Reklama

CIEMNA STRONA SPADKU

Ethan Walker stał na podjeździe, trzymając w ręku klucz, który przyszedł pocztą tydzień temu, razem z aktem zgonu i suchym, urzędowym pismem od kancelarii prawniczej w Portland. Ojciec nie żył. To wszystko, co pismo mówiło. Resztę miał odkryć sam.Sierpień w Maine bywał zdradliwy. W słońcu gorąco, w cieniu chłód, a wieczorami wilgoć wpełzała pod skórę jak ostrzeżenie. Teraz, o piątej po południu, słońce stało jeszcze wysoko, ale dom rzucał długi, zimny cień.Ethan odłożył torbę na ziemię. Zgrzyt zamka, kiedy przekręcał klucz, zabrzmiał jak jęk.Drzwi ustąpiły z oporem. Próg był wyższy, niż zapamiętał, i musiał unieść nogę wyżej, jakby dom wciąż próbował go nie wpuścić. Powietrze w środku miało smak stęchlizny i kurzu, ale pod spodem – coś jeszcze. Zapach tytoniu. I czegoś słodkiego, mdłego, czego nie umiał nazwać.

CZĘŚĆ TRZECIA: ZAUFANIE

Rozdział 21

Miesiąc później Ethan mieszkał w wynajętym mieszkaniu w Portland.

FBI wciąż go chroniło, ale ochrona była lżejsza – jeden agent na zmianę, samochód pod blokiem. Moretti siedział w areszcie, czekając na proces. Rossetci milczeli.

Za dobrze, myślał Ethan. Za spokojnie.

Rebecca Torres wpadała co kilka dni. Przynosiła papiery do podpisu, aktualizacje w sprawie spadku, plany na przyszłość. Dom ojca stał pusty, ale sąd zgodził się, by Ethan mógł go odwiedzać.

Nie odwiedzał. Nie mógł.

Za dużo wspomnień. Za dużo strachu.

Pewnego wieczoru zadzwonił telefon.

– Pan Walker? Mówi detektyw Chen. Musimy porozmawiać.

– O czym?

– O Morettim. Wyszedł za kaucją.

Ethan zamarł.

– Kiedy?

– Dziś rano. Sędzia uznał, że nie stanowi zagrożenia.

– To szaleństwo!

– Wiem. Ale prawo to prawo. Moretti ma dobrych adwokatów.

– I co teraz?

– Teraz musi pan być ostrożny. Bardziej niż kiedykolwiek.

Ethan odłożył słuchawkę i spojrzał w okno.

Za szybą zapadał zmierzch. W dole, na ulicy, paliły się latarnie.

I nagle go zobaczył.

Czarny SUV. Zaparkowany po drugiej stronie ulicy. Silnik włączony, światła zgaszone.

Siedział w nim mężczyzna. Patrzył w jego okno.

Ethan cofnął się w głąb pokoju.

Zadzwonił do Chena.

– On tu jest. Pod moim blokiem.

– Kto?

– Moretti. Albo ktoś od niego.

– Nie ruszać się. Jadę.

Czekał wieczność. Gdy Chen w końcu przyjechał, SUV zniknął.

– Mógł panu się wydawać – powiedział Chen.

– Nie wydawał.

– Wierzę. Ale bez dowodów nic nie zrobimy.

Ethan spojrzał na niego.

– To znaczy, że mam czekać, aż wróci?

– To znaczy, że ma pan być ostrożny. I dzwonić za każdym razem.

Rozdział 22

Następnego dnia Ethan poszedł do kancelarii Torrez.

Siedziała przy biurku, otoczona stosami papierów, i gdy wszedł, podniosła wzrok znad okularów.

– Wyglądasz okropnie.

– Nie spałem.

– Moretti?

– Albo ktoś od niego. Stał pod blokiem całą noc.

Torres westchnęła.

– Usiądź. Musimy pogadać.

Opowiedziała mu o nowych problemach. Rossetci złożyli pozew cywilny przeciwko niemu – tym razem o naruszenie dóbr osobistych. Twierdzili, że pomówił ich w zeznaniach, że nagranie z Morettim zostało sfałszowane, że cała sprawa to zemsta za rzekome długi ojca.

– To absurd – powiedział Ethan.

– Wiem. Ale to ich strategia. Zasypać cię pozwami, wyczerpać finansowo, zmusić do ugody.

– I co mam zrobić?

– Walczyć. Nie mamy wyboru.

Spojrzała na niego uważnie.

– Ale jest jeszcze coś. Coś, o czym nie mówiłam wcześniej.

– Co?

– Twój ojciec zostawił ci więcej niż dokumenty. Zostawił ci też kontakt.

– Jaki kontakt?

– Człowieka, który może nam pomóc. Kogoś, kto był w firmie Rossettich i wie, gdzie są pochowane trupy. Kogoś, kto chce zeznawać.

Ethan zamarł.

– Kto to?

– Nie mogę ci powiedzieć przez telefon. Musimy pojechać.

– Gdzie?

– Do Bostonu.

Rozdział 23

Podróż do Bostonu zajęła im dwie godziny. Chen jechał przodem, za nimi Torres z Ethanem. Nikt nie mówił dużo. Każdy myślał o tym samym – czy to pułapka?

Spotkanie miało się odbyć w małej kawiarni w North End. Włoska dzielnica, wąskie uliczki, zapach kawy i świeżego pieczywa. Chen został na zewnątrz, Torres i Ethan weszli do środka.

Czekał na nich przy stoliku w kącie. Mężczyzna około pięćdziesiątki, łysiejący, w okularach, z twarzą człowieka, który widział za dużo.

– Nazywam się Frank De Luca – powiedział, gdy usiedli. – Pana ojciec i ja… byliśmy przyjaciółmi.

Frank De Luca to kluczowy świadek, którego wiedza o rajach podatkowych i fikcyjnych fakturach może zniszczyć imperium Rossettich. Takie spotkania wymagają najwyższej dyskrecji, jaką zapewniają tylko elitarne biura detektywistyczne operujące w sprawach gospodarczych

– Przyjaciółmi? – Ethan spojrzał na niego nieufnie.

– Tak. Pracowałem dla Rossettich przez dwadzieścia lat. Byłem ich księgowym. Tak jak Vincent. Tylko ja nie uciekłem.

– Dlaczego pan chce zeznawać?

De Luca uśmiechnął się gorzko.

– Bo umieram. Rak. Trzy miesiące, może cztery. I zanim odejdę, chcę oczyścić sumienie. I pomóc synowi Vincenta.

Ethan milczał.

– Wiem, gdzie Rossetci trzymają pieniądze – ciągnął De Luca. – Wiem, kto im pomaga. Wiem o przekrętach, o umowach cywilnych, które były fikcją, o firmach słupach, o praniu brudnych pieniędzy. Wiem wszystko.

– I chce pan to powiedzieć FBI?

– Chcę. Ale pod jednym warunkiem.

– Jakim?

– Mój syn. On nie wie o mojej przeszłości. Mieszka w Kalifornii, ma rodzinę, dobre życie. Jeśli Rossetci się dowiedzą, że zeznaję, będą chcieli go dorwać. Chcę, żeby dostał ochronę.

Torres spojrzała na Ethana.

– To da się załatwić – powiedziała. – FBI ma program ochrony dla rodzin świadków.

De Luca skinął.

– Więc zróbmy to.

Rozdział 24

Chen przyjechał do kawiarni dziesięć minut później. Gdy zobaczył De Lucę, zamarł.

– Frank? – szepnął.

– Cześć, David – odparł De Luca. – Dawno się nie widzieliśmy.

– Skąd wy się znacie? – zapytał Ethan.

– Pracowaliśmy razem – powiedział Chen. – Dawno temu. Zanim poszedłem do FBI. Frank był… informatorem. A potem zniknął.

– Myślałem, że nie żyjesz – dodał Chen.

– Myślałeś dobrze. Dla Rossettich nie żyję. Ale teraz… czas wrócić.

Chen usiadł ciężko.

– Masz pojęcie, co robisz? Jeśli oni się dowiedzą…

– Wiem. Ale nie mam wyboru. Umieram. I chcę, żeby Vincent Walker nie umarł na marne.

Ethan słuchał w milczeniu.

Wiedział, że to moment przełomowy. De Luca mógł zniszczyć Rossettich. Ale mógł też ściągnąć na nich wszystkich śmierć.

– Co robimy? – zapytał.

Chen spojrzał na Torrez, potem na De Lucę.

– Jedziemy do Portland. Natychmiast. Frank, jedziesz z nami. FBI cię przesłucha, weźmie pod ochronę. A my zaczniemy działać.

De Luca skinął.

Wyszli z kawiarni. Na ulicy było cicho. Zbyt cicho.

I wtedy Ethan usłyszał silnik.

Odwrócił się. Czarny SUV pędził w ich stronę.

– Uwaga! – krzyknął.

Rzucił się na Torrez, pociągając ją w bok. Samochód przejechał centymetry od nich, uderzył w latarnię i stanął.

Drzwi się otworzyły. Wysiadło trzech mężczyzn.

I wtedy Chen otworzył ogień.

Rozdział 25

Strzały zagłuszyły wszystko.

Brutalny atak na ulicach Bostonu pokazuje, że w walce o prawdę stawką jest życie. Każdy poszkodowany w takim zdarzeniu powinien wiedzieć, jak ważne jest skuteczne dochodzenie roszczeń z OC sprawcy oraz wsparcie, jakie oferuje kancelaria prawna specjalizująca się w wypadkach.

Ethan leżał na chodniku, przyciskając Torrez do ziemi. Kawałki szkła, betonu, metalu – wszystko fruwało w powietrzu. Ktoś krzyczał. Ktoś inny uciekał.

A potem nagle – cisza.

Chen stał nad nimi, dymiący pistolet w dłoni. Napastnicy leżeli na ulicy. Nie ruszali się.

– Wstawajcie – powiedział. – Szybko.

Poderwali się. De Luca stał oparty o ścianę, blady jak ściana.

– Trafili go? – zapytał Ethan.

– Nie – odparł De Luca. – Ale mało brakowało.

Wsiedli do samochodu Chena i odjechali, zanim przyjechała policja. W drodze do Portland nikt nie odezwał się słowem.

Dopiero gdy wjechali do miasta, Chen powiedział:

– To była robota Rossettich. Wiedzą, że De Luca chce zeznawać.

– Skąd? – zapytała Torres.

– Nie wiem. Ale to znaczy, że mają kogoś w środku. Kogoś, kto słyszał o dzisiejszym spotkaniu.

Spojrzał na Ethana.

– Jesteś bezpieczny?

– Nie wiem. A ty?

Chen uśmiechnął się blado.

– Ja też nie wiem.

Rozdział 26

Tej nocy Ethan nie spał w swoim mieszkaniu. Chen zabrał go do bezpiecznego lokalu – małego domku na przedmieściach, strzeżonego przez agentów. Torres przyjechała z nim.

Siedzieli w kuchni przy herbacie, gdy zadzwonił telefon Ethana.

– Halo?

– Pan Walker? – głos był znajomy. – Mówi Marcus Sullivan. Chciałem tylko powiedzieć, że dzisiejszy… incydent… to nie nasza robota.

– A czyja?

– Nie wiem. Ale ostrzegam pana – w organizacji są ludzie, którzy nie słuchają Morettiego. Ani mnie. Są bardziej… radykalni. I jeśli De Luca rzeczywiście chce zeznawać, to oni go zabiją. I pana też.

– Po co pan dzwoni?

– Bo nie chcę, żeby pan zginął. To proste. Jestem prawnikiem. Nie mordercą.

– A co z Morettim?

– Moretti to idiota. Ale on też nie chciał pana zabić. Chciał tylko odzyskać dokumenty. To inni… oni są nieobliczalni.

Ethan milczał.

– Proszę posłuchać – ciągnął Sullivan. – Jeśli chce pan przeżyć, niech pan trzyma się blisko FBI. I niech pan uważa na swoich.

– Na swoich?

– Na wszystkich. Bo nigdy nie wiadomo, kto pracuje dla kogo.

Rozłączył się.

Ethan spojrzał na Torrez.

– Sullivan dzwonił. Ostrzega.

– Przed czym?

– Przed zdrajcą w FBI.

Rozdział 27

Chen nie uwierzył.

– Sullivan gra z tobą – powiedział. – Chce cię nastawić przeciwko nam.

– A jeśli mówi prawdę?

– Jeśli mówi prawdę, to mamy problem. Ale na razie nie mamy dowodów.

Torres milczała. Siedziała przy stole, bawiąc się długopisem.

– Jest jeszcze coś – powiedziała w końcu. – W dokumentach twojego ojca były nazwiska. Kilka z nich to agenci FBI.

Chen zamarł.

– Co?

– Sprawdzałam. Dwóch z nich pracuje w wydziale, który prowadzi śledztwo przeciwko Rossettim.

– I nic nie mówiłaś?

– Nie byłam pewna. Myślałam, że to zbieg okoliczności.

Chen wstał.

– Musimy to sprawdzić. Natychmiast.

Wyszedł, trzaskając drzwiami.

Ethan i Torres zostali sami.

– Co teraz? – zapytał.

– Czekamy. I modlimy się, żeby Chen miał rację.

Rozdział 28

Następnego dnia Chen wrócił z wiadomościami.

– Sprawdziłem nazwiska. Jeden z agentów, Michael Torres, został zawieszony. Drugi, James O’Brien, złożył raport, w którym pisał, że śledztwo jest bez sensu i należy je umorzyć.

– I co to znaczy? – zapytał Ethan.

– To znaczy, że mogli być na liście płac Rossettich. Ale nie mamy dowodów.

– A De Luca?

– De Luca jest pod ochroną. Zeznaje. Mówi o wszystkim – o firmach słupach, o przelewach, o umowach cywilnych, które były fikcją. To, co mówi, pasuje do dokumentów twojego ojca.

Ethan odetchnął.

– Więc jest szansa?

– Jest. Ale musimy działać szybko. Rossetci nie będą czekać.

Rozdział 29

Trzy dni później Ethan stanął przed sądem po raz drugi.

Tym razem jako świadek.

De Luca zeznawał przez dwie godziny. Mówił spokojnie, rzeczowo, bez emocji. Opisał strukturę organizacji, nazwiska, daty, kwoty. Sędzia słuchała w milczeniu.

Gdy skończył, Sullivan wstał.

– Czy może pan udowodnić te wszystkie rewelacje?

– Mam dokumenty – odparł De Luca. – Ukryte w bezpiecznym miejscu.

– Gdzie?

– Powiem tylko FBI.

Sullivan uśmiechnął się.

– Wygodne. Nieweryfikowalne.

– Weryfikowalne – przerwała sędzia. – Jeśli FBI potwierdzi.

Spojrzała na Chena.

– Agencie, czy ma pan te dokumenty?

– Jeszcze nie, Wysoki Sądzie. Ale pracujemy nad tym.

– To proszę pracować szybciej.

Młotek uderzył.

Ethan wyszedł z sali z mieszanymi uczuciami.

De Luca zrobił, co mógł. Ale czy to wystarczy?

Rozdział 30

Tej nocy Ethan nie spał.

Siedział w bezpiecznym lokalu, patrząc w sufit, i myślał o ojcu. O jego listach. O strachu, który go zabił.

O drugiej nad ranem zadzwonił telefon.

– Pan Walker? – głos Torrez był zdyszany. – De Luca nie żyje.

Ethan zamarł.

– Co?

– Znaleźli go w celi. Powieszonego.

– To niemożliwe. On nie był samobójcą.

– Wiem. Ale wygląda na to, że ktoś mu pomógł.

Ethan opadł na łóżko.

Stracił jedynego świadka, który mógł zniszczyć Rossettich.

I wiedział, że teraz wszystko zależy od niego.

KONIEC CZĘŚCI TRZECIEJ

Kto zabił De Lucę?
Czy dokumenty, które ukrył, zostaną odnalezione?
I jak Ethan udowodni winę Rossettich bez świadka?

Odpowiedzi w części czwartej…

Reklama

Najnowsze

Reklama
Poprzedni artykuł
Następny artykuł

Zobacz podobne:

Reklama