Reklama

CIEMNA STRONA SPADKU

Ethan Walker stał na podjeździe, trzymając w ręku klucz, który przyszedł pocztą tydzień temu, razem z aktem zgonu i suchym, urzędowym pismem od kancelarii prawniczej w Portland. Ojciec nie żył. To wszystko, co pismo mówiło. Resztę miał odkryć sam.Sierpień w Maine bywał zdradliwy. W słońcu gorąco, w cieniu chłód, a wieczorami wilgoć wpełzała pod skórę jak ostrzeżenie. Teraz, o piątej po południu, słońce stało jeszcze wysoko, ale dom rzucał długi, zimny cień.Ethan odłożył torbę na ziemię. Zgrzyt zamka, kiedy przekręcał klucz, zabrzmiał jak jęk.Drzwi ustąpiły z oporem. Próg był wyższy, niż zapamiętał, i musiał unieść nogę wyżej, jakby dom wciąż próbował go nie wpuścić. Powietrze w środku miało smak stęchlizny i kurzu, ale pod spodem – coś jeszcze. Zapach tytoniu. I czegoś słodkiego, mdłego, czego nie umiał nazwać.

CZĘŚĆ PIERWSZA: POWRÓT

Rozdział 1

Dom stał cichy.

Za cichy.

Jakby ktoś wyciął z niego wszystkie dźwięki i zostawił tylko szkielet z desek i gipsu.

Ethan Walker stał na podjeździe, trzymając w ręku klucz, który przyszedł pocztą tydzień temu, razem z aktem zgonu i suchym, urzędowym pismem od kancelarii prawniczej w Portland. Ojciec nie żył. To wszystko, co pismo mówiło. Resztę miał odkryć sam.

Sierpień w Maine bywał zdradliwy. W słońcu gorąco, w cieniu chłód, a wieczorami wilgoć wpełzała pod skórę jak ostrzeżenie. Teraz, o piątej po południu, słońce stało jeszcze wysoko, ale dom rzucał długi, zimny cień.

Ethan odłożył torbę na ziemię. Zgrzyt zamka, kiedy przekręcał klucz, zabrzmiał jak jęk.

Drzwi ustąpiły z oporem. Próg był wyższy, niż zapamiętał, i musiał unieść nogę wyżej, jakby dom wciąż próbował go nie wpuścić. Powietrze w środku miało smak stęchlizny i kurzu, ale pod spodem – coś jeszcze. Zapach tytoniu. I czegoś słodkiego, mdłego, czego nie umiał nazwać.

Klamka w jego dłoni była lodowata, jakby nikt jej nie dotykał od miesięcy.

To nieprawda, pomyślał. Ktoś tu był. Ktoś musiał sprzątnąć ciało.

Ciało.

Słowo odbijało się echem w pustym holu. Nie widział ojca od siedmiu lat. Nie rozmawiali od pięciu. A teraz jedyne, co po nim zostało, to ten dom, garść dokumentów i pytania, na które nikt nie chciał odpowiedzieć.

Wszedł do salonu. Meble stały na swoich miejscach – stara kanapa, przy której spędził dzieciństwo, regał z książkami, które ojciec czytywał wieczorami, stolik z wyżłobieniami po szklankach. Wszystko takie samo. I wszystko inne.

Bo ojca nie było.

Ethan odetchnął głęboko. Powietrze drażniło gardło.

Na stole leżała koperta. Duża, brązowa, z nadrukiem kancelarii Sullivan, Moretti i Wspólnicy. Otworzył ją drżącymi palcami.

W środku – klucz. I kartka.

Ethan,

Twój ojciec zostawił instrukcje. W sejfie, w piwnicy, znajdziesz dokumenty, które będą potrzebne do sfinalizowania spraw spadkowych. Kod: twoje urodziny.

Kancelaria Sullivan, Moretti i Wspólnicy oferuje pełne wsparcie prawne w zakresie regulacji prawnych dotyczących nieruchomości oraz ewentualnych roszczeń osób trzecich. W razie pytań zapraszamy do kontaktu.

Z poważaniem,
Marcus J. Sullivan

Ethan odkrywa dokumenty, których nie powstydziłby się najlepszy adwokat od spraw spadkowych. Sejf skrywał dowody na to, że zarządzanie masą spadkową może wiązać się z ryzykiem, którego nie przewidziało żadne ubezpieczenie na życie jego ojca.

Roszczeń osób trzecich.

Dwa słowa, które zawisły w powietrzu cięższe od kurzu.

Rozdział 2

Piwnica pachniała wilgocią i starością. Drewniane schody skrzypiały pod butami Ethana, a im głębiej schodził, tym zimniej się robiło. Na dole zapalił światło – goła żarówka rozjaśniła pomieszczenie na tyle, by dostrzec stosy kartonów, stary warsztat i w rogu, za półkami z farbami, stalowe drzwiczki.

Sejf.

Przykucnął, wystukał kod. Data jego urodzin. Zamek kliknął i drzwiczki uchyliły się z cichym sykiem.

W środku nie było pieniędzy. Nie było biżuterii. Były tylko dokumenty – pliki w teczkach, koperty, pożółkłe papiery. Ethan wyciągnął pierwszą teczkę. Na okładce wypisano: UMOWY CYWILNE – ARCHIWUM.

Otworzył.

W środku znajdowały się umowy, których nie rozumiał. Firmowe pieczątki, podpisy, paragrafy gęsto zadrukowanych stron. Nazwy firm, które nic mu nie mówiły. Daty sprzed dziesięciu, piętnastu lat.

Następna teczka: KORESPONDENCJA PRAWNA.

Listy od adwokatów. Wezwania do zapłaty. Pisma z sądu.

I jedna koperta, inna niż wszystkie. Bez nadawcy. Tylko jego imię, wypisane ręką ojca.

Ethan

Rozerwał kopertę. W środku – jeden arkusz papieru. Ręcznie napisany list.

Synu,

Jeśli to czytasz, znaczy, że już mnie nie ma. Przepraszam, że nie potrafiłem ci tego powiedzieć wcześniej. Były sprawy, w które się uwikłałem. Sprawy, które mogą teraz zagrozić tobie.

Nie ufaj nikomu. Nie chodzi tylko o kancelarię. Nie chodzi tylko o ludzi, którzy przyjdą do ciebie z roszczeniami. Chodzi o coś większego.

W garażu, za starą szafą, znajdziesz skrzynkę. W niej dowody. Jeśli będziesz musiał, idź z nimi na policję. Jeśli nie – spal wszystko.

Przepraszam.

Tata

Ethan czytał list trzy razy. Za każdym razem słowa układały się w inne zdania, ale sens pozostawał ten sam: ojciec bał się. Ojciec, który nigdy się nie bał, który potrafił stanąć do walki z każdym, który przez trzydzieści lat pracował jako mechanik i nikomu nie dał się wepchnąć w kąt.

Bał się.

I ostrzegał.

Nie ufaj nikomu.

Ethan włożył list do kieszeni. Resztę dokumentów zostawił w sejfie, ale jedną teczkę – z napisem SPORY SĄDOWE – AKTYWNE – zabrał ze sobą na górę.

Nie wiedział jeszcze, że to dopiero początek.

Rozdział 3

Noc zapadła szybko. W Maine zmierzch bywa nagły – słońce znika za horyzontem, a ciemność zalewa wszystko jak woda przez przerwana tamę. Ethan siedział w kuchni przy stole, przed sobą rozłożone papiery, obok zimna kawa z ekspresu, którego ojciec nigdy nie używał.

Godzina druga nad ranem.

Przez okno widział tylko własne odbicie i ciemność za nim. Gdzieś w lesie pohukiwała sowa. Gdzieś bliżej – coś innego. Trzasnęła gałąź.

Ethan zamarł.

Słuchał.

Cisza.

Potem znowu – trzask. I drugi. I trzecie, bliżej.

Ktoś szedł w stronę domu.

Światło w kuchni paliło się jasno, więc Ethan widział tylko czerń za szybą. Szybko zgasił lampę. Oczy potrzebowały chwili, by przywyknąć do mroku. Księżyc stał nisko, srebrząc podjazd i fragment lasu za nim.

I wtedy go zobaczył.

Cień. Między drzewami. Nieruchomy.

Czekał.

Albo patrzył.

Poczucie zagrożenia narasta, a brak zaawansowanego systemu monitoringu domu sprawia, że Ethan staje się celem. W takich sytuacjach jedyną linią obrony często pozostają profesjonalne usługi ochrony osób i mienia, chroniące przed roszczeniami osób trzecich.

Ethan cofnął się od okna. Serce waliło mu tak głośno, że zagłuszało wszystkie inne dźwięki. Wiedział, że powinien zadzwonić na policję, ale co miał powiedzieć? Ktoś stoi w lesie i się gapi? To nie było przestępstwo.

Cień ruszył.

Powoli, bez pośpiechu, wyszedł zza drzew i skierował się w stronę domu. Ethan widział teraz wyraźniej – mężczyzna, wysoki, w ciemnej kurtce, z kapturem naciągniętym na głowę. Szedł pewnie, jakby znał drogę.

Podszedł do drzwi wejściowych.

Stanął.

Ethan wstrzymał oddech.

Mężczyzna podniósł rękę i zapukał.

Trzy razy. Równomiernie.

Ethan nie ruszył się z miejsca.

Cisza trwała wieczność. Potem mężczyzna odwrócił się i odszedł. Zniknął w lesie równie cicho, jak się pojawił.

Ethan czekał jeszcze godzinę. Nie zmrużył oka.

O świcie, gdy pierwsze promienie słońca rozjaśniły kuchnię, wyszedł na zewnątrz. Pod drzwiami leżała koperta. Taka sama, jak ta od kancelarii. W środku – kartka.

Witamy w domu, Ethan. Twój ojciec miał u nas dług. Dług, który teraz spada na ciebie. Przygotuj się na wizytę.

Nie uciekaj. I tak cię znajdziemy.

Bez podpisu.

Rozdział 4

Policja w Warren – małym miasteczku trzydzieści mil od Portland – mieściła się w parterowym budynku przy głównej ulicy. Ethan czekał w poczekalni prawie godzinę, zanim wezwała go do środka kobieta w mundurze, o krótko ostrzyżonych siwych włosach i spojrzeniu, które widziało już wszystko.

– Pan Walker? Jestem sierżant Dufresne. Słucham.

Podał jej kartkę. Opowiedział o wizycie nocnego gościa. O liście ojca.

Dufresne czytała w milczeniu. Potem odłożyła kartkę na biurko i spojrzała na Ethana.

– Pana ojciec, Vincent Walker, zmarł dwa tygodnie temu. Przyczyną był zawał. Sekcja zwłok nie wykazała nic podejrzanego.

– A ta kartka? Nocny gość?

– To może być głupi żart. Albo ktoś, kto wie, że pan tu wrócił i chce nastraszyć. Ma pan wrogów?

– Nie wiem. Nie widziałem ojca od siedmiu lat.

Dufresne westchnęła.

– Pana ojciec… miał kontakty, o których przeciętny człowiek woli nie wiedzieć. Prowadził warsztat, ale nie tylko. Krążyły plotki. Nikt ich nie potwierdził, ale…

– Ale co?

– Ale ludzie go unikali. I nie bez powodu.

Ethan milczał.

– Poradzę panu – ciągnęła Dufresne – żeby pan uważał. Jeśli ktoś zostawił tę kartkę, to nie po to, by pana przestraszyć. To ostrzeżenie. Albo groźba. I jeśli ma pan gdzie jechać, niech pan jedzie.

– To dom mojego ojca.

– Właśnie. I jeśli miał długi, to teraz są pana długi. Przynajmniej w oczach tych, którzy je wyliczyli.

Ethan wstał.

– Dziękuję za radę.

– Nie ma za co. I proszę – dodała, gdy już otwierał drzwi. – Jeśli coś się stanie, dzwonić. Od razu. Bez bohaterstwa.

Kiwnął głową i wyszedł.

Słońce prażyło, ale jemu było zimno.

Rozdział 5

Wrócił do domu i spędził resztę dnia na przeglądaniu papierów. W teczce ze sporami sądowymi znalazł dokumenty dotyczące procesu, który ojciec wytoczył firmie budowlanej Coastal Construction prawie dziesięć lat temu. Chodziło o niewywiązanie się z umowy cywilnej – ojciec miał dla nich wykonać usługi mechaniczne, a oni nie zapłacili. Sąd przyznał mu rację, ale firma złożyła apelację. Potem kolejną. Spór ciągnął się latami.

W drugiej teczce – pozwy przeciwko ojcu. Windykacja od firmy ubezpieczeniowej, która wypłaciła odszkodowanie komuś, kogo ojciec podobno miał potrącić samochodem. Sprawa umorzona z braku dowodów.

W trzeciej – listy od prawników. Kancelaria Sullivan, Moretti i Wspólnicy reprezentowała ojca w kilku sprawach. Ale nie we wszystkich.

I w czwartej, najgrubszej – dokumenty, których Ethan nie rozumiał. Przelewy bankowe na duże kwoty. Faktury za usługi, których opisy były nieczytelne. I nazwiska. Mnóstwo nazwisk.

Jedno powtarzało się najczęściej.

Rossetti.

Ethan znał to nazwisko. W Maine każdy znał Rossettich. Firma budowlana, kilka restauracji, sieć pralni chemicznych. I pogłoski. Zawsze te same – mafia. Nowojorska rodzina, która przeniosła interesy na północ.

Ojciec pracował dla Rossettich?

Przewracał kartki. W jednej z umów, datowanej na pięć lat wstecz, znalazł zapis: „Strony zobowiązują się do zachowania poufności w zakresie wszelkich regulacji prawnych dotyczących niniejszej umowy”.

Poufności.

Odsunął papiery. Głowa pękała mu od nadmiaru informacji. Potrzebował kogoś, kto pomoże mu to wszystko zrozumieć. Kogoś, kto zna się na prawie.

Sięgnął po telefon i wybrał numer z wizytówki, którą dostał od sierżant Dufresne.

– Kancelaria Adwokacka Rebecca Torres, słucham?

– Dzień dobry. Nazywam się Ethan Walker. Potrzebuję porady prawnej. Pilnie.

– W jakiej sprawie?

– Spadek. I… groźby.

Cisza po drugiej stronie.

– Proszę przyjść jutro o dziesiątej. Mam pana zapisać?

– Tak.

Odłożył słuchawkę i spojrzał w okno.

Zmierzch zapadał nad Maine. Las za domem czerniał, a w nim – cisza.

Ale Ethan wiedział, że nie jest sam.

Rozdział 6

Tej nocy nie spał.

Siedział w kuchni, zgaszone światło, w ręku list ojca, który czytał setny raz. Coś mu nie grało. W słowach ojca była rozpacz, ale też determinacja. W garażu, za starą szafą, znajdziesz skrzynkę. Nie poszedł tam jeszcze. Czekał na dzień, na słońce, na odwagę.

O czwartej nad ranem wstał.

Wziął latarkę i poszedł do garażu.

Stara szafa stała pod ścianą, tak jak zapamiętał. Przesunięcie jej zajęło mu kilka minut – była ciężka, wypchana starymi ubraniami i puszkami z farbą. Za nią, w podłodze, zobaczył kwadratowe wycięcie. Klapa.

Uklęknął, wsunął palce w szczelinę i podważył.

Pod spodem była skrzynka. Metalowa, nieduża, z zamkiem szyfrowym. Wpisał swoją datę urodzenia – otworzyła się.

W środku – teczka. Gruba, wypchana papierami. I pendrive.

Ethan wziął skrzynkę i wrócił do domu. Na stole rozłożył zawartość.

Dokumenty, które trzymał w rękach, były dowodami na coś znacznie większego niż długi ojca. Przelewy na konta w rajach podatkowych. Faktury za usługi, które nigdy nie zostały wykonane. I listy – korespondencja między ojcem a mężczyzną nazwiskiem Vincent Moretti.

Moretti. Ten sam, którego nazwisko widniało na pieczątce kancelarii.

I wtedy Ethan zrozumiał.

Ojciec nie pracował dla Rossettich. Ojciec był Rossettim.

A przynajmniej – był ich księgowym. I prowadził podwójną księgowość. Dla siebie.

Rozdział 7

O ósmej rano zadzwonił telefon.

– Pan Walker?

– Tak.

– Mówi Marcus Sullivan z kancelarii Sullivan, Moretti i Wspólnicy. Musimy pilnie porozmawiać. Czy może pan przyjechać do nas dziś po południu?

– O czym chce pan rozmawiać?

– O spadku. I o pewnych dokumentach, które prawdopodobnie pan znalazł.

Ethan milczał.

– Panie Walker – głos Sullivana był gładki, profesjonalny, ale pod spodem czaiło się coś innego. – Chodzi o pana bezpieczeństwo.

– Skąd pan wie, że coś znalazłem?

– Bo pana ojciec zostawił instrukcje. Dla nas. Mamy pomóc panu w egzekucji jego woli. Ale żeby to zrobić, musi nam pan zaufać.

– Nie ufam nikomu.

– Rozumiem. Proszę posłuchać. Te dokumenty, które pan znalazł, są bardzo wartościowe. Dla wielu osób. I nie tylko dla pana. Jeśli wpadną w niepowołane ręce, może pan mieć poważne problemy. My możemy je przechować. Zabezpieczyć.

– A potem?

– Potem? Potem pomożemy panu wyegzekwować odszkodowania, które się panu należą. Zajmiemy się windykacją długów, które ojciec miał u innych. To standardowa procedura.

Ethan spojrzał na leżące przed nim papiery. Na pendrive. Na list ojca.

Nie ufaj nikomu.

– Przyjadę – powiedział. – Ale dokumenty zostawiam w domu.

– To nierozsądne.

– Może. Ale to moja decyzja.

Odłożył słuchawkę.

Wiedział, że kłamie. Dokumenty miał przy sobie. W torbie, którą zawsze nosił.

I wiedział, że jeśli Sullivan naprawdę chciał je dostać, to nie po to, by mu pomóc.

Rozdział 8

Kancelaria mieściła się w nowoczesnym biurowcu w centrum Portland. Szklana fasada, recepcja z marmuru, winda, która jechała tak cicho, że Ethan słyszał własny oddech. Na piątym piętrze wysiadł i wszedł do przestronnego biura z widokiem na zatokę.

Marcus Sullivan czekał za dębowym biurkiem. Mężczyzna około sześćdziesiątki, siwe włosy przycięte krótko, garnitur szyty na miarę. Uśmiechnął się, gdy Ethan wszedł, ale uśmiech nie sięgnął oczu.

– Pan Walker. Dziękuję, że pan przyszedł. Proszę, niech pan siada.

Ethan usiadł. Sullivan nie zaproponował kawy.

– Przejdę od razu do rzeczy – powiedział Sullivan. – Pana ojciec prowadził z nami interesy przez wiele lat. Reprezentowaliśmy go w kilku sprawach sądowych. Był człowiekiem… skomplikowanym.

– To znaczy?

– To znaczy, że miał długi. I nie tylko finansowe. Miał zobowiązania wobec ludzi, którzy nie akceptują opóźnień w płatnościach.

– Mówi pan o Rossettich?

Sullivan uniósł brew.

– Skąd pan zna to nazwisko?

– Z papierów ojca.

– Rozumiem. No cóż, tak. Rossetti to nasi klienci. I pana ojca też. Przez lata.

– Więc ojciec dla nich pracował?

– Pracował. I nie tylko. Był ich… powiernikiem. Prowadził księgowość dla kilku firm, które są w ich orbicie. I niestety, popełnił błąd.

– Jaki?

– Zaczął odkładać na bok. Dla siebie. Myślał, że nikt nie zauważy. Ale Rossetti zauważają wszystko.

Ethan milczał. Słowa Sullivana układały się w obraz, który już znał z dokumentów.

– I teraz – ciągnął Sullivan – te pieniądze, które zabrał, są poszukiwane. A ponieważ on nie żyje, poszukiwane są u pana.

– Nie mam tych pieniędzy.

– Wiem. Ale ma pan dokumenty. Dowody. I to jest pańska polisa ubezpieczeniowa. Jeśli odda je pan nam, my przekażemy je Rossettim, a oni… zamkną sprawę.

– Oddam dokumenty, a oni zostawią mnie w spokoju?

– Tak.

– I mogę zatrzymać dom?

Sullivan zawahał się.

– Dom… to osobna kwestia. Nieruchomość może podlegać egzekucji w ramach spłaty długów. Ale możemy to negocjować.

Ethan wstał.

– Potrzebuję czasu do namysłu.

– Panie Walker – Sullivan też wstał, a jego głos stracił gładkość. – Czas to luksus, na który pana nie stać. Rossetti nie są cierpliwi. Dają panu tydzień. Potem… zaczną działać na własną rękę.

– Tydzień?

– Tydzień. I radzę, by w tym czasie nie próbował pan uciekać. I tak pana znajdą.

Ethan wyszedł, nie oglądając się za siebie.

W windzie oparł się o ścianę i zamknął oczy.

Tydzień.

Miał tydzień, by oddać dokumenty, które mogły go zabić.

Albo tydzień, by znaleźć sposób, by przeżyć.

Rozdział 9

Rebecca Torres przyjmowała w małym, ale schludnym biurze przy ulicy Exchange. Gdy Ethan wszedł, podniosła wzrok znać stosu papierów i uśmiechnęła się. Była mniej więcej w jego wieku, ciemne włosy związane w kucyk, okulary w czerwonych oprawkach.

– Pan Walker? Proszę siadać. Słucham.

Opowiedział wszystko. O liście ojca, o nocnym gościu, o spotkaniu z Sullivanem, o dokumentach i o Rossettich. Mówił szybko, chaotycznie, ale Torres notowała, nie przerywając.

Gdy skończył, odłożyła długopis.

– Ma pan przy sobie te dokumenty?

– W torbie.

– Pokaże mi pan?

Wyjął teczkę i pendrive. Torres przejrzała papiery w milczeniu. Kilka razy zmarszczyła brwi, raz cmoknęła z dezaprobatą.

– To jest… – zaczęła – …bomba.

– Wiem.

– Nie, panie Walker. Nie wie pan. To, co pan ma, to dowody na pranie brudnych pieniędzy, oszustwa podatkowe, fałszowanie dokumentów prawnych i Bóg wie co jeszcze. Rossetti to nie jest lokalna firma budowlana. To nowojorska rodzina, która od lat próbuje wejść do Maine na stałe. I wygląda na to, że pana ojciec im w tym pomagał. A potem ich zdradził.

– I chcą odzyskać pieniądze.

– Pieniądze to jedno. Ale te dokumenty – wskazała na teczkę – to dowód, który może ich zniszczyć. Dlatego tak im zależy, żeby je dostać. I dlatego Sullivan chce je przechować. Podejrzewam, że nie dla pana.

– Dla Rossettich?

– Dla siebie. Sullivan, Moretti i Wspólnicy. Moretti to kuzyn Rossettich. Oni wszyscy są w to zamieszani.

Ethan opadł na krzesło.

– Co mam robić?

Torres zamyśliła się.

– Przede wszystkim – nie oddawać tych dokumentów nikomu. To pańska jedyna karta przetargowa. Po drugie – złożyć wniosek o zabezpieczenie spadku. To uniemożliwi Rossettim przejęcie domu przez egzekucję komorniczą, przynajmniej na jakiś czas. I po trzecie – zgłosić się na policję. Ale nie do lokalnej. Do FBI.

– FBI?

– To sprawa federalna. Pranie pieniędzy, związki z przestępczością zorganizowaną. Jeśli odda pan to FBI, dostanie pan ochronę.

– A jeśli nie?

– Jeśli nie, to za tydzień będzie pan martwy. Albo zniknie pan bez śladu. Rossetti nie żartują.

Ethan patrzył na nią.

– A pani? Może mi pani pomóc?

– Już pomagam. Pro bono. Bo nienawidzę takich jak Sullivan. Ale jeśli pan pójdzie do FBI, ja pojadę z panem. I będę pańskim prawnikiem w każdej sprawie, która z tego wyniknie.

– Dziękuję.

– Nie dziękuj. Jeszcze nie ma za co.

Wstała i podeszła do okna.

– Ale musi pan wiedzieć – powiedziała cicho. – Jeśli to zrobimy, nie będzie odwrotu. Rossetti się dowiedzą. I będą chcieli pana zabić. Nawet jeśli dokumenty trafią do FBI.

– Wiem.

– I mimo to chce pan to zrobić?

Ethan spojrzał na zdjęcie ojca, które nosił w portfelu.

– Mój ojciec bał się przez siedem lat. Ukrywał się, kłamał, odsunął mnie od siebie, żeby mnie chronić. A teraz nie żyje. Nie wiem, czy to zawał, czy coś innego. Ale wiem, że nie chcę żyć w strachu.

Torres odwróciła się.

– To dobrze. Bo strach to zły doradca.

Sięgnęła po telefon.

– Dzwonię do FBI. Umawiam spotkanie.

Rozdział 10

Tej nocy Ethan wrócił do domu ojca po raz ostatni.

Wiedział, że jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, jutro rano pojedzie do Portland, odda dokumenty FBI i wejdzie do programu ochrony świadków. Dom zostanie sprzedany, a pieniądze – jeśli uda się je wywalczyć w sporach sądowych – trafią na konto, do którego tylko on będzie miał dostęp.

Ale to wszystko było jeszcze mgliste. Na razie musiał spakować resztę rzeczy i pożegnać się z miejscem, które przez tyle lat było domem.

Siedział w salonie, w ciemności, i patrzył na meble, które pamiętały jego dzieciństwo. Zapach tytoniu wciąż unosił się w powietrzu, choć ojciec nie palił od lat. Może to tylko wyobraźnia, pomyślał.

Albo może ojciec wciąż tu był.

O drugiej nad ranem usłyszał samochód.

Silnik zgasł przed domem. Drzwi samochodu otworzyły się i zamknęły. Kroki na żwirze.

Ethan wstał i podszedł do okna.

Trzy czarne SUV-y stały na podjeździe. Wokół nich – mężczyźni w ciemnych ubraniach. Jeden z nich podszedł do drzwi i zapukał.

– Pan Walker? – głos był spokojny, rzeczowy. – Proszę otworzyć. Musimy porozmawiać.

Ethan cofnął się w głąb pokoju. Wiedział, że to nie policja. I nie FBI.

To Rossetti.

Przyszli wcześniej.

Drzwi zatrzęsły się od uderzenia. Potem drugiego. Trzeciego.

Ethan pobiegł do kuchni, do tylnych drzwi. Wybiegł na zewnątrz, w ciemność lasu, nie oglądając się za siebie.

Za nim – krzyki. Trzask łamanych gałęzi. I głosy, które wołały jego imię.

Biegł, potykając się o korzenie, zanosząc płuca lodowatym powietrzem. Nie wiedział, dokąd biegnie. Wiedział tylko, że jeśli się zatrzyma, umrze.

W oddali zobaczył światła. Stacja benzynowa przy szosie.

Dobiegł, wpadł do środka, zdyszany, zziajany.

Sprzedawca spojrzał na niego przerażony.

– Proszę – wykrztusił Ethan. – Proszę wezwać policję.

A potem odwrócił się i spojrzał przez szybę.

Za szybą, na parkingu, stał czarny SUV.

I mężczyzna, który patrzył prosto na niego.

KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ

Czy Ethan zdąży uciec, zanim Rossetti go dopadną?
Czy FBI przyjedzie na czas?
I co tak naprawdę kryje się w dokumentach ojca, że ludzie gotowi są zabić, by je odzyskać?

Odpowiedzi w części drugiej…

Reklama

Najnowsze

Reklama
Poprzedni artykuł
Następny artykuł

Zobacz podobne:

Reklama