Reklama

Głosy z sejfu

CZĘŚĆ DRUGA: BANK

Rozdział 4

Podróż do Edynburga trwała cały dzień.

Nathaniel prawie nie spał, ale drzemka, którą udało mu się złapać, była pełna koszmarów. Śniła mu się matka bez twarzy, śnił się wuj z workiem złota, śnił się Człowiek z Latarnią, który szedł za nim, krok w krok, zawsze o krok za nim.

Obudził się, gdy powóz zatrzymał się przed bankiem.

Był to solidny gmach z szarego kamienia, z kolumnami i ciężkimi dębowymi drzwiami. Nad wejściem widniał napis: Bank Szkocki, założony 1695.

Wszedł do środka. Pachniało atramentem, wilgotnym papierem i pieniędzmi – tym specyficznym zapachem starych monet, który znał z londyńskich kantorów. Podszedł do okienka, pokazał list, przedstawił się.

Urzędnik, człowiek o twarzy jakby wyciętej z drewna, spojrzał na niego uważnie.

– Pan Nathaniel Pearce? Proszę chwilę poczekać.

Zniknął za ciężkimi drzwiami. Po chwili wrócił w towarzystwie starszego mężczyzny w binoklach.

– Pan Pearce? Jestem pan Henderson, dyrektor oddziału. Pański wuj zostawił u nas depozyt. Dość nietypowy.

– Nietypowy? – powtórzył Nathaniel.

– Proszę za mną.

Zeszli do piwnicy. Powietrze było tu zimne, suche, pachniało starym żelazem. Minęli kilka sejfów, aż wreszcie stanęli przed jednym, oznaczonym numerem 13.

Dyrektor wyjął klucz, otworzył. W środku leżała skrzynka. Niewielka, drewniana, okuta mosiądzem.

Sejf banku w Edynburgu krył coś znacznie bardziej niepokojącego niż pieniądze. Zamiast złota w skrzynce znajdowały się stare umowy i rachunki – dokumenty, które ujawniały, że majątek Archibalda Pearce’a był zbudowany na długach wobec tajemniczych pożyczkodawców. Odcisk nieludzkiej dłoni na jednym z kontraktów sugerował, że te zobowiązania nie były zwykłymi finansowymi transakcjami.

– To wszystko – powiedział. – Życzę powodzenia, panie Pearce. I radzę… radzę nie otwierać tego tutaj.

Wręczył mu skrzynkę i wyszedł.

Nathaniel został sam w piwnicy. Świece w kinkietach migotały, rzucając tańczące cienie. Położył skrzynkę na stole. Zamek był prosty, wystarczyło nacisnąć.

Otworzył.

W środku nie było złota.

Były tylko papiery. Stare, pożółkłe, zapisane drobnym maczkiem. Rachunki, weksle, umowy. I list od wuja.

„Nathanielu,

Jeśli to czytasz, znaczy, że dotarłeś do skrzynki. Pieniędzy, o których pisałem, nie ma. Nigdy nie było. To był tylko test.

Oni nie chcą złota. Oni chcą prawdy. Prawdy o tym, co zrobiłem. I o tym, co ty musisz zrobić, by ich zadowolić.

Przeczytaj papiery. Dowiesz się wszystkiego.”

Nathaniel sięgnął po pierwszy dokument.

I zamarł.

Była to umowa pożyczki. Z datą sprzed trzydziestu lat. Pożyczkobiorca: Archibald Pearce. Pożyczkodawca:… tu było puste miejsce. Ale pod spodem, zamiast podpisu, widniał odcisk dłoni. I nie była to ludzka dłoń.

Palce były zbyt długie. Zbyt cienkie. I miały więcej stawów, niż powinny.

Następny dokument to był rachunek z napadu na bank w Glasgow. Szczegółowy spis łupów: złote monety, srebrne sztabki, klejnoty. I adnotacja na marginesie: „Oddane Pożyczkodawcom w ramach spłaty odsetek.”

Kolejny – list od wspólnika wuja, niejakiego Malcolma Greya.

„Archibaldzie,

Nie mogę dłużej milczeć. Oni przychodzą do mnie w nocy. Pokazują mi rzeczy, których nie chcę widzieć. Mówią, że jeśli nie oddam im tego, co obiecałeś, zabiorą moją córkę.

Oddaj im to, czego chcą. Błagam.”

I ostatni dokument.

Akt własności. Domu w Carstairs. Z adnotacją: „Przekazane Pożyczkodawcom w zamian za przedłużenie terminu.”

Nathaniel oparł się o ścianę.

Więc to nie było szaleństwo. To była prawda. Jego wuj pożyczał od istot, które nie były ludźmi. I spłacał je nie pieniędzmi, ale czymś innym. Domem. Łupem z napadu. Może nawet ludźmi.

A teraz on, Nathaniel, miał spłacić resztę.

Ale czym?

Spojrzał na dno skrzynki. Leżał tam jeszcze jeden przedmiot.

Klucz.

Stary, żelazny, zardzewiały. Z wygrawerowanym symbolem – okiem wpisanym w trójkąt.

I karteczka: „Do pokoju, w którym czeka twoja przyszłość.”

Kiedy Nathaniel opuszczał bankowe podziemia, miał wrażenie, że ktoś już na niego czeka. Cień na schodach i latarnia bez światła były jak przypomnienie, że pewne długi podążają za człowiekiem niezależnie od tego, gdzie próbuje uciec. Od tej chwili było jasne, że sprawa spadku nie dotyczyła tylko pieniędzy ukrytych w bankowym sejfie.

Nagle usłyszał kroki na schodach.

Ciężkie, miarowe. I brzęk latarni.

– Czas wracać, Nathanielu – dobiegł głos Człowieka z Latarnią.

Nathaniel schował klucz do kieszeni, zamknął skrzynkę i wybiegł.

Rozdział 5

Wrócił do Carstairs nocą.

Dwór stał ciemny, ale w oknie na piętrze paliło się światło. W pokoju, w którym wcześniej nikogo nie było.

Wszedł. W korytarzu wisiały teraz nowe obrazy. Portrety ludzi, których nie znał. Wszyscy mieli ten sam wyraz twarzy – przerażenie.

W gabinecie czekał starzec.

– Widzę, że znalazłeś klucz – powiedział.

– Do czego?

Starzec wskazał sufit.

– Na strychu jest pokój. Zawsze był zamknięty. Twój wuj tam trzymał… to, co najcenniejsze.

Nathaniel poczuł, że robi mu się gorąco.

– Co tam jest?

– Idź i zobacz.

Poszedł.

Schody na strych były strome, skrzypiące. Na górze czekały drzwi. Zamek pasował do klucza.

Otworzył.

W pokoju było ciemno. Ale gdy oczy przywykły, zobaczył.

Na strychu dworu znajdował się pokój, którego Archibald nigdy nikomu nie pokazywał. Tysiące luster odbijały nie tylko twarze Nathanie­la i Isobel, lecz także obrazy rzeczy, które jeszcze się nie wydarzyły – albo wydarzyły się w innym miejscu. To właśnie tutaj znajdował się klucz do zrozumienia, dlaczego dług Pearce’ów nie mógł zostać spłacony zwykłymi pieniędzmi.

Lustra. Wszędzie lustra. Na ścianach, na suficie, na podłodze. Tysiące luster, w których odbijał się on sam, nieskończenie wiele razy.

I w każdym odbiciu stał ktoś inny.

W jednym – mężczyzna w kapturze, z latarnią w dłoni. W drugim – kobieta bez twarzy. W trzecim – dziecko z oczami jak węgielki.

I w ostatnim – on sam. Ale inny. Starszy, zmęczony, z łańcuchem na szyi.

– Witaj, Nathanielu – powiedziało odbicie. – Czekałem na ciebie.

– Kim jesteś?

– Jestem tobą. Za dwadzieścia lat. Jeśli nie spłacisz długu.

Lustro zapłonęło zimnym ogniem.

A z ciemności wyszedł Człowiek z Latarnią.

– Czas negocjacji dobiegł końca – powiedział. – Jutro pełnia. Jutro zapłacisz.

I zniknął.

Nathaniel został sam wśród luster, w których tańczyły jego własne, przerażone twarze.

A w dłoni wciąż ściskał klucz.

Klucz, który mógł otworzyć wszystko.

Albo nic.

Reklama

Najnowsze

Reklama
Poprzedni artykuł
Następny artykuł

Zobacz podobne:

Reklama