Reklama

Śmierć w Prowansji: Polisa na życie, odszkodowania i mroczny spisek medyczny

Część 2: Lokata terminowa

Kula przeleciała centymetry od mojej głowy. Nie wiem, czy celował źle, czy chciał nastraszyć. Lucia rzuciła się na niego, wytrącając mu broń. Mężczyzna upadł na żwir, jęcząc. Chwyciłem pistolet i odrzuciłem w krzaki.

— Proszę się uspokoić! — krzyknąłem. — Nie jesteśmy wrogami!

Leżał na ziemi, dysząc ciężko. Jego oczy były pełne łez.

— Zabił mi brata — wyszeptał.

— Jan Nowak też nie żyje. I myślę, że zginął za to samo, za co pana brat.

Podniosłem go i posadziłem na ławce. Lucia usiadła obok.

— Proszę nam opowiedzieć wszystko.

Mężczyzna nazywał się Philippe Morel. Jego brat Jean pracował jako kierowca ciężarówki, był zdrowy, silny, nigdy nie chorował. Aż do zeszłego roku, gdy podczas rutynowych badań wykryto u niego guza trzustki.

— Diagnoza była jak wyrok — mówił Philippe. — Rak w czwartym stadium. Nieoperacyjny. Lekarze dawali mu trzy miesiące. Ale Jean nie chciał się poddać. Ktoś polecił mu klinikę w Nicei, Saint-Martin. Mówili, że mają nowatorskie metody, terapie eksperymentalne, które mogą go uratować.

— I pojechał?

— Tak. I tam poznał agenta ubezpieczeniowego. Jana Nowaka. Nowak przekonał go, żeby wykupił polisę na życie. Mówił, że to zabezpieczenie dla rodziny, gdyby terapia nie zadziałała. Jean to zrobił. Dwa miesiące później nie żył.

— A polisa?

— Wypłacona. Ale nie nam. Jakaś fundacja. Próbowaliśmy dochodzić praw, ale prawnik powiedział, że beneficjentem była fundacja, a nie rodzina. Jean podpisał taką umowę, nie czytając.

Lucia spojrzała na mnie.

— To ten sam schemat. Polisa, fundacja, śmierć.

— Czy pan wie, kto jeszcze był pacjentem tej kliniki? — spytałem.

Philippe wyjął z kieszeni zmiętą kartkę.

— Zbierałem nazwiska. Rodziny innych ofiar. Wszyscy mówili to samo: nagła choroba, terapia w Saint-Martin, śmierć, polisa, fundacja.

Podał nam listę. Było na niej dziesięć nazwisk. Wśród nich: „Nowak, Jan”.

— Mój wujek też był pacjentem? — zdziwiłem się.

— Tak. Też leczył się w tej klinice. Też zmarł. Też miał polisę.

— Ale on nie był chory — zaprotestowała Lucia. — Pracowałam z nim. Był zdrowy.

— Według dokumentów kliniki, miał nowotwór. Tak napisali w karcie zgonu.

Spojrzeliśmy na siebie. Ktoś sfabrykował chorobę wujka. Po co?

W pensjonacie, wieczorem, rozłożyliśmy wszystkie dokumenty. Lucia, która była księgową, przeanalizowała przepływy pieniędzy.

— Spójrz — powiedziała, wskazując na wyciąg. — Fundacja Provence Santé przelewała pieniądze z polis na konto w Szwajcarii. Ale to konto należy do innej firmy: „Générale de Santé”. To ogromna korporacja medyczna, właściciel sieci klinik w całej Francji. W tym kliniki Saint-Martin.

— Czyli fundacja to tylko przykrywka? Przelewają pieniądze do macierzystej firmy?

— Tak. Ale to nie wszystko. Générale de Santé jest notowana na giełdzie. Jej akcje poszybowały w górę w ostatnich latach. Wiesz dlaczego?

— Nie.

— Bo mają ekskluzywne patenty na terapie nowotworowe. Terapie, które rzekomo ratują życie. Ale jeśli te terapie są nieskuteczne, a pacjenci i tak umierają, to… to jest największe oszustwo w historii francuskiej medycyny.

— I mój wujek to odkrył. I dlatego zginął.

— I my też zginiemy, jeśli nas znajdą.

Tej nocy nie spaliśmy. Siedzieliśmy w pokoju, nasłuchując każdych kroków na korytarzu. Około trzeciej nad ranem Lucia szepnęła:

— Musimy pojechać do Nicei. Do kliniki. Znaleźć dowody.

— To samobójstwo.

— A co mamy do stracenia? I tak są na naszym tropie.

Nad ranem zadzwoniłem pod numer, który zostawił Philippe. Odebrał ten sam niski głos co wcześniej.

— Słucham.

— Potrzebujemy pomocy. Ktoś w klinice, komu możmy zaufać.

Cisza.

— Jest pielęgniarka. Siostra Bernadette. Pracuje tam od lat. Nienawidzi Delacroix. Może wam pomóc. Spotkajcie się z nią w katedrze w Nicei jutro o dziesiątej. Będzie trzymała różaniec w dłoni.

Rozłączył się.

Jechaliśmy na południe, wzdłuż wybrzeża. Za oknem migały palmy, błękitne morze, eleganckie hotele. Ale ja widziałem tylko twarz wujka na zdjęciu i listę nazwisk, które stawały się ofiarami.

W katedrze w Nicei panował półmrok. Pachniało kadzidłem i starym drewnem. W ławce pod obrazem Matki Boskiej siedziała zakonnica. Miała może sześćdziesiąt lat, siwe włosy wystające spod habitu, w dłoni różaniec.

Podeszliśmy.

— Siostra Bernadette? — spytała Lucia.

Zakonnica skinęła głową.

— Philippe mówił, że możecie mi pomóc — powiedziała cicho. — Ale musicie wiedzieć, że ryzykuję życiem. Delacroix jest potężny. Ma wpływy w całej Francji.

— Wiemy. Ale potrzebujemy dowodów.

Wstała i poprowadziła nas boczną nawą do małej zakrystii. Tam, w szafie, wyjęła plik dokumentów.

— To karty pacjentów. Prawdziwe. Te, które nie trafiły do oficjalnej dokumentacji. Widzicie? — Wskazała na kolumnę „diagnoza”. — U wszystkich nowotwór. Ale spójrzcie na daty badań. Te same, co w polisach.

Siostra Bernadette ryzykuje wszystko, by ujawnić fałszerstwa w dokumentacji medycznej (medical records). W cieniu katedry w Nicei prawda o „Substancji R” rzuca nowe światło na etykę lekarską (medical ethics) i odpowiedzialność cywilną szpitali.

Przejrzałem. Rzeczywiście – każdy pacjent miał diagnozę postawioną w tym samym tygodniu, w którym wykupił polisę. A data śmierci – dokładnie dwa miesiące później.

— Jak oni to robili? — spytała Lucia.

— Trucizna. Podawana podczas rutynowych zabiegów. Niewykrywalna w standardowej sekcji. Delacroix sam ją opracował. Nazywa ją „Substancja R”. Podobno działa bezboleśnie, ofiara po prostu zasypia.

— I nikt nie podejrzewał?

— Lekarze, którzy pracują w klinice, są albo przekupieni, albo zastraszeni. Ja jestem jedyną, która odważyła się zbierać dowody. Ale boję się, że on wie.

W tym momencie drzwi zakrystii otworzyły się z hukiem. W progu stało dwóch mężczyzn w ciemnych garniturach. Za nimi wysoka postać w białym kitlu – dr Delacroix.

— Siostro Bernadette — powiedział z uśmiechem. — Myślałem, że jesteś bardziej lojalna.

Zakonnica zbladła.

— Panie Delacroix…

— Proszę oddać dokumenty. I państwo również. — Spojrzał na nas. — Nowak? I Ferraro? Szukaliśmy was. Sami przyszliście.

Jeden z mężczyzn podszedł do nas. Zanim zdążyłem zareagować, poczułem uderzenie w tył głowy i straciłem przytomność.

Ocknąłem się w białym pokoju. Ściany, sufit, podłoga – wszystko białe. Leżałem na metalowym łóżku, przykuty do ramy. Obok, na drugim łóżku, leżała Lucia. Była przytomna, patrzyła na mnie.

— Gdzie jesteśmy? — wyszeptałem.

— Klinika. Piwnica. Słyszałam, jak mówili, że mamy być następnymi pacjentami.

— Co?

— Dadzą nam raka. W dokumentach. I polisę. A potem zabiją.

W tym momencie drzwi się otworzyły. Wszedł Delacroix. Ubrany w nieskazitelny biały kitel, w ręku trzymał teczkę.

— Witam państwa. Przykro mi, że musieliśmy państwa zaprosić w takich okolicznościach, ale sami państwo widzą – wiedzą państwo za dużo.

— Ludzie będą nas szukać — powiedziałem.

— Nikt nie będzie. Jesteście turystami, którzy przyjechali do Francji i zaginęli. Smutne, ale zdarza się. A wasze ciała… cóż, zostaną skremowane. Bez śladu.

Lucia zacisnęła pięści.

— Zabiliście tylu ludzi. Dlaczego?

— Dla pieniędzy, moja droga. Dla pieniędzy. Générale de Santé płaci mi za każdego pacjenta. A polisy to wisienka na torcie. Fundacja zbiera, korporacja inwestuje, wszyscy są szczęśliwi.

— A mój wujek? Jan Nowak? Też był pacjentem?

— Och, Jan. — Delacroix uśmiechnął się. — To był mój najlepszy agent. Przez lata naciągał ludzi na polisy, dostarczał mi ofiary. Ale w końcu sumienie go ruszyło. Chciał wszystko ujawnić. Nie mogłem na to pozwolić.

— To pan go zabił?

— Ja tylko podałem mu środek. Resztę zrobiła natura.

Rzuciłem się na niego, ale kajdanki przytrzymały. Delacroix zaśmiał się.

— Proszę się nie denerwować. Za kilka godzin i tak będzie pan spał wiecznym snem.

Wyszedł, a my zostaliśmy sami.

Lucia spojrzała na mnie.

— On nas zabije.

— Nie jeśli my go zabijemy pierwssi.

— Jak? Jesteśmy skuci.

Rozejrzałem się po pokoju. W kącie dostrzegłem mały, metalowy wieszak, który odpadł od ściany. Leżał na podłodze, może metr od łóżka. Gdybym tylko mógł go dosięgnąć…

Próbowałem przesunąć łóżko, ale było ciężkie, jakby było przykręcone do podłogi. Lucia patrzyła, jak się męczę.

— Chris, nie dasz rady.

— Muszę.

Wytężając wszystkie siły, udało mi się przechylić łóżko tak, że jedna z nóg uniosła się nieco. Przesunąłem się, palce stóp dotknęły wieszaka. Próbowałem go podnieść, ale był za daleko.

Nagle usłyszeliśmy hałas na korytarzu. Krzyki, bieganina. Drzwi się otworzyły i wpadła siostra Bernadette. W ręku trzymała klucz.

— Szybko! Policja! Ktoś wezwał policję!

Odpięła nasze kajdanki. Zerwaliśmy się i wybiegliśmy na korytarz. Wokół panował chaos – pielęgniarki biegały, lekarze krzyczeli, z góry dochodziły odgłosy strzałów?

Na górze, w holu głównym, zobaczyliśmy policjantów w mundurach. Obok nich stał Philippe Morel.

— To oni! — krzyknął na nasz widok. — To oni mają dowody!

Podbiegliśmy do komisarza, który koordynował akcję.

— Gdzie Delacroix? — zapytała Lucia.

— Próbował uciec tylnym wyjściem. Mamy go.

Wyprowadzili nas na zewnątrz. Nocne powietrze było rześkie, pachniało morzem i oleandrami. Siedzieliśmy na schodach kliniki, patrząc, jak wyprowadzają zakutego w kajdanki Delacroix. Mijał nas, nie patrząc.

— Dziękuję — szepnęła Lucia do Philippe’a.

— To ja dziękuję. Gdybyście nie przyszli, nigdy bym nie uwierzył, że to prawda.

W hotelu w Nicei, nad ranem, Lucia położyła głowę na moim ramieniu.

— Myślisz, że to koniec? — spytała.

— Nie wiem. Ale mamy dowody. Delacroix pójdzie siedzieć.

— A fundacja?

— Zostanie zamknięta. Pieniądze wrócą do rodzin.

Spojrzała na mnie.

— A twój wujek?

— Był częścią tego. Ale próbował to naprawić. Może to się liczy.

Zasnęliśmy zmęczeni.

Następnego dnia wróciłem do domu w Gordes. Usiadłem na tarasie, patrząc na zachód słońca nad doliną. W kieszeni miałem list od wujka, który znalazłem w segregatorze, ale wcześniej go nie przeczytałem.

Teraz go otworzyłem.

„Tomaszu,
Jeśli to czytasz, znaczy, że nie żyję. Przepraszam, że wciągam cię w tę historię, ale nie mam wyboru. Przez lata pracowałem dla ludzi, którzy zabijali dla pieniędzy. Myślałem, że to tylko biznes, że zarabiają na ludziach którzy i tak umrą. Aż odkryłem, że sami zaczęli zabijać. Próbowałem odejść, ale było za późno.

Zostawiłem ci dowody. I zostawiłem ci coś jeszcze. Twój ojciec nie zginął w wypadku. On też był pacjentem Delacroix. I też miał polisę. Ale przeżył. Jest w klinice w Szwajcarii, w śpiączce. Od lat. Jeśli chcesz go odnaleźć, jedź do Genewy, do kliniki 'Les Cèdres’. Pytaj o Jana Nowaka.

To wszystko, co mogę zrobić. Wybacz.

Wujek Jan”

Spojrzałem na zachodzące słońce. Mój ojciec? Myślałem, że nie żyje od trzydziestu lat.

Lucia wyszła na taras.

— Coś się stało?

— Muszę jechać do Szwajcarii.

— Po co?

— Odnaleźć ojca.

Koniec części 2

Reklama

Najnowsze

Reklama

Zobacz podobne:

Reklama