Część 4: Odsetki ustawowe
W Paryżu zatrzymaliśmy się w mieszkaniu Jean-Luca Merciera. Była to mała kawalerka na Montmartrze, z widokiem na Sacré-Cœur. Ojciec spał na kanapie, pierwszy raz od lat poza kliniką.
Mercier przyniósł mu zupę i chleb.
— Długo pan tam był — powiedział cicho.
— Za długo — odparł ojciec, budząc się. — Ale najgorsze, że pamiętam wszystko. Każdą chwilę. Słyszałem rozmowy, wiedziałem, co się dzieje, ale nie mogłem się ruszyć. To było jak koszmar.
— Co pan pamięta?
— Delacroix przychodził do mnie. Mówił o interesach. O tym, że Générale de Santé przejmuje kolejne kliniki. Że planują wprowadzić nową terapię genową, która będzie kosztować miliony. I że pacjenci będą płacić, nawet jeśli umrą.
— Mówił coś o dowodach? — spytałem.
— Miałem dokumenty. Schowałem je, zanim mnie otruł. W banku w Lyonie. Skrytka numer 1441. Kod to data urodzenia twojej matki.
Spojrzałem na Lucię.
— Jedziemy do Lyonu.
W banku powitali nas chłodnym spojrzeniem. Dyrektor, elegancki mężczyzna w garniturze, poprosił o dokumenty. Pokazałem pełnomocnictwo od ojca.
Skrytka była mała, ale w środku leżały grube teczki. Umowy, listy, nagrania na starych kasetach magnetofonowych. I notes. W notesie, ręką ojca, spisane były nazwiska, daty, kwoty. Setki ofiar.

— To więcej niż myślałem — mruknął Mercier. — To może zamknąć całą organizację.
Wracając do Paryża, ojciec opowiedział mi o swojej pracy. O tym, jak z wujkiem Janem zaczynali jako agenci ubezpieczeniowi, jak poznali Delacroix, który wtedy był jeszcze stażystą. Jak stopniowo wpadali w machinę oszustw.
— Nie wiedzieliśmy, że zabijają — mówił. — Myśleliśmy, że to tylko naciąganie na polisy. Aż pewnego dnia zobaczyłem dokumenty. Planowane zgony. Daty. Kwoty. Wtedy chciałem odejść, ale było za późno.
— Delacroix próbował cię zabić.
— Udało mu się prawie. Gdyby nie ty, umarłbym tam.
Ścisnąłem jego dłoń.
— Teraz już jesteś bezpieczny.
W Paryżu czekała na nas wiadomość od Philippe’a. Delacroix został oskarżony o zabójstwa, ale jego adwokaci walczyli o zwolnienie za kaucją. Générale de Santé wynajęła najlepszych prawników.
— Musimy iść do prokuratora — powiedział Mercier. — Z tymi dokumentami nie mają szans.
Ale następnego dnia, gdy szliśmy do sądu, ktoś strzelił do nas z przejeżdżającego samochodu. Kula trafiła Merciera w ramię. Upadł na chodnik, krzycząc.
Rzuciłem się na ziemię, osłaniając ojca. Lucia wezwała pogotowie.
Mercier przeżył, ale był w szpitalu. My, cali, ale przerażeni.
— Oni nie odpuszczą — powiedział ojciec. — Musimy ujawnić to teraz, natychmiast.
Pojechaliśmy do prokuratury. Przyjął nas prokurator finansowy, młody, bystry mężczyzna nazwiskiem Dubois.
— Słyszałem o państwa sprawie — powiedział. — To, co państwo odkryli, jest szokujące. Ale potrzebujemy więcej niż dokumenty. Potrzebujemy świadka, który potwierdzi, że Delacroix osobiście zlecał zabójstwa.
Spojrzałem na ojca.
— Ja mogę zeznawać — powiedział cicho. — Byłem tam. Słyszałem, jak mówił o „Substancji R”. Jak chwalił się, że nikt nie wykryje.
Dubois skinął głową.
— To może wystarczyć. Ale musi pan być przygotowany na konfrontację. Delacroix ma dobrych prawników.
— Jestem gotów.
Proces rozpoczął się miesiąc później. Sąd w Paryżu, media z całego świata. Delacroix siedział w szklanej klatce, ubrany w nienaganny garnitur, z uśmiechem na twarzy.
Ojciec zeznawał przez trzy dni. Mówił spokojnie, rzeczowo. Pokazywał dokumenty, nagrania. Opowiadał o latach w śpiączce, o tym, jak słyszał głosy morderców.

Gdy skończył, na sali zapadła cisza. Potem sędzia ogłosił przerwę.
Po tygodniu zapadł wyrok: dożywocie bez możliwości wcześniejszego zwolnienia. Générale de Santé została rozwiązana, a jej majątek przeznaczony na odszkodowania dla rodzin ofiar.
Wychodząc z sądu, ojciec spojrzał na niebo.
— Wreszcie — szepnął.
Wieczorem, w mieszkaniu Merciera, świętowaliśmy. Był chleb, ser, wino i uśmiechy. Mercier, już opatrzony, rana była lekka, opowiadał anegdoty z archiwum. Lucia tańczyła z ojcem.
A ja patrzyłem na nich i czułem, że mimo wszystko, po tylu latach, wreszcie jestem w domu.
Koniec części 4
