Reklama

Tajemnice długu dworu

Deszcz padał nieprzerwanie od trzech dni.Samuel Wickham poprawił kołnierz płaszcza, ale woda i tak znajdowała drogę do jego szyi – zimnymi, uporczywymi kroplami, które spływały za koszulę. Droga przed nim rozmazywała się w szarości, koleiny wypełnione wodą odbijały niebo, które nie istniało, bo nie było nieba, była tylko nisko zawieszona, wełnista mgła.

CZĘŚĆ CZWARTA: SPŁATA

Rozdział 9

Noc zapadła, zanim skończył.

Dokumenty były stare, pisane archaicznym językiem, pełne terminów prawnych, które znał ze swojej praktyki. Ale im dłużej czytał, tym jaśniejszy stawał się obraz.

Umowa, którą podpisał Alistair, była mistrzowskim oszustwem. Pożyczkodawcy nie byli ludźmi ani duchami. Byli… bytami, które żywiły się tym, co ludzie uważali za najcenniejsze. Ale nie zabierali tego od razu. Czekali. I w momencie spłaty, ofiara musiała sama wskazać, co oddaje.

Alistair wskazał siebie. Thomas – nie zdążył, bo umarł, zanim podjął decyzję. I dlatego trafił do Krainy pod Wzgórzem, ale nie jako ofiara, tylko jako… zakładnik.

Była jednak luka.

W jednym z dokumentów, dopisanym na marginesie innym atramentem, ktoś – może Alistair? – zanotował:

„Jeśli w chwili spłaty dłużnik nie ma nic, co kocha bardziej niż życie, Pożyczkodawcy nie mogą go zabrać. Ale muszą dostać coś innego. Kogoś innego. Kogoś, kto odda się za niego dobrowolnie.”

I dopisek, już inną ręką:

„Ale nikt dobrowolnie nie oddaje się w niewolę.”

Samuel złożył papiery.

Więc to była odpowiedź. Nie musiał oddawać siebie, jeśli nie miał nic cennego. Ale wtedy ktoś inny musiałby zająć jego miejsce.

Kto?

Martha.

Pomyślał o niej. Stara, zmęczona, służąca od zawsze. Czy oddałaby się za niego? Za kogoś, kogo zna od dwóch dni?

Nie. To niemożliwe.

Ale może… może ona wiedziała więcej, niż mówiła. Może ona sama była częścią tej umowy.

Postanowił wracać.

Rozdział 10

Podróż powrotna była jeszcze gorsza.

Koń okulał, musiał go zostawić w przydrożnej gospodzie i iść pieszo. Deszcz lał, błoto chlupało pod butami, noc była czarna jak atrament. Szedł, potykając się o korzenie, przystając co chwila, by złapać oddech.

Myślał o Marcie.

Dlaczego została w tym domu przez tyle lat? Dlaczego służyła Wickhamom, skoro wiedziała, co się dzieje? Może miała własny dług do spłacenia. Może czekała na kogoś, kto ją uwolni.

Ale od czego?

Wrócił do dworu nad ranem.

Martha czekała w progu, blada, z podkrążonymi oczami.

– Znalazł pan coś? – zapytała.

Skinął głową. Weszli do środka.

W izbie palił się ogień, na stole stała miska zupy. Samuel opowiedział jej wszystko – o dokumentach, o luce w umowie, o tym, że ktoś musi zająć jego miejsce.

Martha słuchała w milczeniu. Gdy skończył, spojrzała na niego dziwnie.

– I myśli pan, że znajdzie się ktoś taki?

– Nie wiem – przyznał. – Ale musi.

– Ja… – zaczęła Martha i urwała.

Samuel patrzył na nią.

– Pani?

Odwróciła wzrok.

– Ja nie mogę. Mam swoje zobowiązania. Swoje długi.

– Jakie długi?

Milczała długo. Ogień trzaskał, deszcz bębnił w szyby.

– Służyłam tu od dziecka. Moja matka służyła, babka też. My, kobiety z naszej rodziny, zawsze służyłyśmy Wickhamom. Bo kiedyś, dawno temu, jeden z waszych przodków uratował moją praprababkę od śmierci. I w podzięce… w podzięce oddała mu swoją wolność. I wolność wszystkich swoich potomków.

Samuel patrzył na nią z niedowierzaniem.

– Jesteście niewolnikami?

– Nie w sensie prawnym. Ale w sensie… duchowym. My nie możemy odejść. Gdybyśmy spróbowały, umarlibyśmy. Dosłownie. Próbowała moja ciotka. Zmarła w drodze do Carlisle.

– Więc pani też jest uwięziona.

– Tak. I dlatego nie mogę zająć pańskiego miejsca. Nawet gdybym chciała, Pożyczkodawcy by mnie nie przyjęli. Nie jestem Wickhamem. Nie mogę spłacić długu Wickhamów.

Samuel opadł na krzesło.

Więc nie było nadziei.

Został sam.

Rozdział 11

Noc przed pełnią była najgorsza.

Samuel nie spał. Siedział przy kominku, wpatrując się w ogień, próbując znaleźć rozwiązanie. Myślał o Alistairze, o Thomasie, o tańczących postaciach w gobelinie. O tym, że za dwadzieścia cztery godziny dołączy do nich na zawsze.

Martha krzątała się po domu, ale nie odzywała. Coś w jej zachowaniu się zmieniło – była bardziej nerwowa, spoglądała na niego ukradkiem, jakby chciała coś powiedzieć, ale się bała.

Około północy usłyszeli kroki na górze.

Nie lekkie, nie tajemnicze – ciężkie, wyraźne, jakby ktoś szedł korytarzem, otwierał drzwi, zamykał.

Samuel zerwał się, chwycił świecę.

– Niech pan nie idzie! – krzyknęła Martha.

Ale on już biegł na górę.

Korytarz był pusty. Ale drzwi do pokoju na końcu – te, które zawsze były zamknięte – stały otworem.

I w środku paliło się światło.

Wszedł.

Pokój był taki, jak w śnie. Gobeliny, stół zastawiony jedzeniem, kwiaty. I przy stole siedział mężczyzna.

Nie Alistair. Ktoś inny. Młodszy, z twarzą podobną do niego samego.

Ostatnia szansa: Spotkanie z duchem Thomasa ujawnia jedyną lukę w kontrakcie. Ktoś musi dobrowolnie zająć miejsce dłużnika. Czy Samuel znajdzie osobę gotową na takie poświęcenie?

– Thomas? – wyszeptał Samuel.

Mężczyzna podniósł wzrok. Miał oczy zmęczone, ale wciąż żywe.

– Siadaj, bracie – powiedział cicho. – Czekałem na ciebie.

Samuel usiadł naprzeciwko.

– Jak to możliwe? Myślałem, że jesteś uwięziony.

– Jestem. Ale w noc przed pełnią mogą nas wypuścić. Na chwilę. Byśmy mogli… pożegnać się z życiem.

– Z życiem?

Thomas skinął głową.

– Jutro, gdy przyjdzie czas spłaty, my wszyscy, Wickhamowie z przeszłości, staniemy się częścią gobelinu na zawsze. Twoje dołączenie uwolni nas? Nie. Twoje dołączenie sprawi, że będziemy kompletni. Że gobelin będzie skończony.

– Nie chcę tu być! – krzyknął Samuel. – Musi być sposób!

Thomas uśmiechnął się smutno.

– Myślisz, że nie szukałem? Przez pięćdziesiąt lat? Alistair szukał, jego ojciec szukał, wszyscy szukaliśmy. I wiesz co? Jest sposób. Ale go nie wykorzystamy.

– Jaki?

– Ktoś musi oddać się dobrowolnie za ciebie. Ktoś, kto nie jest Wickhamem, ale kocha cię bardziej niż życie. Tylko taka ofiara może przerwać cykl.

Samuel poczuł, że serce mu zamiera.

– Kocha? Ale ja nikogo nie mam.

– Wiem – powiedział Thomas cicho. – I dlatego jesteś tutaj.

Nagle z korytarza dobiegł krzyk.

Marthy.

Samuel zerwał się, wybiegł.

Na korytarzu, przy schodach, stała Martha. I Culpepper.

Culpepper trzymał ją za ramię, uśmiechając się swoim bladym uśmiechem.

– Panie Wickham – powiedział. – Czas negocjacji dobiegł końca. Jutro o północy przyjdę po pana.

– Zostaw ją!

– Och, nie martwiłbym się o nią. Ona ma swoje własne długi do spłacenia. Ale niech pan posłucha rady: nie szuka już rozwiązania. Ono nie istnieje.

Puścił Marthę. Odwrócił się i zniknął w ciemności korytarza, jakby rozpłynął się w powietrzu.

Martha osunęła się na podłogę.

Samuel podbiegł do niej.

– Nic mi nie jest – wyszeptała. – Nic. Ale ja… ja muszę panu coś powiedzieć.

– Co?

Spojrzała mu w oczy. Płakała.

– Ja mogę zająć pańskie miejsce.

– Co? Mówiła pani, że nie może, że nie jest Wickhamem.

– Nie jestem. Ale jest ktoś, kto może.

– Kto?

Martha wzięła głęboki oddech.

– Moja córka.

Reklama

Najnowsze

Reklama
Poprzedni artykuł
Następny artykuł

Zobacz podobne:

Reklama