Część 1: Testament
Zapach lawendy mieszał się z wilgocią poranka. Stałem na progu domu, który odziedziczyłem po wuju, i wdychałem to powietrze gęste od wspomnień, których nie mogłem mieć. Bo nigdy tu nie byłem. A jednak coś w tym zapachu było znajome – jakby moje ciało pamiętało to, czego umysł nie potrafił.
Dom stał na wzgórzu nad miasteczkiem Gordes w Prowansji. Kamienne mury, pokryte patyną wieków, dach z czerwonych dachówek, okiennice pomalowane na bladozielono. Przed domem rząd starych drzew, pod którymi stał stół z surowego drewna. Na stole leżała koperta. W środku klucz i kartka.

„Dla Tomasza. Gdyby coś mi się stało, przyjedź. W piwnicy znajdziesz prawdę. Ale uważaj – nie wszystko jest takie, jakim się wydaje. Wujek Jan”
Wujek Jan. Brat mojej matki. Człowiek, którego widziałem może trzy razy w życiu. Emerytowany bankier, samotnik, mieszkał we Francji od czterdziestu lat. Nie utrzymywaliśmy bliskich kontaktów – parę życzeń świątecznych, raz na jakiś czas list. Aż do teraz.
Dwa tygodnie temu dostałem wiadomość od francuskiego notariusza: Jan Nowak nie żyje. Zawał serca. I zostawił mi wszystko.
Nie wierzyłem w zawały. Wujek Jan zawsze był zdrowy jak ryba. Ale ktoś musiał podpisać papiery, więc przyleciałem.
Dom był ciepły mimo jesieni. Kominek w salonie wciąż trzymał ciepło, a na parapecie stała doniczka z uschniętą bazylią. W kuchni znalazłem otwartą butelkę wina i dwa kieliszki. Jeden czysty, drugi z zaschniętym śladem po ustach. Ktoś tu był. Ktoś pił z wujkiem.
Zeszedłem do piwnicy. Kamienne stopnie były wilgotne, pachniało tam ziemią i starym drewnem. W słabym świetle żarówki dostrzegłem rząd butelek z winem, stare skrzynie, w kącie biurko. Na biurku leżał segregator. Otworzyłem.
W środku były dokumenty. Umowy, wyciągi bankowe, polisy. Wszystkie opatrzone logo firmy ubezpieczeniowej „AXA”. Wujek wykupił polisę na życie na kwotę dwóch milionów euro. Beneficjentem była fundacja o nazwie „Provence Santé”. Ale to nie wszystko. Na samym dole segregatora leżały zdjęcia. Przedstawiały ludzi w różnych sytuacjach – w szpitalnych łóżkach, na wózkach inwalidzkich, w domach. Przy każdym zdjęciu data i kwota. I podpis: „zgon potwierdzony”.
Ostatnie zdjęcie przedstawiało mojego wujka. Uśmiechnięty, w tym samym fotelu, na którym teraz siedziałem. Data sprzed tygodnia. Kwota: 2 000 000 €.
— Coś ty zrobił, wujku? — szepnąłem.

W tym momencie usłyszałem skrzypnięcie schodów. Ktoś szedł w dół. Szybko schowałem segregator do skrzyni i odwróciłem się.
W progu stała kobieta. Młoda, może trzydziestoletnia, ciemne włosy związane w luźny kok, oczy koloru orzecha włoskiego. Ubrana w prostą, beżową sukienkę, bosa. W ręku trzymała latarkę, którą skierowała na mnie.
— Kim pan jest? — zapytała po francusku, ale z akcentem – może włoskim, może hiszpańskim.
— Mógłbym zadać to samo pytanie — odparłem po angielsku. — To dom mojego wuja.
— Pana wuja? — Zmrużyła oczy. — Jan nie mówił, że ma rodzinę.
— Najwyraźniej nie mówił wielu rzeczy.
Zeszła niżej. Teraz widziałem, że jest blada, a pod oczami ma cienie.
— Szukam czegoś — powiedziała. — Dokumentów. Jan mi o nich mówił. Miał dowody na… na pewne nieprawidłowości.
— Jakie nieprawidłowości?
— Pracowałam w fundacji Provence Santé. Jako księgowa. Zauważyłam, że pieniądze z polis na życie pacjentów znikają. Nie trafiają do rodzin, tylko na konta w rajach podatkowych. Jan to odkrył. Chciał ujawnić. A teraz nie żyje.
Spojrzałem na nią uważnie.
— Skąd mam wiedzieć, że pani nie jest z nimi?
— Gdybym była z nimi, nie szukałabym dokumentów. One są dowodem. — Podeszła bliżej. — Nazywam się Lucia. Lucia Ferraro. Pracowałam dla nich rok. Wiem, że zabili Jana. I zabiją mnie, jeśli mnie znajdą.
W tym momencie usłyszeliśmy trzask drzwi na górze. Czyjeś kroki. Ciężkie, męskie.
— Szybko! — szepnęła Lucia. — Mamy mało czasu.
Chwyciłem segregator ze skrzyni. Lucia złapała latarkę. Pobiegliśmy w głąb piwnicy, gdzie w ścianie była stara, drewniana drabina prowadząca do szybu wentylacyjnego.
— Tędy — wysapała.
Wspinaczka w ciemności była koszmarem. Czułem zapach wilgotnego drewna i własnego potu. Szyb był wąski, ramiona ocierały się o cegły. Nad nami słyszałem głosy.
— Szukać w piwnicy! Mają dokumenty!
Dotarliśmy do kratki na zewnątrz. Lucia pchnęła ją i wypełzliśmy na tyły domu, w gęste krzaki lawendy. Pachniało intensywnie, odurzająco. Biegliśmy w dół wzgórza, między rzędami winorośli, aż dotarliśmy do małej drogi. Tam stał jej samochód – stary, zniszczony citroën.
Wskoczyliśmy do środka i ruszyliśmy z piskiem opon.
— Dokąd? — zapytałem.
— Do Awinionu. Mam tam przyjaciółkę, która może nas ukryć.
Jechaliśmy w milczeniu. W lusterku widziałem, że nikt nas nie goni. Ale to nie znaczyło, że jesteśmy bezpieczni.
W Awinionie zatrzymaliśmy się w małym pensjonacie przy rue de la République. Pokój pachniał lawendowym odświeżaczem i starymi dywanami. Lucia usiadła na łóżku i spojrzała na segregator.
— Pokaż.
Otworzyłem. Zdjęcia, dokumenty, wyciągi. Na jednym z papierów była lista nazwisk. Około trzydziestu. Przy każdym data śmierci, kwota polisy, podpis lekarza. I na dole: „Dr. Pierre Delacroix, dyrektor medyczny, Clinique Saint-Martin, Nicea”.
— Delacroix — szepnęła Lucia. — To on podpisywał zgony. Wiele zgonów.
— I wszystkie pacjenci mieli polisy na życie. Wykupione tuż przed śmiercią. — Wskazałem na daty. — Spójrz. Średnio dwa miesiące między wykupieniem polisy a zgonem.
— To nie mogły być naturalne śmierci.
— Musimy to sprawdzić. Kto jest pierwszy na liście?
Spojrzała. Pierwsze nazwisko: „Jean Morel, zm. 12.03.2023, Clinique Saint-Martin”.
— Morel — powtórzyła. — To był znajomy mojego ojca. Mówił, że Morel zmarł nagle, mimo że był w dobrej formie.
Zadzwoniłem pod numer na jednej z wizytówek znalezionych w segregatorze. Odebrał mężczyzna o niskim, spokojnym głosie.
— Halo?
— Szukam informacji o Jean Morelu. Zmarł w zeszłym roku w klinice Saint-Martin.
— Kim pan jest? — głos nagle stał się ostrożny.
— Kimś, kto chce poznać prawdę.
— Jeśli pan szuka prawdy, niech pan idzie na cmentarz w Avignon. Grób Morela. I niech pan spojrzy na datę na nagrobku. A potem niech pan sprawdzi datę na polisie. — Rozłączył się.
Spojrzałem na Lucię.
— Jedziemy na cmentarz.
Cmentarz był stary, pełen omszałych nagrobków i wysokich cyprysów. Szukaliśmy grobu Morela. W końcu znaleźliśmy – skromna płyta z czarnego granitu, data urodzenia i śmierci. Data śmierci: 12 marca 2023.
— Zgodne z dokumentami — mruknąłem.
Ale obok, na małej tabliczce, ktoś dopisał flamastrem: „Zabity przez system”.
Lucia zadrżała.
— Ktoś wie.
W tym momencie usłyszeliśmy za sobą kroki. Obejrzeliśmy się – stał przed nami starszy mężczyzna w czarnym płaszczu, z twarzą pooraną zmarszczkami.

— Szukacie Morela? — zapytał po francusku.
— Tak. Kim pan jest?
— Jego bratem. I wiem, że nie umarł naturalnie. Był zdrowy. A dwa miesiące przed śmiercią ktoś namówił go na wykupienie polisy. Mówił, że to dla bezpieczeństwa rodziny. Ale pieniądze nigdy do nas nie trafiły.
— Kto go namówił?
— Agent ubezpieczeniowy. Nazywał się Jan Nowak.
Zamarłem.
— Jan Nowak? Mój wujek?
Mężczyzna spojrzał na mnie z nienawiścią.
— Więc to pan jest rodziną tego mordercy?
— Nie! To nie tak! Wujek sam został zabity!
Ale mężczyzna wyciągnął pistolet.
— Za brata — wyszeptał.
Rozległ się strzał.
Koniec części 1
