CZĘŚĆ PIĄTA: POJEDNANIE
Rozdział 37
Ethan nie spał tej nocy.
Siedział w salonie, trzymając w ręku list ojca, i patrzył w okno. Za szybą – las. Ciemny, nieprzenikniony. Gdzieś tam, między drzewami, był człowiek, który go wychował. Który go chronił, odsuwając od siebie. Który udawał martwego, by ocalić mu życie.
I który teraz wrócił.
Ale dlaczego? Po co? I czy to na pewno on?
O świcie Ethan wyszedł na zewnątrz.
Las pachniał wilgocią i igliwiem. Szedł powoli, rozglądając się. Ślady na ziemi – świeże. Ktoś tędy przechodził. Prowadziły w głąb, w stronę starej szopy, którą ojciec zbudował lata temu.
Szopa stała na skraju polany. Drzwi były uchylone.
Ethan wszedł do środka.
W półmroku zobaczył postać. Siedziała na skrzyni, plecami do niego.
– Tato?
Postać odwróciła się.
Vincent Walker patrzył na syna. Starszy, siwy, wychudły. Ale żywy.
– Cześć, synu – powiedział cicho.
Ethan zrobił krok w jego stronę. Potem drugi. I nagle runął do przodu, obejmując ojca.

– Dlaczego? – wyszeptał. – Dlaczego mi nie powiedziałeś?
– Musiałem – odparł Vincent. – Gdybyś wiedział, że żyję, Rossetci by cię wykorzystali. Zmusili do mówienia. A tak… byłeś bezpieczny. Nie wiedziałeś niczego.
– Ale cierpiałem.
– Wiem. Przepraszam. Nie było innego wyjścia.
Odsunął się i spojrzał synowi w oczy.
– Teraz jest po wszystkim. Moretti siedzi. Rossetci się rozpadli. Mogę wrócić.
– Do domu?
– Do domu. Jeśli mnie przyjmiesz.
Ethan milczał chwilę.
Potem uśmiechnął się przez łzy.
– Chodźmy do domu, tato.
—
Rozdział 38
Wrócili razem.
Dom stał cichy, ale tym razem cisza była dobra. Vincent chodził po pokojach, dotykając mebli, patrząc na zdjęcia. Ethan parzył kawę w kuchni.
– Gdzie byłeś przez ten czas? – zapytał.
– Tu i tam. U przyjaciół. W Kanadzie. Czekałem.
– Na co?
– Na to, że wygrasz. Wiedziałem, że dasz radę.
Ethan postawił przed nim kubek.
– Dostałem twój list. Ten w szopie.
– Wiedziałem, że go znajdziesz. Zostawiłem go tam, gdy tylko usłyszałem o wyroku.
– Skąd wiedziałeś, że przyjdę?
– Bo jesteś moim synem. I wiem, że nie odpuszczasz.
Siedzieli w milczeniu, pijąc kawę. Pierwszy raz od lat.
– Co teraz? – zapytał Ethan.
– Teraz? Teraz będziemy żyć. Normalnie. Jak ojciec i syn.
– To możliwe?
– Nie wiem. Ale spróbujemy.
—
Rozdział 39
Tydzień później Ethan zaprosił do domu Torrez i Chena.
Siedzieli w salonie przy kolacji. Vincent opowiadał o latach ukrywania się, o samotności, o tęsknocie. Torres słuchała z uwagą, Chen notował w myślach.
– I nigdy nie próbowałeś skontaktować się z synem? – zapytała Torres.
– Próbowałem. Ale to było zbyt ryzykowne. Raz, dwa lata temu, wysłałem mu list. Bez nadawcy. Z daleka.
– To byłeś ty? – Ethan spojrzał na niego. – Ten list z ostrzeżeniem?
– Tak. Bałem się, że Rossetci cię znajdą. Chciałem, żebyś był ostrożny.
– I byłem. Dzięki tobie.
Chen odłożył widelec.
– A co z Rossettimi? Resztkami? Boją się, że wrócisz?
– Nie sądzę – odparł Vincent. – Moretti siedzi, firma upadła. Reszta się rozproszyła. Nie mają już siły.
– Miejmy nadzieję.
Kolacja przeciągnęła się do późna. Gdy goście wyszli, Ethan i Vincent zostali sami.
– Dziękuję – powiedział Ethan.
– Za co?
– Że wróciłeś. Że żyjesz.
Vincent uśmiechnął się.
– To ja dziękuję tobie. Że nie odpuściłeś. Że walczyłeś.
Spojrzał w okno.
– Jutro pójdziemy na grób matki. Razem.
– Dobrze.
—
Rozdział 40
Następnego dnia rano pojechali na cmentarz.
Mały, stary, otoczony lasem. Grób matki – skromny, zarośnięty. Vincent uklęknął i poprawił kwiaty.
– Przepraszam, że tak długo – szepnął. – Ale już wróciłem. I przywiozłem syna.
Ethan stał obok, trzymając ręce w kieszeniach.
– Myślisz, że ona nam wybaczy?
– Ona zawsze wybaczała. To był jej dar.
Wracali w milczeniu. Gdy weszli do domu, zadzwonił telefon.
– Halo?
– Pan Walker? Mówi detektyw Chen. Mamy problem.
Ethan zamarł.
– Jaki problem?
– Moretti uciekł z więzienia. Dziś w nocy. Ktoś mu pomógł.
– Co?
– Jest niebezpieczny. I prawdopodobnie jedzie do pana.
Ethan odłożył słuchawkę i spojrzał na ojca.
– Moretti uciekł. Jedzie tutaj.
Vincent wstał.
– Więc go przyjmiemy.
—
Rozdział 41
Noc zapadła szybko.
Ethan i Vincent siedzieli w ciemności, każde z bronią w dłoni. Dom był zamknięty, światła zgaszone. Czekali.
O drugiej nad ranem usłyszeli samochód.
Silnik zgasł przed domem. Drzwi samochodu otworzyły się. Kroki na żwirze.
Potem – cisza.
I nagle – wybuch.
Drzwi wejściowe eksplodowały do środka. W progu stał Moretti z pistoletem.
– Gdzie jesteś, Walker? – krzyknął. – Wyjdź!
Ethan wychylił się zza kanapy i oddał strzał.
Moretti ryknął z bólu – trafiony w ramię. Ale nie upadł. Otworzył ogień w ciemność.
Kule świstały, rozrywając meble, ściany, szyby.
Vincent ruszył z boku, celując w Morettiego. Ale Moretti był szybszy.
Strzał.
Vincent upadł.
– Tato! – krzyknął Ethan.
Rzucił się w stronę ojca, ale Moretti znów strzelił. Ethan poczuł ból w boku – kula drasnęła go, ale nie zatrzymała.
Sięgnął po broń ojca i strzelił.
Moretti zachwiał się. Spojrzał na Ethana, na krew tryskającą z piersi. I upadł.
Cisza.
Ethan podczołgał się do ojca.
– Tato? Tato!
Vincent otworzył oczy.
– Żyję – szepnął. – Tylko ramię.
Ethan opadł na podłogę, oddychając ciężko.
Byli cali. Moretti nie żył.

—
Rozdział 42
Nad ranem przyjechała policja.
Chen i Torres przyjechali zaraz za nimi. Gdy zobaczyli Ethana i Vincenta – żywych, choć rannych – odetchnęli.
– Moretti? – zapytał Chen.
– Nie żyje – odparł Ethan.
– Dobrze. To koniec.
W szpitalu opatrzono im rany. Vincent miał przestrzelone ramię, Ethan – głęboką ranę ciętą od kuli, ale kości całe. Za kilka dni mieli wrócić do domu.
Torres siedziała przy łóżku Ethana.
– Wygrałeś – powiedziała. – Naprawdę.
– Dzięki tobie. I tacie.
– Co teraz zrobisz?
– Będę żył. Pracował. Może otworzę warsztat, jak ojciec.
– To dobry pomysł.
Spojrzała na niego.
– A ja? Mogę cię czasem odwiedzać?
Ethan uśmiechnął się.
– Zawsze.
—
Rozdział 43
Miesiąc później Ethan i Vincent stali na podjeździe domu.
Słońce świeciło, ptaki śpiewały. Dom po remoncie wyglądał jak nowy. Drzwi wejściowe – nowe, mocne. Szyby – całe. Ściany – świeżo pomalowane.
– Piękny – powiedział Vincent.
– Nasz – odparł Ethan.
Wsiedli do samochodu i pojechali do miasta. Do kancelarii Torrez. Podpisali ostatnie dokumenty – dom oficjalnie przeszedł na Ethana, a Vincent dostał zgodę na powrót do życia.
Siedzieli w biurze, pijąc kawę, gdy Torres powiedziała:
– Jest jeszcze jedna sprawa.
– Jaka?
– Rossetci. Ich majątek został skonfiskowany. Część pieniędzy trafi do ciebie jako odszkodowanie za śmierć ojca.
– Ale ojciec żyje.
– Wiem. Ale prawo tego nie uwzględnia. W papierach wciąż figuruje jako zmarły. To potrwa, zanim to zmienimy. Na razie – bierz pieniądze. Przydadzą się.
Ethan spojrzał na ojca.
– Co myślisz?
– Myślę, że Rebecca ma rację. Weź.
– Dobrze.
Podpisał.
—
Rozdział 44
Wieczorem wrócili do domu.
Siedzieli na werandzie, patrząc na zachód słońca. Las przed nimi cichł, ptaki przestały śpiewać. Cisza była dobra.
– Tato?
– Tak?
– Dlaczego mi nie powiedziałeś? Wcześniej? Zanim to wszystko się zaczęło?
Vincent westchnął.
– Bałem się. Myślałem, że jeśli będziesz wiedział, oni cię zabiją. Że użyją cię przeciwko mnie. A tak… byłeś bezpieczny. Nie wiedziałeś niczego.
– Ale mogłem pomóc.
– Wiem. I przepraszam. Gdybym mógł cofnąć czas… zrobiłbym inaczej.
Ethan milczał chwilę.
– Wybaczam ci – powiedział w końcu. – Ale więcej żadnych tajemnic. Obiecaj.
Vincent uśmiechnął się.
– Obiecuję.
Uścisnęli sobie dłonie.
I wtedy Ethan przypomniał sobie coś.
– Tato? A ten list, który dostałem na początku? Z groźbą? To na pewno nie byłeś ty?
Vincent zmarszczył brwi.
– Nie. To nie ja. Myślałem, że to Rossetci.
– Może. Ale… Sullivan dzwonił. Mówił, że są bardziej radykalni. Ktoś, kto nie słucha Morettiego.
Vincent zamilkł.
– Myślisz, że to jeszcze nie koniec?
– Nie wiem. Ale wolałbym wiedzieć.
Spojrzeli na las.
Gdzieś tam, między drzewami, znów stał cień.
Ale tym razem – po chwili zniknął. I więcej się nie pojawił.
—
Rozdział 45
Minął rok.
Ethan otworzył warsztat samochodowy w Warren. Interes szedł dobrze – ludzie z miasteczka pamiętali jego ojca i chętnie przyprowadzali swoje samochody. Vincent pomagał mu w wolnym czasie, choć oficjalnie wciąż był martwy.
Rebecca Torres została ich prawniczką i przyjaciółką. Chen odwiedzał ich czasem, gdy był w okolicy. Wszyscy wiedzieli, że to, co się wydarzyło, połączyło ich na zawsze.
Pewnego wieczoru Ethan dostał list.
Bez nadawcy. W środku – tylko jedno zdanie:
Uważaj na siebie. I na ojca.
Ktoś, kto cię obserwuje.
Spojrzał na kopertę. Żadnych śladów. Żadnych wskazówek.
Podszedł do okna. Za szybą – las. Ciemny, nieprzenikniony.
Gdzieś tam, między drzewami, stał cień.
Czekał.
Ethan uśmiechnął się.
– Dziękuję za ostrzeżenie – szepnął. – Ale damy radę.
Odwrócił się i wszedł do środka.
Drzwi zamknęły się za nim.
A w lesie – cisza.
I tajemnica, która nigdy nie została wyjaśniona.
—
KONIEC
—
Ethan i Vincent przeżyli. Moretti nie żyje. Rossetci upadli.
Ale w lesie wciąż ktoś czeka.
Kto? I czego chce?
Może nigdy się nie dowiemy.
A może to dopiero początek…
Opowiadanie jest fikcją literacką. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych osób lub wydarzeń jest przypadkowe.
