CZĘŚĆ DRUGA: W MATNI
—
Rozdział 11
Ethan stał jak wryty.
Przez szybę stacji benzynowej widział mężczyznę opartego o czarnego SUV-a. W świetle latarni dostrzegł rysy twarzy – kwadratowa szczęka, krótko ostrzyżone ciemne włosy, ciemne okulary mimo nocy. Mężczyzna nie ruszał się. Tylko patrzył.
– Policja już jedzie – powiedział sprzedawca za jego plecami. Głos drżał. – Proszę się nie ruszać.
Ethan nie odpowiedział. Wpatrywał się w postać na parkingu, czekając, aż ta zrobi cokolwiek. Ale mężczyzna stał nieruchomo. Jakby czekał.
Syreny zawyły w oddali. Najpierw cicho, potem głośniej. W ciągu minuty dwa policyjne radiowozy wjechały na parking, blokując wyjazd SUV-owi. Drzwi się otworzyły, wysiedli funkcjonariusze z bronią gotową do strzału.
– Ręce na maskę! – krzyknął jeden.
Mężczyzna posłusznie oparł dłonie o samochód. Nie stawiał oporu. Nawet się nie odwrócił.
Ethan wyszedł ze stacji. Nogi mu drżały, ale zmusił się, by podejść bliżej.
– To on – powiedział do policjanta. – On i inni. Włamali się do mojego domu.
Funkcjonariusz spojrzał na niego, potem na mężczyznę.
– Kim pan jest? – zapytał.
Mężczyzna odwrócił głowę. Uśmiechnął się.
– Nazywam się Vincent Moretti. Jestem prawnikiem. I przyszedłem złożyć panu Walkerowi propozycję nie do odrzucenia.
—
Rozdział 12

Na komisariacie pachniało kawą i potem. Ethan siedział na krześle w czasie przesłuchania, przed nim kubek z zimną już herbatą. Naprzeciwko – sierżant Dufresne i agent FBI, który przyjechał z Portland. Nazywał się David Chen i miał twarz człowieka, który widział za dużo.
– Proszę mi jeszcze raz opowiedzieć o dokumentach – powiedział Chen.
– Mówiłem już.
– Wiem. Ale chcę usłyszeć jeszcze raz. Każdy szczegół.
Ethan westchnął. Opowiedział o sejfie, o liście ojca, o skrzynce w garażu, o teczkach i pendrivie. O umowach cywilnych, o przelewach, o nazwiskach.
– Gdzie są te dokumenty teraz?
– W bagażniku mojego samochodu. Zaparkowałem przy stacji, przed ucieczką.
Chen skinął na Dufresne. Wyszła.
– Moretti twierdzi, że przyszedł tylko porozmawiać – powiedział Chen. – Że pański ojciec był ich klientem, a oni chcą uregulować sprawy spadkowe zgodnie z przepisami.
– I dlatego wysłali trzech osiłków, którzy wyważyli drzwi?
– Moretti mówi, że to była ochrona. Że obawiali się o pańskie bezpieczeństwo.
Ethan parsknął śmiechem.
– Panie Walker – Chen pochylił się nad stołem. – Ja wiem, że to wszystko brzmi jak kiepski film. Ale proszę mi uwierzyć, Rossetti są realni. I nie odpuszczą. Jeśli ma pan dowody na ich działalność, musi nam je oddać.
– A jeśli oddam?
– Wtedy wkraczamy my. Przejmiemy sprawę, pana obejmiemy ochroną. Będzie pan musiał zeznawać, ale to potrwa. I będzie bezpieczny.
– A mój dom? Mój ojciec?
– Dom zostanie zabezpieczony jako dowód rzeczowy. Co do ojca… przykro mi. Ale jeśli to, co pan mówi, jest prawdą, to pański ojciec był głęboko zamieszany w przestępczą działalność.
Ethan milczał.
Drzwi się otworzyły. Dufresne wróciła z torbą.
– Znaleźliśmy – powiedziała, kładąc teczkę i pendrive na stole. – To wszystko?
Ethan skinął.
Chen otworzył teczkę i zaczął przeglądać papiery. Po kilku minutach podniósł wzrok.
– To więcej, niż się spodziewałem. – Odwrócił się do Dufresne. – Musimy go natychmiast zabrać. I zabezpieczyć dom.
– A Moretti? – zapytała.
– Morettiego puścimy. Nie mamy podstaw, by go zatrzymać. Przyjechał sam, nie miał broni, nie naruszył prawa. Ale będziemy go obserwować.
Ethan poczuł, jak coś ściska go w żołądku.
– Puścicie go? On kazał wyważyć moje drzwi!
– Nie ma pan dowodów, że to on. Był tam, ale nie uczestniczył we włamaniu. Jego ludzie zniknęli. Moretti twierdzi, że przyjechał sam, a pańskie drzwi były już otwarte. Bez świadków, bez nagrań – to jego słowo przeciwko pańskiemu.
– Ale…
– Przykro mi, panie Walker. Tak działa prawo.
—
Rozdział 13
Chen zabrał Ethana do Portland. W drodze milczeli. Miasto w nocy wyglądało jak z pocztówki – mosty, światła, woda w zatoce lśniąca od księżyca. Ethan patrzył przez szybę i myślał o ojcu. O listach. O dokumentach, które właśnie oddał.
W biurze FBI przy Congress Street czekała Rebecca Torres. Siedziała w poczekalni z kubkiem kawy, gdy wszedł.
– Żyje pan – powiedziała z uśmiechem.
– Na razie.
– Dobrze. Bo będzie pan potrzebował dobrego prawnika.
Chen zostawił ich samych na chwilę. Torres od razu przeszła do rzeczy.
– Złożyłam wniosek o zabezpieczenie spadku. Sąd w Warren wydał postanowienie – dom nie może być przedmiotem egzekucji, dopóki trwa postępowanie. To kupi nam czas.
– Dziękuję.
– To nie wszystko. Przeanalizowałam dokumenty, które pan znalazł. Są tam rzeczy, które mogą pana uniewinnić.
– Uniewinnić? Z czego?
– Z udziału w przestępstwie. Bo Rossetti na pewno będą próbowali wmówić, że pan wiedział o interesach ojca. Że pan też brał w nich udział. Ale w tych papierach jest dowód, że ojciec celowo trzymał pana z dala. W listach do Morettiego pisze: „Syn nie wie o niczym. I tak ma zostać”.
Ethan poczuł gulę w gardle.
– On mnie chronił.
– Tak. I teraz my musimy pana chronić.
Chen wrócił z plikiem papierów.
– Mamy zgodę na umieszczenie pana w programie ochrony świadków. To znaczy, że zmienimy panu tożsamość, przeniesiemy w inne miejsce, zapewnimy nowe życie. Ale to decyzja na całe życie. Bez odwrotu.
– A jeśli nie zgodzę się?
– Wtedy wraca pan do domu, a my robimy, co możemy. Ale Rossetci będą wiedzieli, że pan z nami rozmawiał. I nie odpuszczą.
Ethan spojrzał na Torrez.
– Co pani radzi?
– To pana decyzja. Ale jeśli pan zapyta mnie jako prawnik – niech pan idzie do programu. To jedyna szansa.
– A jako człowiek?
Torres milczała chwilę.
– Jako człowiek powiem: niech pan walczy. Ale nie sam.
—
Rozdział 14
Tej nocy Ethan spał w hotelu pod ochroną FBI. Pokój był mały, ale czysty. Okno wychodziło na podwórko, a nie na ulicę. Przy drzwiach stał agent.
Nie mógł zasnąć.
Myślał o ojcu, który przez siedem lat żył w strachu. O matce, która umarła, gdy był dzieckiem. O domu, który teraz stał pusty, z wyważonymi drzwiami.
O trzeciej nad ranem zadzwonił telefon.
– Halo?
– Pan Walker? – głos był znajomy. Gładki, profesjonalny.
– Kto mówi?
– Marcus Sullivan. Chciałem tylko powiedzieć, że rozumiem pańską decyzję. Naprawdę. Gdybym był na pana miejscu, zrobiłbym to samo.
– Skąd pan ma ten numer?
– Mam swoje sposoby. Ale nie dzwonię, by grozić. Dzwonię, by ostrzec. Rossetti nie odpuszczą. Program ochrony świadków? Proszę bardzo. Ale oni mają długie ręce. I cierpliwość. Znajdą pana. Za rok, za pięć lat, za dziesięć. Zawsze.
– Po co pan dzwoni?
– Bo chcę panu zaproponować układ. Odda pan nam dokumenty – te, które pan już oddał FBI – a my zostawimy pana w spokoju. FBI i tak nic z nimi nie zrobią. To za mało, by kogokolwiek skazać. Ale dla nas to dowód, że pański ojciec nas zdradził. I to boli.
– Nie oddam.
– Przykro mi to słyszeć. Ale ostrzegałem.
Rozłączył się.
Ethan siedział w ciemności, trzymając telefon w dłoni. Wiedział, że Sullivan ma rację. Rossetti nie odpuszczą.
Ale wiedział też, że nie może się poddać.
—
Rozdział 15
Rano Chen przyniósł dokumenty do podpisu.
– To standardowa umowa – powiedział. – Zobowiązuje się pan do współpracy, do zeznań w sądzie, do zachowania tajemnicy. W zamian otrzymuje pan nową tożsamość, mieszkanie, pracę. I ochronę.
Ethan wziął długopis.
– A jeśli zmienię zdanie?
– Może pan zrezygnować w każdej chwili. Ale wtedy ochrona ustaje.
Podpisał.
Torres uśmiechnęła się blado.
– To dobra decyzja.
– Mam nadzieję.
Chen schował dokumenty do teczki.
– Za trzy dni jedziemy. Przez ten czas nie może pan kontaktować się z nikim. Żadnych telefonów, maili, listów. Rozumie pan?
– Tak.
– I proszę spisać wszystko, co pan wie o Rossettich. Każdy szczegół. Każde nazwisko, każdą datę. To pomoże nam w śledztwie.
Ethan skinął.
Został sam w pokoju. Przed nim leżał pusty zeszyt i długopis.
Zaczął pisać.
Mój ojciec nazywał się Vincent Walker. Był mechanikiem. I księgowym. I człowiekiem, który bał się przez siedem lat.
To, co wiem o Rossettich, pochodzi z jego papierów. I z rozmów, które słyszałem jako dziecko.
Nie wiem, ile z tego jest prawdą. Ale spróbuję przypomnieć sobie wszystko…
Pisał przez cały dzień. I całą noc. Gdy skończył, zeszyt był pełen.
—
Rozdział 16
Trzeciego dnia rano Chen wszedł do pokoju z ponurą miną.
– Mamy problem.
Ethan zamarł.
– Rossetci złożyli pozew przeciwko panu.
– O co?
– O przywłaszczenie mienia. Twierdzą, że dokumenty, które pan znalazł, należą do nich. Że ojciec przechowywał je jako powiernik, a po jego śmierci powinny wrócić do właścicieli.
– To absurd.
– Wiem. Ale mają dobrego prawnika. Sullivana. I złożyli wniosek o zabezpieczenie dowodów. Chcą, by sąd nakazał FBI zwrócenie im dokumentów.
– Sąd im na to pozwoli?
– Nie wiem. To zależy od sędziego. Ale jeśli tak się stanie, stracimy główny dowód w śledztwie. A pana czeka proces o kradzież.
Torres wpadła do pokoju bez pukania.
– Widziałeś to? – zapytała, machając plikiem papierów.
– Właśnie mówię – odparł Chen.
– To gorsze, niż myślałam. Oni nie tylko chcą dokumentów. Oni żądają odszkodowania. Pół miliona dolarów.
Ethan opadł na krzesło.
– Skąd wezmę pół miliona?
– Nie weźmiesz – powiedziała Torres. – Ale możemy walczyć. Udowodnić, że dokumenty były własnością twojego ojca, a on ci je zapisał. Że Rossetci nie mają do nich prawa.
– Mamy szansę?
– Zawsze jest szansa. Ale to będzie długa i kosztowna batalia.
Chen spojrzał na Ethana.
– Jeśli przegramy, będziesz musiał zapłacić. Albo pójść do więzienia.
Ethan zamknął oczy.
Wiedział, że to pułapka. Rossetci nie chcieli dokumentów. Chcieli go zniszczyć. I wykorzystali do tego prawo.
—
Rozdział 17
Tydzień później Ethan stanął przed sądem.
Sala była niewielka, ale wypełniona po brzegi. Po jednej stronie – Rossetci z Sullivanem. Po drugiej – Ethan z Torres i Chenem. W ławach – dziennikarze, ciekawscy, kilka twarzy, które Ethan kojarzył z fotografii w papierach ojca.
Sędzia – starsza kobieta o surowym spojrzeniu – otworzyła posiedzenie.
– Sprawa Rossetti i wspólnicy przeciwko Ethanowi Walkerowi. Stawiam wniosek o zabezpieczenie dowodów i roszczenie odszkodowawcze.
Sullivan wstał.
– Wysoki Sądzie – zaczął swoim gładkim głosem. – Mój klient, pan Vincent Rossetti, jest prawowitym właścicielem dokumentów, które pan Walker przywłaszczył. Dokumenty te stanowiły własność firmy, a pan Walker senior przechowywał je w ramach umowy cywilnej o powiernictwie. Po jego śmierci majątek winien wrócić do właściciela. Tymczasem pan Walker junior, działając w złej wierze, przekazał je FBI, uniemożliwiając mojemu klientowi dochodzenie praw.
Sędzia spojrzała na Torrez.
– Pani Torres?
Torres wstała.

– Wysoki Sądzie, to, co pan Sullivan mówi, jest nieprawdą. Dokumenty, które znalazł mój klient, były własnością jego ojca. Znajdowały się w jego domu, w jego sejfie. Nie ma żadnej umowy cywilnej, która potwierdzałaby, że należały do kogokolwiek innego. Pan Rossetti składa fałszywe zeznania, by odzyskać dowody swoich przestępstw.
– To oszczerstwo! – krzyknął Sullivan.
– Spokój! – sędzia uderzyła młotkiem. – Proszę kontynuować.
Torres podeszła do stołu sędziowskiego.
– Wysoki Sądzie, mam tutaj kopię listu, który pan Walker senior zostawił synowi. W liście tym pisze, że dokumenty mają być dowodem w sprawie przeciwko Rossettim. To nie są papiery firmowe. To dowody przestępstw.
Sullivan uśmiechnął się.
– List? Pisany przez człowieka, który nie żyje? I kto potwierdzi jego autentyczność?
– Biegli grafologowie.
– Których pani zawnioskuje?
– Tak.
Sędzia przerwała.
– Proszę obie strony o spokój. Ogłaszam przerwę do jutra. W międzyczasie przeanalizuję dokumenty.
Młotek uderzył.
Ethan wyszedł z sali z Torres.
– Dobrze poszło – powiedziała.
– Naprawdę?
– Naprawdę. Sędzia nie jest po ich stronie. To dużo.
– Ale Sullivan ma rację. List ojca… to tylko list.
– To więcej niż tylko list. To dowód, że twój ojciec bał się ich. I że chciał, byś ich powstrzymał.
Ethan spojrzał na nią.
– Myślisz, że dam radę?
– Nie wiem. Ale wiem, że nie możesz się poddać.
—
Rozdział 18
Noc przed drugim dniem rozprawy Ethan spał niespokojnie.
Śnił mu się ojciec. Stał w warsztacie, cały we krwi, i patrzył na niego. Chciał coś powiedzieć, ale nie mógł. Tylko otwierał usta, a z nich wydobywała się cisza.
Obudził się z krzykiem.
Pokój był ciemny. Za oknem – światła miasta. I nagle usłyszał hałas. Na korytarzu.
Ciche kroki. Potem szuranie.
Wstał i podszedł do drzwi. Przez wizjer zobaczył agenta FBI – leżał na podłodze, nieprzytomny.
Krew uderzyła mu do głowy.
Cofnął się, sięgnął po telefon. Ale zanim zdążył wybrać numer, drzwi otworzyły się z hukiem.
W progu stał mężczyzna. Wysoki, w czerni, z twarzą zasłoniętą kominiarką.
– Cicho – powiedział. – I chodź ze mną.
Ethan nie miał wyboru.
Wyprowadzili go tylnym wyjściem, wsadzili do samochodu i zawiązali oczy. Jechali długo. Krętymi drogami, przez lasy, przez miasteczka. Gdy w końcu zdjęli opaskę, był w piwnicy.
Zimnej, wilgotnej, pachnącej pleśnią.
Przed nim stał Vincent Moretti.
– Pan Walker – uśmiechnął się. – Miło pana widzieć. Choć wolałbym w innych okolicznościach.
– Czego chcesz?
– Chcę, żeby pan wycofał zeznania. I oddał nam dokumenty.
– Już je oddałem FBI.
– Ale ma pan kopie. Wiem, że ma pan. Syn Vincenta Walkera nie oddałby wszystkiego. Zbyt dobrze pana ojca znałem.
Ethan milczał.
Moretti westchnął.
– Proszę posłuchać. Nie chcę pana krzywdzić. Naprawdę. Pański ojciec był moim przyjacielem. Przez lata. Ale zdradził nas. I musimy odzyskać to, co nasze. Jeśli pan nam pomoże, wyjdzie pan stąd żywy. I dostanie pan pieniądze. Wystarczająco, by zacząć nowe życie.
– A jeśli nie?
Moretti spojrzał na niego zimno.
– Jeśli nie, to zostanie pan tutaj. Na zawsze.
—
Rozdział 19
Trzy dni minęły w ciemności.
Ethan nie wiedział, gdzie jest. Nie wiedział, która godzina. Karmili go raz dziennie – suchy chleb i woda. Nie bili go, nie torturowali. Tylko zostawiali w samotności.
Czwartego dnia drzwi piwnicy otworzyły się.
W progu stała Rebecca Torres.
– Chodź – powiedziała cicho.
Ethan nie mógł uwierzyć.
– Jak… jak mnie znalazłaś?
– Nie ma czasu. Chodź.
Wyszli na zewnątrz. Była noc. Las, polana, stary dom. I dwa samochody – jeden policyjny, drugi cywilny.
– Wsiadaj.
Ruszyli w milczeniu. Gdy byli już bezpieczni, Torres powiedziała:
– Negocjowałam z nimi. Rossetci zgodzili się cię puścić.
– Za co?
– Za dokumenty. Powiedziałam im, że masz kopie. I że jeśli cię zabiją, trafią do prasy.
– A masz je?
– Nie. Ale oni nie wiedzą.
Ethan spojrzał na nią.
– Ryzykowałaś życie.
– Wiem. Ale jesteś moim klientem. I nie zostawiam klientów.
Uśmiechnął się słabo.
– Dziękuję.
– Nie dziękuj. Jeszcze nie wygraliśmy.
—
Rozdział 20
Następnego dnia Ethan wrócił do sądu.
Sala była ta sama, ale atmosfera inna. Rossetci patrzyli na niego wilkiem. Sullivan uśmiechał się kwaśno. Sędzia spojrzała na niego uważnie.
– Panie Walker – powiedziała. – Czy czuje się pan dobrze?
– Tak, Wysoki Sądzie.
– Przechodzimy do kontynuacji rozprawy. Pani Torres, ma pani coś nowego?
Torres wstała.
– Tak, Wysoki Sądzie. Chcę przedstawić dodatkowy dowód. Nagranie z rozmowy, którą pan Moretti odbył z moim klientem podczas jego porwania.
Sala zamarła.
Moretti zerwał się z miejsca.
– To niemożliwe! Nie było żadnego nagrania!
– Było – powiedziała Torres spokojnie. – Mój klient miał przy sobie dyktafon. Cały czas.
Sędzia uderzyła młotkiem.
– Spokój! Proszę o ciszę! Pani Torres, proszę przedstawić dowód.
Torres podeszła do stołu i włożyła pendrive do laptopa. Po chwili z głośników popłynął głos Morettiego: „Jeśli pan nam pomoże, wyjdzie pan stąd żywy”.
Sala wybuchła.
Sędzia potrzebowała pięciu minut, by przywrócić porządek.
– Panie Moretti – powiedziała w końcu. – Zostaje pan aresztowany pod zarzutem porwania i wymuszenia. Proszę zabrać go z sali.
Moretti spojrzał na Ethana. W jego oczach była nienawiść.
– To nie koniec – wyszeptał, gdy wyprowadzali go policjanci.
Ethan patrzył, jak znika za drzwiami.
Wiedział, że Moretti ma rację.
To nie był koniec.
—
KONIEC CZĘŚCI DRUGIEJ
Czy nagranie wystarczy, by skazać Morettiego?
Co zrobią Rossetci, gdy ich człowiek trafi do więzienia?
I jakie tajemnice kryją się jeszcze w dokumentach ojca?
Odpowiedzi w części trzeciej…
