Część 3: Depozyt niejawny
Genewa witała nas deszczem. Chłodnym, drobnym, przenikliwym. Z dworca pojechaliśmy taksówką do kliniki „Les Cèdres” – eleganckiego budynku na wzgórzu, otoczonego parkiem. W recepcji pachniało orchideami i środkami dezynfekcyjnymi.
— Dzień dobry, szukam pacjenta o nazwisku Jan Nowak — powiedziałem po francusku.
Recepcjonistka spojrzała w komputer.
— Przykro mi, ale nie ma u nas takiego pacjenta.
— A może pod innym nazwiskiem? Mógł być przyjęty kilkanaście lat temu.
— Bez danych osobowych nie mogę pomóc.
Lucia podeszła do okienka.
— Proszę sprawdzić archiwum. To pilne. Chodzi o życie człowieka.
Kobieta westchnęła, ale po chwili zaczęła stukać w klawiaturę.
— Jest… Jan Nowak, przyjęty w 1995 roku. Pacjent w śpiączce. Ale…
— Ale co?
— Został przeniesiony. Do innej placówki. Pięć lat temu.
— Gdzie?
— Tego nie mogę powiedzieć. To poufne.
Wyszliśmy na deszcz. Stałem pod markizą, patrząc na szare niebo.
— Ktoś go ukrywa — mruknąłem.
— Albo nie chce, żebyś go znalazł.
Zadzwoniłem do Philippe’a Morela. Opowiedziałem mu o wszystkim.
— Klinika w Genewie należy do Générale de Santé — powiedział. — To ta sama sieć co Saint-Martin. Jeśli twój ojciec tam był, to znaczy, że Delacroix wiedział o nim.
— I trzymał go jako zakładnika? Po co?
— Może twój ojciec wie coś, co mogłoby ich pogrążyć. Może był świadkiem czegoś.
Nagle przypomniałem sobie listę z dokumentów wujka. Przy jednym z nazwisk była adnotacja: „Nowak, Jan – świadek koronny? Przenieść do Les Cèdres, 1995”.
Świadek koronny? Mój ojciec?
— Lucia, musimy dostać się do archiwów Générale de Santé. Tam musi być więcej informacji.
— To niemożliwe. To wielka korporacja. Ich archiwum jest chronione jak fort knox.
— Ale mamy kogoś, kto może nam pomóc.
Zadzwoniłem pod numer, który dostałem od siostry Bernadette. Odebrał mężczyzna.
— Halo?
— Potrzebuję dostępu do archiwów Générale de Santé. W Paryżu.
— Ryzykowne. Ale… może znajdę sposób. Spotkajmy się jutro w Paryżu, przy Rue de Rivoli. O jedenastej przed Luwrem. Będę trzymał czerwoną różę.
Rozłączył się.
Pojechaliśmy do Paryża nocnym pociągiem. W przedziale było ciepło, Lucia zasnęła na moim ramieniu. Ja patrzyłem w ciemność za oknem i myślałem o ojcu. O tym, jak zniknął, gdy miałem pięć lat. Matka mówiła, że zginął w wypadku samochodowym. Potem sama umarła, gdy byłem nastolatkiem. Wychowywała mnie ciotka. Nigdy nie pytałem o ojca – wydawało się, że to zamknięty rozdział.
A jednak.
W Luwrze było tłoczno. Turyści, wycieczki, hałas. Pod szklaną piramidą stał mężczyzna w beżowym płaszczu, z czerwoną różą w dłoni. Miał rzadkie, siwe włosy i zmęczone oczy.

— Pan Nowak? — zapytał.
— Tak. A pan?
— Nazywam się Jean-Luc Mercier. Pracowałem dla Générale de Santé przez dwadzieścia lat. Byłem ich głównym archiwistą. Odszedłem, gdy odkryłem, co robią.
— Co pan odkrył?
— Że mają tajne archiwum. Dokumenty pacjentów, którzy zaginęli. Albo zostali przeniesieni do innych placówek pod fałszywymi nazwiskami. Pański ojciec jest jednym z nich.
— Gdzie on jest?
— W klinice pod Lyonem. „Maison du Lac”. To dom opieki dla pacjentów w śpiączce. Ale to też placówka Générale de Santé. Jeśli pojedzie pan tam, musi pan być ostrożny. Oni go pilnują.
— Dlaczego? Co on wie?
Mercier spojrzał na mnie uważnie.
— Pański ojciec był agentem ubezpieczeniowym. Tak jak pana wujek. Razem pracowali dla Delacroix, zanim Delacroix został lekarzem. Zbierali ofiary, naciągali na polisy. Ale pański ojciec miał dość. Chciał ujawnić prawdę. Wtedy Delacroix go otruł. Nie zabił, bo myślał, że umrze. Ale ojciec przeżył, choć zapadł w śpiączkę. I trzymają go jako zabezpieczenie. Gdyby kiedykolwiek się obudził, mógłby zeznawać.
— Więc on żyje? I może się obudzić?
— To możliwe. Lekarze mówią, że jego mózg jest aktywny. To kwestia odpowiedniego bodźca.
Zacisnąłem pięści.
— Jadę do Lyonu.
— Ja z Tobą — powiedziała Lucia. — Nie zostawię cię teraz.
Maison du Lac leżało nad jeziorem, wśród wzgórz Beaujolais. Był to elegancki, stary dwór otoczony parkiem. Na parkingu stały tylko drogie samochody – to miejsce było dla bogatych.
Udawaliśmy parę szukającą miejsca dla starszego krewnego. Recepcjonistka była uprzejma, ale gdy spytałem o Jana Nowaka, jej twarz stężała.
— Nie ma takiego pacjenta.
— A może pod innym nazwiskiem?
— Przykro mi, nie mogę pomóc.
Wyszliśmy, ale nie odjechaliśmy. Zaczailiśmy się w parku, obserwując budynek. O zmierzchu zobaczyliśmy, w dużym oknie korytarza na pietrze, jak pielęgniarka wraz z lekarzem i kilkoma ochroniarzami przewożą pacjenta, do innej części kliniki.
— To on — szepnąłem.
— Jak się do niego dostać?
— Musimy wejść nocą.
O drugiej nad ranem, gdy cały personel spał, zakradliśmy się do budynku. Drzwi były zamknięte, ale Lucia otworzyła je wytrychem – nauczyła się tego od swojego ojca, który był ślusarzem.
Na korytarzach paliły się tylko awaryjne światła. Po cichu zaglądaliśmy do wszystkich pokoji, po kolei. Znaleźliśmy pokój ojca na drugim piętrze. Drzwi były nie zamknięte.
Wszedłem. Leżał na łóżku, podłączony do respiratora. Jego twarz była spokojna, jakby spał. Podszedłem blisko.
— Tato — szepnąłem.
Nic.
Wziąłem go za rękę. Była sucha, ciepła. Nagle jego palce drgnęły.
Spojrzałem na Lucię. Ona też to widziała.
— On czuje — powiedziała.
Pochyliłem się nad nim.
— Tato, to ja, Tomasz. Twój syn. Przyjechałem cię zabrać.
Jego powieki zadrżały. Po chwili otworzył oczy.

Spojrzał na mnie. W jego wzroku było zmieszanie, potem zaskoczenie, a potem… łzy.
— Tom… — wyszeptał ochrypłym głosem. — To ty?
— Tak, tato. To ja.
— Jak… jak długo?
— Trzydzieści lat.
Odetchnął głęboko.
— Delacroix… on…
— Wiem. Jest w areszcie. Już nie skrzywdzi nikogo.
W tym momencie drzwi się otworzyły. W progu stała pielęgniarka, a za nią dwóch ochroniarzy.
— Co tu się dzieje? — krzyknęła.
— Zabieram ojca — powiedziałem spokojnie.
— To niemożliwe. On jest pacjentem.
— Jest moim ojcem. I nie wyraził zgody na pobyt tutaj.
Pielęgniarka sięgnęła po telefon. Lucia podbiegła do niej i wyrwała go.
— Nie dzwoń. Albo zadzwonimy na policję i opowiemy o fałszywych dokumentach.
Ochroniarze spojrzeli po sobie niezdecydowani.
W tym momencie ojciec uniósł się na łóżku.
— Zostawcie nas — powiedział słabym, ale stanowczym głosem. — On ma prawo.
Ochroniarze wycofali się. Pielęgniarka wyszła, rzucając nam nienawistne spojrzenie.
Owinąłem ojca kocem i pomogłem mu wstać. Był bardzo słaby, nogi uginały się pod nim. Lucia podała mu ramię.
Wyszliśmy tylnym wyjściem, gdzie czekał wynajęty samochód. Wsadziłem ojca na tylne siedzenie i ruszyliśmy w stronę Lyonu, a potem dalej, do Paryża.
Za nami zostało jezioro, dwór i trzydzieści lat zapomnianego życia.
Koniec części 3
