

– Co pani mówi? Że wuj został zamordowany?

– O nie – zaśmiała się cicho, sucho. – Nie zamordowany. Zabrany.

Zabrany.

To słowo zawisło w powietrzu jak dym, który nie chciał ulecieć do komina.

Samuel chciał zapytać więcej, ale Martha już szła w głąb domu, ku schodom. Na dole schodów zatrzymała się.

– Pokój na górze, pierwsze drzwi po lewej. Niech pan nie otwiera innych.

– Dlaczego?

Ale jej już nie było.

Zniknęła w ciemności korytarza, jakby nigdy jej nie było. Samuel stał przez chwilę, nasłuchując. Dom był cichy. Za cichy. Tylko deszcz bębnił w szyby.

Podszedł do jednego z portretów. Czarna tkanina była stara, zakurzona. Uniósł jej rąbek.

Malowidło przedstawiało mężczyznę. Młodego, może trzydziestoletniego, w stroju sprzed pięćdziesięciu lat. Miał ciemne oczy i bladą cerę. Usta wąskie, zacięte. Ale to nie wygląd przykuł uwagę Samuela.

To dłonie.

Mężczyzna trzymał w nich książkę, na której okładce widniał symbol – koło wpisane w trójkąt. Samuel znał ten znak. Widział go kiedyś, w Londynie, u pewnego klienta, który zajmował się… Czym się zajmował? Nie mógł sobie przypomnieć. Ale pamiętał, że ten znak wzbudzał niepokój. I że klient zniknął kilka dni później.

Opuścił tkaninę.

Na górze skrzypnęła podłoga.

Czyjaś stopa. Czyjeś kroki.

Ale Martha poszła w dół, w głąb korytarza, nie na górę.

Samuel stał nieruchomo, nasłuchując. Kroki ustały.

– To tylko stary dom – powiedział do siebie głośno. Głos zabrzmiał obco, jakby należał do kogoś innego.

Wziął świecę ze stołu, zapalił od ognia i ruszył na górę. Schody trzeszczały pod jego stopami, każdy stopień inaczej, jeden jęczał, drugi piszczał, trzeci był głuchy, jakby nie drewno, ale coś innego, coś miękkiego.

Pokój po lewej, pierwsze drzwi.

Otworzył.

I zamarł.

Ktoś tam był.

Postać siedziała na krześle przy oknie, plecami do niego. Czarna suknia, siwe włosy upięte wysoko. W rękach trzymała coś, co wyglądało jak list.

Makabryczne znalezisko: Kukła w pokoju na piętrze to nie tylko dekoracja, to strażnik tajemnicy Pożyczycieli. Symbol koła w trójkącie pojawia się w historii po raz pierwszy. Dowiedz się, dlaczego Martha zabroniła wchodzić do pozostałych komnat.

– Przepraszam – wyjąkał Samuel. – Nie wiedziałem, że ktoś…

Postać nie drgnęła.

– Pani?

Zbliżył się o krok. Świeca drżała w jego dłoni, rzucając tańczące cienie na ściany.

Kolejny krok.

I wtedy zrozumiał.

To nie była kobieta. To była suknia – pusta suknia, ułożona na krześle, wypchana czymś, co miało imitować ciało. Głowa zrobiona była ze starych pończoch, włosy z końskiego włosia. Ręce – rękawiczki wypchane watą. W dłoniach trzymała list, ale to nie był prawdziwy list, tylko kawałek pożółkłego papieru, na którym ktoś dawno temu narysował atramentem szereg znaków.

Znów ten symbol. Koło w trójkącie.

Samuel cofnął się. Jego plecy uderzyły o framugę.

– Martha! – zawołał, ale głos uwiązł mu w gardle.

Cisza.

Dom był cichy. Za cichy.

Zbiegł na dół, prawie spadając ze schodów. W izbie nikogo nie było. Ogień w kominku przygasł, tylko żarzył się czerwoną łuną. Drzwi wejściowe były otwarte. Na progu stała Martha.

Patrzyła w ciemność.

– Widział pan – powiedziała, nie odwracając się. To nie było pytanie.

– Co to jest? Kto to?

– To czeka – odparła. – Od pięćdziesięciu lat czeka. Na spłatę.

Samuel chciał zapytać, ale wtedy usłyszał to.

Na górze.

Kroki.

Wyraźne, ciężkie kroki, jakby ktoś chodził po pokoju, tym samym, w którym siedziała kukła. I nie tylko chodził – przesuwał meble. Skrzypienie, szuranie, stukot.

– Kto tam jest? – krzyknął Samuel.

Martha odwróciła się. W jej oczach nie było strachu. Było coś innego. Rezygnacja. I współczucie.

– Nikt – powiedziała cicho. – Nikogo tam nie ma.

Kroki ucichły.

Ale zanim to nastąpiło, Samuel usłyszał jeszcze jedno.

Głos.

Cichy, stłumiony, jakby dochodził spod ziemi albo z bardzo daleka.

Głos, który wypowiedział jego imię.

Samuel.

Serce wallło mu jak młotem. Rzucił się do drzwi, wybiegł w deszcz, w błoto, w noc. Biegł ścieżką między kamieniami, które nie były nagrobkami, między drzewami, które szeptały, choć nie było wiatru.

Dopiero przy bramie się zatrzymał, dysząc ciężko.

Odwrócił się.

W oknie na piętrze paliło się światło.

W pokoju, w którym nikogo nie było.

Rozdział 2

Noc spędził w stodole.

Nie wrócił do dworu. Nie mógł. Każda komórka jego ciała krzyczała, żeby uciekać, żeby wrócić do Carlisle, do Londynu, gdzie domy milczą, gdzie martwi nie chodzą, gdzie kukły nie siedzą w oknach.

Ale gdy świt zaczął przeciekać przez szpary w deskach, szary i niepewny, zrozumiał, że nie może.

Spadek. Pieniądze. Bank w Kendal.

To była jego jedyna szansa, by wyrwać się z londyńskiej biedy. Jeśli ucieknie, wszystko przepadnie. Długi wuja spadną na niego, a on nie miał czym płacić. Wierzyciele z Carlisle, bank, może nawet korona – wszyscy upomną się o swoje.

Więc wrócił.

Dwór o poranku wyglądał inaczej. Mniej złowieszczo, bardziej zwyczajnie. Kamień był tylko kamieniem, okna – brudnymi szybami, a nie ślepymi oczami. Drzwi wciąż otwarte.

Wszedł.

W izbie palił się ogień. Pachniało chlebem i ziołami. Martha krzątała się przy kominie, stawiając na stole miskę z kaszą.

– Niech pan je – powiedziała, nie patrząc na niego. – Potem pokażę panu gabinet pana Wickhama.

Samuel usiadł ciężko. Drewniana ława była twarda, ale po nocy spędzonej na sianie wydawała się wygodna. Jadł w milczeniu, podczas gdy Martha zamiatała podłogę, rytmicznie, miotła sunęła po deskach: szu, szu, szu.

– Kim był mój wuj? – zapytał wreszcie.

Martha przerwała zamiatać.

– Panem tego domu.

– To wiem. Ale kim był naprawdę?

Popatrzyła na niego. Długo.

– Mądrym człowiekiem. I głupim. Jak wszyscy, którzy myślą, że można oszukać los.

– Co pani ma na myśli?

Nie odpowiedziała. Odstawiła miotłę i podeszła do ściany, na której wisiał rząd obrazów – tych samych, zakrytych czarnym suknem. Zanim Samuel zdążył zaprotestować, zdarła tkaninę z jednego.

Tajemnica przodka: Alistair Wickham, człowiek, który zawarł pakt, by ratować majątek. Portret skrywa klucz do zrozumienia natury długu. Zobacz, jak Samuel interpretuje odnalezione w gabinecie rachunki.

To był portret mężczyzny, którego widział poprzedniej nocy. Ten sam. Młody, blady, z książką w dłoni.

– To on – powiedziała Martha. – Alistair Wickham. Pański dziadek.

Samuel wstał, podszedł bliżej. Teraz, w dziennym świetle, widział więcej. Na palcu mężczyzny pierścień z tym samym symbolem – koło w trójkącie. W tle obrazu, za oknem, widać było ten dwór, ale inny, nowy, z zadbanym ogrodem.

– Co się stało z moim dziadkiem?

– Zniknął – odparła Martha cicho. – Pięćdziesiąt lat temu. W nocy. Zostawił żonę, dwoje dzieci, długi. I ten dom.

– Długi?

– Długi wobec… ludzi, z którymi robił interesy. Niewłaściwe interesy.

Samuel milczał, wpatrując się w twarz dziadka. Była w niej jakaś determinacja, ale i cień strachu. Jakby malarz uchwycił moment, w którym człowiek wie, że przekroczył granicę.

– A mój wuj? – zapytał. – Thomas?

– Thomas przez całe życie próbował spłacić te długi. Ale nie takie długi spłaca się pieniędzmi. Nie takie.

– To czym?

Martha odwróciła wzrok.

– Krwią. Albo pamięcią. Albo czymś, czego nawet nie umiem nazwać.

Z korytarza dobiegł szmer. Jakby ktoś przeciągnął szmatą po podłodze. Samuel odwrócił się gwałtownie, ale nikogo nie było.

– To tylko myszy – powiedziała Martha. Ale jej głos drżał.

– Proszę mi pokazać gabinet.

Gabinet znajdował się na piętrze. Nie w tym skrzydle, gdzie był pokój z kukłą, ale po drugiej stronie korytarza. Martha otworzyła drzwi i stanęła z boku, jakby nie chciała wchodzić.

Samuel wszedł.

Pokój był niewielki, zastawiony regałami z księgami. Na biurku leżały papiery, starannie poukładane, jakby ktoś je sortował, ale nigdy nie skończył. Świeca w mosiężnym świeczniku wypaliła się do końca, wosk ściekł na blat i zastygł w kałuży.

Samuel usiadł za biurkiem. Otworzył pierwszą teczkę.

Rachunki. Faktury. Listy od wierzycieli.

„Szanowny Panie Wickham, przypominamy o zaległej płatności…”

„Niniejszym wzywamy do uregulowania należności…”

„Dług wobec banku w Kendal wynosi obecnie…”

Cyfry. Daty. Podpisy.

Długi sięgały zawrotnych sum. Samuel gwizdnął cicho przez zęby. Nawet jeśli sprzeda wszystko, nawet jeśli dostanie depozyt z banku, nie wystarczy. Rodzinny majątek był obciążony hipotekami, pożyczkami, wekslami.

Ale wśród tych wszystkich papierów znalazł jeden, inny.

Nie był to list od banku ani od prawnika. To był list pisany ręką jego wuja. Do niego.

„Drogi Samuelu,

Jeśli to czytasz, znaczy, że już mnie nie ma. I że Martha nie posłuchała mojej prośby, by spalić wszystkie papiery. Ale skoro już tu jesteś, musisz wiedzieć jedno: nie przyjmuj spadku. Uciekaj. Zostaw wszystko. Długi, pieniądze, dom – to wszystko nic w porównaniu z tym, co się tu czai.

Dziadek Alistair myślał, że może oszukać przeznaczenie. Pożyczył od nich, by ratować rodzinę przed ruiną. Ale oni nie pożyczają pieniędzy. Oni pożyczają czas. A gdy przychodzi termin spłaty, zabierają to, co najcenniejsze.

Ja starałem się spłacić. Oddałem wszystko, co miałem. Ale to nie wystarczyło. Teraz oni czekają na ciebie.

Nie wchodź do pokoju na końcu korytarza. I nie ufaj Marcie.”

Samuel podniósł wzrok.

List drżał w jego dłoniach.

Drzwi gabinetu były zamknięte. Nie pamiętał, żeby je zamykał.

Zza nich dobiegł cichy, regularny odgłos.

Oddech.

Czyjś oddech.

Reklama

Najnowsze

Reklama
Poprzedni artykuł
Następny artykuł

Zobacz podobne:

Reklama