CZĘŚĆ DRUGA: RACHUNKI
Rozdział 3
Oddech ustał tak nagle, jak się pojawił.
Samuel siedział nieruchomo, wpatrzony w zamknięte drzwi, nasłuchując. Serce biło mu gdzieś w gardle, krew szumiała w uszach. Przez długą chwilę nic się nie działo.
Potem usłyszał kroki.
Oddalające się. W głąb korytarza.
Wstał, choć nogi miał jak z waty. Podszedł do drzwi, położył dłoń na klamce. Była lodowata, jakby nikt jej nie dotykał od miesięcy – choć przecież przed chwilą wchodził do gabinetu, a wtedy była zwyczajnie ciepła od jego dotyku.
Otworzył.
Korytarz był pusty.
Ale na podłodze, tuż przed progiem, leżała róża. Czerwona, świeża, jakby dopiero co zerwana. Skropiona rosą albo… czymś innym.
Pochylił się, by ją podnieść, ale wtedy usłyszał głos Marthy z dołu:
– Niech pan tego nie dotyka!
Zbiegła na górę zaskakująco szybko jak na swój wiek. Chwyciła go za rękę, odciągnęła od róży. Jej dłoń była sucha i gorąca.
– Skąd to się wzięło? – zapytał Samuel.
– Stamtąd, skąd wszystko – odparła Martha. Zmiotła różę nogą, aż potoczyła się pod ścianę. – Z pokoju, do którego nie wolno wchodzić.
– Pokoju na końcu korytarza?
Spojrzała na niego uważnie.
– Znalazł pan list.
Skinął głową.
– Thomas był głupi – powiedziała Martha. – Myślał, że pisząc ostrzeżenie, ochroni pana. A tylko pana wciągnął.
– Wciągnął? W co?
Martha westchnęła. Przez chwilę wyglądała na starszą, niż była, jakby ciężar lat spadł na nią nagle.
– Niech pan pójdzie ze mną. Pokażę panu coś.
Zeszli na dół, do kuchni. Martha zdjęła z półki gliniany dzbanek, nalała do kubka ciemnego, gorzkiego naparu. Podała Samuelowi.
– Niech pan pije. To z piołunu. Oczyszcza.
Wypił. Napar był obrzydliwy, palił w gardle, ale po chwili poczuł, że myśli jaśnieją, a strach odsuwa się na dalszy plan.
– Kiedy Alistair zniknął – zaczęła Martha, siadając naprzeciwko – jego żona, pańska babka, została sama z dziećmi. I z długami. Długami, które nie były długami wobec banku. Alistair pożyczył od… Istot. Tak je nazywała. Istot, które mieszkają w wzgórzach, w starych kamieniach, w wodzie.
– To jakieś bujdy – przerwał Samuel. – Przesądy.
– Czyżby? – Martha uśmiechnęła się smutno. – A widział pan w nocy kukłę? Słyszał pan kroki?
Milczał.
– One istnieją. Nie takie, jak w opowieściach. Nie przychodzą po dusze, nie porywają dzieci. One… pożyczają. I każą sobie płacić. Alistair pożyczył, by uratować majątek. Dostał dziesięć lat. Dziesięć lat dostatku, pieniędzy, powodzenia. A potem przyszedł czas zapłaty.
– I zniknął.
– I zniknął. Ale nie umarł. One nie zabijają. One… zabierają. Do swojego świata. Na zawsze.
Samuel potrząsnął głową.
– To niemożliwe. To… absurd.
– A list Thomasa? A róża na progu?
– Ktoś to podłożył. Pani, może.
Martha nie obraziła się. Patrzyła na niego z politowaniem.
– Niech pan sprawdzi w papierach. Znajdzie pan rachunek. Ostatni. Z datą sprzed pięćdziesięciu lat. Z podpisem Alistaira.
Samuel wrócił na górę. Przejrzał dokumenty w gabinecie, szybciej, chaotycznie. I znalazł.
To nie była zwykła umowa. To był pergamin, stary, pożółkły, zapisany atramentem, który mienił się w świetle, jakby w środku było coś więcej niż tylko barwnik. Słowa były po angielsku, ale układ liter dziwny, jakby pisane ręką, która nie była przyzwyczajona do tego języka.
„Ja, Alistair Wickham, w zamian za dziesięć lat pomyślności dla mnie i moich spadkobierców, oddaję to, co najcenniejsze w moim rodzie, w dniu wyznaczonym przez Pożyczkodawców, pod rygorem przejęcia całego majątku, ziemskiego i innego, oraz przeniesienia mojej osoby do Krainy pod Wzgórzem.”
Poniżej podpis. I data. I ten symbol – koło w trójkącie.
Samuel opadł na krzesło.
Dziesięć lat. Alistair dostał dziesięć lat. A potem zniknął. Jego syn Thomas przejął majątek. Ale nie miał spokoju. Długi w banku, długi u kupców – wszystko szło źle. Może dlatego, że prawdziwy dług nie został spłacony. Może Thomas próbował, ale nie wiedział jak.
A teraz on, Samuel, jest tutaj.
Spadkobierca.
Dziedzic długu.
Zbiegł na dół, do kuchni.
– Co to znaczy „to, co najcenniejsze”? – zapytał.
Martha mieszała coś w garnku, nie odwracając się.
– Nie wiem. Nikt nie wie. Alistair nie powiedział. Ale po jego zniknięciu… dom zaczął się starzeć. Majątek podupadł. Konie zdychały, zbiory gniły, pieniądze znikały. To, co najcenniejsze, zostało zabrane, ale nie dosłownie. To było jak… jak dziura. W świecie. W życiu.
– A Thomas?
– Thomas walczył. Jeździł do banku w Kendal, pożyczał, sprzedawał ziemię, inwestował. Myślał, że pieniędzmi spłaci dług. Ale one nie chcą pieniędzy.
– To czego chcą?
Martha odwróciła się. Jej oczy były mokre.
– Czasu. Albo krwi. Albo może nas, wszystkich, jednego po drugim. Alistaira zabrały. Thomasa też zabiorą. A teraz pana.
Zza okna dobiegł dźwięk. Końskie kopytą, turkot kół.
Samuel wyjrzał. Przed dom zajechał powóz, elegancki, czarny, z herbem na drzwiach. Z powozu wysiadł mężczyzna w długim płaszczu, w kapeluszu, z teczką pod pachą.
– Kto to? – zapytał Samuel.
Martha zbliżyła się do okna. Jej twarz pobladła.
– To on – wyszeptała. – Człowiek z banku.
Rozdział 4
Mężczyzna wszedł bez pukania.
Drzwi otworzyły się, jakby czekały, aż nadejdzie. Był wysoki, chudy, o twarzy pociągłej, bladej, z oczami tak jasnymi, że wydawały się prawie białe. Miał może pięćdziesiąt lat, ale poruszał się sprężyście, młodo. Uśmiechnął się, widząc Samuela.
– Pan Wickham, jak mniemam. Nowy dziedzic. Witam, witam.
Głos miał głęboki, aksamitny, ale coś w nim nie grało. Jakaś fałszywa nuta, jakby aktor grał rolę bankiera.
– Kim pan jest? – zapytał Samuel szorstko.
– Nazywam się Jeremiah Culpepper. Reprezentuję bank w Kendal, ale również inne instytucje finansowe zainteresowane pańskim rodzinnym majątkiem. – Położył teczkę na stole, otworzył. – Przykro mi, że muszę to panu zakomunikować w takiej chwili, ale sprawy finansowe nie znają żałoby.

Samuel podszedł do stołu. W teczce leżały dokumenty, opieczętowane, podpisane, wyglądające bardzo oficjalnie.
– Pański wuj, Thomas Wickham, zaciągnął u nas liczne pożyczki – ciągnął Culpepper. – Część została spłacona, ale znaczna suma pozostaje do uregulowania. Ponadto istnieje stary dług, jeszcze z czasów pańskiego dziadka, który nigdy nie został…
– Stary dług? – przerwał Samuel. – Ten sprzed pięćdziesięciu lat?
Culpepper uniósł brew.
– Wie pan o nim? Doskonale. To uprości sprawę. Otóż ten dług, zgodnie z umową, przechodzi na spadkobierców. A ponieważ pański stryj zmarł bezpotomnie, pan staje się jedynym dłużnikiem.
Samuel poczuł, że robi mu się gorąco.
– To jakaś suma?
– Suma? – Culpepper zaśmiał się cicho. – Och, nie, nie suma. To… specyficzny dług. Nie pieniężny.
– Więc jaki?
Culpepper spojrzał na niego tymi swoimi bladymi oczami. Przez chwilę Samuel miał wrażenie, że patrzy w głąb niego, widzi rzeczy, których sam nie zna.
– Termin płatności przypada za trzy dni – powiedział cicho Culpepper. – W noc pełni księżyca. Proszę być gotowym.
– Gotowym do czego?
Ale Culpepper już zamykał teczkę. Wstał, ukłonił się sztywno.
– Wszystko zostanie wyjaśnione w odpowiednim czasie. Do widzenia panu.
I wyszedł, tak samo nagle, jak przyszedł. Powóz odjechał w deszcz, który znów zaczął padać.
Samuel stał jak wmurowany.
– Widział go pani? – zapytał Marthy.
Stała w kącie, drżąc.
– Widziałam. I niech mi pan wierzy, to nie jest człowiek z banku.
– A skąd pani wie?
– Bo bank w Kendal zamknięto dwadzieścia lat temu. Po pożarze. Wszystkie dokumenty spłonęły.
Samuel pobladł.
Więc kim był Jeremiah Culpepper?
I czego naprawdę chciał?
Rozdział 5
Resztę dnia spędził na przeglądaniu papierów. Nie mógł myśleć o niczym innym. Culpepper, dług, termin za trzy dni – to wszystko wirowało mu w głowie, mieszało się z ostrzeżeniami Marthy i listem Thomasa.
Znalazł więcej. Dziennik wuja, zapiski z ostatnich lat. Thomas pisał o nocach, kiedy nie mógł spać, bo słyszał głosy. O tym, jak pewnego razu obudził się w pokoju na końcu korytarza, choć nigdy tam nie wchodził. O tym, jak jego żona uciekła, nie mogąc znieść tego domu.
I o tym, że próbował negocjować z Pożyczkodawcami.
„Spotkałem się z nim w lesie, przy starym kamiennym kręgu. Mówił, że jeśli oddam to, co najcenniejsze, dług zostanie umorzony. Ale ja nie wiem, co to jest. Pytałem, a on tylko się uśmiechnął. Powiedział, że się dowiem, gdy przyjdzie czas. I że to będzie najtrudniejsza decyzja w moim życiu.”
Słońce zaszło, zanim skończył czytać. Deszcz ustał, ale niebo pozostało ciężkie, szare. Martha rozpaliła ogień, postawiła na stole miskę zupy.
– Niech pan je – powiedziała. – Sił trzeba.
– Co to jest, to najcenniejsze? – zapytał Samuel, nie patrząc na jedzenie. – Czy pani wie?
Martha usiadła naprzeciwko. Przez długą chwilę milczała.
– Myślę, że to miłość – powiedziała wreszcie. – Albo życie. Albo może coś, czego nie można dotknąć. Thomas myślał, że to pieniądze, że jeśli odda im wszystko, co ma, będą zadowoleni. Ale oni nie chcieli. Chcieli czegoś więcej.
– Czego?
– Jego samego. Może jego duszy. Może jego przyszłości. Może szansy na szczęście. Nie wiem. Ale wiem, że gdy Alistair zniknął, dom… dom oszalał z żalu. I że od tamtej pory coś w nim mieszka. Czeka.
Noc zapadła szybko.
Samuel postanowił, że tej nocy nie pójdzie spać. Będzie czuwał, nasłuchiwał, obserwował. Jeśli coś miało się wydarzyć, chciał być gotów.
Usiadł przy kominku, z dziennikiem Thomasa na kolanach. Ogień trzaskał, rzucając cienie. Martha poszła do swojej izby na dole, ale nie spała – słyszał, jak chodzi, przesuwa meble, szepcze coś do siebie.
Godziny mijały.
Około północy usłyszał to.
Muzyka.
Cicha, daleka, jakby grana na flecie. Płynęła skądś z góry, z tego skrzydła domu, gdzie był pokój na końcu korytarza.
Wstał. Świeca w jego dłoni drżała.
Poszedł.
Schody skrzypiały pod stopami, ale on szedł dalej, jak we śnie. Muzyka stawała się głośniejsza, wyraźniejsza. Nie był to flet – to był śpiew. Kilka głosów, wysokich, czystych, śpiewających bez słów, samą melodię.
Korytarz na górze był ciemny. Świeca oświetlała tylko niewielki krąg, za którym czaiła się czerń. Mijał kolejne drzwi – zamknięte, wszystkie zamknięte. Aż dotarł do tych na końcu.
Były uchylone.
Muzyka dobiegała stamtąd.
Położył dłoń na drewnie. Było ciepłe, jakby ktoś po drugiej stronie ogrzewał je dłońmi. Pchnął.
Drzwi otworzyły się bezszelestnie.
Pokój był pusty.

I nie był to pokój, który widział poprzedniej nocy. To była inna przestrzeń, większa, jaśniejsza. Ściany pokryte były gobelinami przedstawiającymi las, polowanie, tańczące postacie. Na środku stał stół zastawiony jedzeniem – pieczone mięsa, owoce, wino w kryształowych karafkach. I kwiaty. Wszędzie kwiaty, czerwone róże, tysiące czerwonych róż.
Muzyka umilkła.
Z cienia przy oknie wyszedł mężczyzna.
Młody, przystojny, ubrany w strój sprzed pięćdziesięciu lat. Miał ciemne oczy i bladą cerę. Usta wąskie, zacięte.
Twarz z portretu.
– Dziadku? – wyszeptał Samuel.
Mężczyzna uśmiechnął się.
– Witaj, wnuku. Czekałem na ciebie.
