CZĘŚĆ PIERWSZA: SPADEK
Rozdział 1
Deszcz bębnił w szyby od trzech dni.
Nathaniel Pearce siedział przy oknie swojego londyńskiego pokoju na poddaszu i patrzył, jak woda ścieka po szybie, tworząc kręte ścieżki. Przed nim na stole leżały monety – sześć szylingów i cztery pensy. Resztki ostatniej wypłaty z kancelarii penta, gdzie przepisywał akta od świtu do nocy.

Za ścianą sąsiadka hałasowała garnkami. Z dołu dobiegał śpiew pijanych robotników. Londyn huczał swoim zwykłym, obojętnym hukiem.
Nathaniel zamknął oczy.
Miał dwadzieścia siedem lat. Był sam, biedny i zmęczony. Jego rodzice umarli, gdy był dzieckiem – ojciec na suchoty, matka z żalu rok później. Wychował się u dalekich krewnych, którzy nie kryli, że jest dla nich ciężarem. Potem sam musiał radzić sobie w świecie.
Praktyka prawnicza dawała ledwie tyle, by nie umrzeć z głodu. Ale głód i tak przychodził czasem wieczorami, gdy żołądek skręcał się z bólu, a w kieszeni nie było już ani pensa.
Pukanie do drzwi wyrwało go z zamyślenia.
Otworzył.
Na progu stał chłopak w liberii – mokry, zdyszany, z listem w dłoni.
– Pan Nathaniel Pearce? – wysapał.
– Tak.
– Od pana Grahama. Z Carstairs.
Chłopak wręczył mu kopertę i zbiegł po schodach, nim zdążył zapytać o cokolwiek.
List był gruby, opatrzony tłoczonym herbem – tarcza, na niej owca, pod spodem łacińska sentencja. Nathaniel rozerwał pieczęć.
„Szanowny Panie Pearce,
Z przykrością zawiadamiam o śmierci Pana wuja, Archibalda Pearce’a z Carstairs w Szkocji. Jako najbliższy żyjący krewny, zostaje Pan wezwany do stawienia się w dworze celem uregulowania spraw spadkowych. Rodzinny majątek wymaga Pana obecności, a także pewne zobowiązania finansowe, które zmarły pozostawił. W grę wchodzą znaczne środki zdeponowane w banku w Edynburgu, jak również inne aktywa, o których będzie Pan mógł się dowiedzieć na miejscu.
Proszę przybyć niezwłocznie.
Z poważaniem,
Ezra Graham, prawnik”
Nathaniel przeczytał list trzykrotnie.
Wuj. Gdzieś w Szkocji mieszkał starszy brat jego matki, człowiek, o którym mówiło się, że dorobił się na handlu wełną, że jest bogaty, skąpy i samotny. Nathaniel nigdy go nie poznał – matka zerwała kontakty z rodziną, gdy wyszła za mąż za biednego urzędnika.
A teraz ten wuj nie żył. I zostawił mu… coś.
Pieniądze. Rodzinny majątek. Depozyt w banku.
Nathaniel spojrzał na swoje sześć szylingów.
Może to zmiana. Może wreszcie przestanie liczyć każdy grosz.
Spakował niewielki worek – kilka koszul, cieplejszy płaszcz, list od prawnika. I następnego ranka wyruszył w drogę.
—
Rozdział 2
Podróż do Szkocji trwała trzy dni.
Najpierw dyliżansem do Yorku, potem pocztowym powozem do Edynburga, wreszcie wynajętą bryczką przez wrzosowiska, które ciągnęły się pod szarym niebem aż po horyzont. Deszcz lał nieprzerwanie, rozmazując świat w jednolitą, wilgotną plamę.
Woźnica był milczący. Tylko raz, gdy mijali stary kamienny krąg na wzgórzu, mruknął coś pod nosem.
– Co pan powiedział? – zapytał Nathaniel.
– Nic, nic. Tylko… niech pan nie patrzy w tamtą stronę po zmroku.
Nathaniel spojrzał na kamienie. Stały szare, omszałe, jak starcy skuleni w sobie. Nic w nich nie było strasznego. Ale gdy odwrócił wzrok, poczuł na karku dziwne zimno – jakby ktoś na niego patrzył.
Woźnica dodał jeszcze:
– W tych stronach bogacze nie mają lekko. Mówią, że niektórzy paktują z czymś, czego lepiej nie wymieniać z nazwy. Że ich pieniądze śmierdzą siarką.
Nathaniel nie odpowiedział. Myślał o wuju, o spadku, o pieniądzach, które miały go uratować.
Carstairs okazało się wioską, która nie istniała naprawdę.
Kilka kamiennych domów, kościół bez wieży, karczma, przy której stał chudy pies i patrzył na przejezdnych z obojętnością istoty, która widziała już wszystko. Ale wioska była pusta.
Nie, nie pusta. Ludzie byli. W oknach migotały świece, z kominów unosił się dym. Tylko na ulicy nie było nikogo. Jakby wszyscy zamarli w środku, nasłuchując.

Bryczka zatrzymała się przed dworem.
Dwór nie był duży. Niski, rozciągnięty wzdłuż, z wieżyczką, w której okna zabito deskami. Ścieżkę zarastał mech. Przy drzwiach stała latarnia, ale nie paliła się w niej świeca – tylko suchy, biały popiół.
Nathaniel zapłacił woźnicy. Srebrne monety przeszły z dłoni do dłoni – zimne, ciężkie. Woźnica schował je szybko, jakby bał się, że je ktoś zobaczy.
– Niech pan nie zostaje tu długo – powiedział i odjechał.
Dom był cichy.
Za cichy.
Jakby ktoś wyciął z niego wszystkie dźwięki.
Nathaniel stał przez chwilę, nasłuchując. Tylko deszcz bębnił w kamienie. Tylko jego własny oddech. Zapukał. Nikt nie otwierał. Zapukał mocniej. Drzwi uchyliły się same. Skrzypnęły, jakby ktoś jęknął.
Wszedł do środka.
Wnętrze pachniało wilgocią, starym drewnem i czymś jeszcze – słodkawym, mdłym, jak kwiaty, ale kwiaty gnijące. W korytarzu paliła się jedna świeca, nisko osadzona w mosiężnym świeczniku. Ściany pokrywała boazeria, na której ktoś dawno temu wyrzeźbił wzory – liście, owoce, ptaki. Ale ptaki miały ludzkie twarze.
– Jest tu kto? – zawołał.
Cisza.
Poszedł dalej. Salon, jadalnia, biblioteczka. Wszędzie meble przykryte prześcieradłami, kurz na wszystkich powierzchniach. W kominku resztki popiołu, zimne.
Na piętrze znalazł gabinet.
Drzwi były uchylone. Światło sączyło się spod nich.
Otworzył.
Przy biurku siedział mężczyzna. Stary, bardzo stary, z brodą białą jak mlecz. Pisał coś piórem, ale pióro nie dotykało papieru – zawisło w powietrzu, drżąc.
– Pan Graham? – zapytał Nathaniel.
Mężczyzna podniósł wzrok. Miał oczy jasne, prawie białe, bez źrenic.
– Nathaniel Pearce – powiedział. Głos był suchy, jak szelest papieru. – Czekałem na ciebie.
– Pan… pan jest prawnikiem?
Stary człowiek uśmiechnął się. Usta miał wąskie, sine.
– Jestem tym, który pilnuje rachunków. Twój wuj zostawił pewien dług. Dług, który teraz przechodzi na ciebie.
– Jaki dług? Mówiono mi o spadku, o pieniądzach w banku…
– Pieniądze – przerwał starzec. – Tak, są pieniądze. W banku w Edynburgu. Pokaźna suma. Ale żeby je dostać, musisz najpierw spłacić dług.
– Komu?
Starzec wstał. Był niski, zgarbiony, ale kiedy się wyprostował, wydawał się wyższy, niż powinien.
– Ludziom, którzy pożyczyli twojemu wujowi, gdy ten próbował pomnożyć majątek. Inwestycje, które poszły źle. Napad na bank w Glasgow, w którym uczestniczył, ale pieniądze przepadły. Długi, które narosły przez lata.
– Napad na bank? – powtórzył Nathaniel. – Mój wuj był przestępcą?
Starzec zaśmiał się cicho. Śmiech był jak zgrzyt metalu.
– Był człowiekiem, który chciał więcej. Jak wszyscy bogacze. Myślał, że może oszukać los. Ale losu się nie oszukuje.
Podszedł do ściany, na której wisiał obraz. Zerwał z niego całun.
Malowidło przedstawiało mężczyznę w średnim wieku, z twarzą pooraną zmarszczkami, w bogatym stroju. W dłoniach trzymał worek, z którego wysypywały się monety.
– To on – powiedział starzec. – Twój wuj, Archibald Pearce. Człowiek, który chciał być bogaty. I był. Ale zapomniał, że każda pożyczka ma swój termin.
– Jaki termin? Kiedy?
Starzec odwrócił się. Jego oczy były teraz czarne.
– Za trzy dni. W noc pełni. Przyjdą po swoją należność.
– Kto przyjdzie?
– Ci, którzy pożyczają pieniądze na procent, którego nie spłacisz złotem.
Nathaniel cofnął się o krok. Poczuł, że robi mu się zimno, mimo że w pokoju było duszno.
– To jakieś szaleństwo – wyszeptał. – Jestem prawnikiem, nie wierzę w duchy.
– Duchy? – Starzec zaśmiał się. – Nikt nie mówił o duchach. Mówię o ludziach. Bardzo realnych ludziach. Którzy za trzy dni przyjdą upomnieć się o swoje. A jeśli nie zapłacisz… zabiorą ciebie.
Z korytarza dobiegł dźwięk.
Kroki.
Ciężkie, miarowe, jakby ktoś szedł w butach nabijanych gwoździami.
Starzec spojrzał w stronę drzwi.
– Idą – szepnął.
Drzwi otworzyły się z hukiem.
W progu stał mężczyzna. Wysoki, barczysty, w czarnym płaszczu, z kapeluszem naciśniętym na oczy. W ręku trzymał latarnię, ale w środku nie było światła – tylko ciemność, gęsta jak smoła.
– Witaj, Nathanielu – powiedział. Głos był głęboki, ale jakby nienaturalny, jakby należał do kogoś znacznie większego. – Mówią o mnie Człowiek z Latarnią. I przychodzę po rachunek.
Nathaniel chciał uciekać, ale nogi odmówiły posłuszeństwa.
Mężczyzna postąpił krok do przodu. Latarnia zakołysała się, a w jej wnętrzu coś błysnęło – nie ogień, ale para oczu. Dwoje oczu, które patrzyły wprost na Nathaniela.
– Twój wuj pożyczył od nas pieniądze, by sfinansować napad na bank w Glasgow. Napad się udał, ale on zginął, zanim zdążył oddać dług. Teraz ty jesteś spadkobiercą. I ty musisz zapłacić.
– Nie mam pieniędzy! – krzyknął Nathaniel.
– Wiemy – odparł Człowiek z Latarnią. – Ale masz coś innego. Coś, co możemy wziąć.
I wtedy światła zgasły.
—
Rozdział 3
Otworzył oczy.
Leżał na podłodze w gabinecie. Świeca w świeczniku dopalała się, rzucając ostatnie błyski. Starca nie było. Obraz wisiał na ścianie, ale twarz wuja zmieniła się – teraz patrzyła wprost na niego, a usta miała otwarte w niemym krzyku.
Nathaniel zerwał się na równe nogi.
Pobiegł do drzwi. Były zamknięte. Szarpnął – ani drgnęły. Zaparł się nogami, szarpał, aż drewno zatrzeszczało, ale zamek trzymał.
Z korytarza dobiegł śmiech. Cichy, stłumiony, jakby ktoś śmiał się przez ścianę.
– Kto tam? – krzyknął.
Śmiech ucichł. I wtedy usłyszał głos. Znajomy.
– Nathanielu, chłopcze, otwórz.
To była jego matka.
Ale matka nie żyła od dziesięciu lat.
Przywarł uchem do drzwi. Głos dobiegał wyraźnie, z korytarza, tuż za progiem.
– Otwórz, synku. Tęskniłam.
– Nie żyjesz – wyszeptał Nathaniel.
– Żyję, żyję. Tylko trochę inaczej. Otwórz, a zobaczysz.
Ręka mu drżała. Położył dłoń na klamce. Była lodowata, jakby nikt jej nie dotykał od miesięcy.
Otworzył.
Korytarz był pusty. Tylko na końcu, przy schodach, stała postać. Kobieca, w białej sukni, z długimi włosami. Stała tyłem, ale Nathaniel wiedział, że to ona.
– Mamo?
Postać odwróciła się powoli.
I nie miała twarzy.
Tylko gładką, białą skórę, jak maska.
Krzyknął i rzucił się do ucieczki. Wpadł do pierwszych lepszych drzwi, zatrzasnął je za sobą, zaryglował. Serce waliło mu jak młotem. Stał w ciemności, dysząc, nasłuchując.
Cisza.
Po chwili oczy przywykły do mroku. Był w sypialni. Łóżko z baldachimem, komoda, lustro w ciężkiej ramie. I na komodzie – list.
Podszedł, drżącymi rękami otworzył.
„Drogi Nathanielu,
Jeśli to czytasz, znaczy, że spotkałeś już Człowieka z Latarnią. Nie bój się, on nie może cię skrzywdzić – dopóki nie miną trzy dni. Ale musisz działać szybko.
W banku w Edynburgu leży depozyt na twoje nazwisko. To pieniądze, które ukryłem przed nimi. Jeśli je odbierzesz i wrzucisz do studni za domem, nim minie pełnia, dług zostanie spłacony.
Ale uważaj: oni będą próbowali cię powstrzymać. Użyją twoich wspomnień, twoich lęków, twoich najgłębszych tajemnic. Nie ufaj nikomu.
Twój wuj, Archibald”
Nathaniel przeczytał list dwukrotnie. Potem raz jeszcze.
Bank w Edynburgu. Pieniądze. Studnia.
Spojrzał w lustro. Jego własna twarz patrzyła na niego – blada, z podkrążonymi oczami, ale to wciąż był on. Na razie.
Za oknem szarzał świt.
Wyjrzał. Na podjeździe stał powóz. Konie parskały, woźnica poprawiał uprząż. Zwykły, ludzki woźnica.
Nathaniel otworzył okno.
– Zaczekaj pan! – krzyknął. – Jadę z tobą!
