Część 1: Głos z Przeszłości
(Kraków, 1928 rok)
Deszcz bębnił w szyby kancelarii jak niecierpliwe palce śmierci. Wiktor Różycki odłożył wieczne pióro i potarł zmarznięte dłonie. W piecu na węgiel drzewny żarzyły się już tylko pomarańczowe oczy, a wilgotny chłód jesieni wpełzał pod marynarkę, szczypiąc w kark. Pachniało starymi papierami, kurzem i samotnością. Kancelaria adwokacka przy ulicy Floriańskiej, odziedziczona po ojcu, była jego twierdzą, ale dziś wieczorem przypominała raczej grobowiec.
Na biurku, obok stosu dokumentów prawnych dotyczących błahej sprawy o naruszenie granic, leżała koperta. Gruba, z woskową pieczęcią. Przyszła z ranną pocztą, ale dopiero teraz, po całodziennych sporach sądowych w Sądzie Okręgowym, miał czas, by ją otworzyć. Nadawca: Kancelaria Notarialna Meecenasa Tadeusza Horowitza. Wiktor znał go – starzec, legenda krakowskiego palestry, który od lat nie przyjmował już nowych klientów.

Serce zabiło mu mocniej. Rozerwał kopertę. W środku znalazł krótki, maszynowy list i klucz. Mały, miedziany, z wytartą główką.
Szanowny Panie Mecenasie,
W związku z Pana rolą jako wykonawcy testamentu śp. Heleny z Bartelskich Wiśniewskiej, uprzejmie proszę o pilny kontakt. Ostatnia wola Zmarłej, spisana w mojej kancelarii, zawiera zapisy wymagające Pana wiedzy i zaangażowania. W załączeniu przesyłam klucz do skrytki bankowej w Banku Małopolskim, gdzie zdeponowano dodatkowe materiały, istotne dla zrozumienia całokształtu sprawy. Oczekuję na Pana w mojej kancelarii przy Rynku Głównym 4, jutro, o godzinie 10:00 rano. Sprawa wymaga dyskrecji. Z wyrazami szacunku, T. Horowitz.
Wiktor zmarszczył czoło. Helena Wiśniewska? Nazwisko obijało mu się o uszy, ale nie kojarzył go bezpośrednio. Jego ojciec, również adwokat, prowadził przed laty jakieś sprawy majątkowe dla rodziny Bartelskich. Może to dlatego? Jednak tytuł „wykonawcy testamentu” był zobowiązaniem poważnym. Oznaczał czuwanie nad podziałem majątku, windykację ewentualnych długów, egzekucję zapisów – istną procedurę cywilną w pigułce. I to dla kogoś, kogo nawet nie znał.
Spojrzał na klucz. Był lodowaty w dotyku, jakby leżał nie w kopercie, a wprost w czyimś zimnym uścisku dłoni. Dom był cichy. Za cichy. Deszcz nagle ustał, a cisza, która zapadła, była ciężka jak całun. Wiktor podszedł do okna. Na zewnątrz, w pomarańczowej poświacie gazowych latarni, zobaczył postać. Mężczyzna w czarnym, długim płaszczu i kapeluszu z opuszczonym rondem stał pod latarnią naprzeciwko, wpatrzony w okna jego kancelarii. Stał bez ruchu. Kamienny. Jakby czekał.
Wiktor instynktownie cofnął się o krok, zasłaniając firankę. Gdy po chwili wyjrzał ponownie, miejsce pod latarnią było puste.
—
Następnego dnia, punktualnie o dziesiątej, Wiktor wchodził do mrocznej, pachnącej cygarami kancelarii mecenasa Horowitza. Stary notariusz przywitał go skinieniem głowy spod ciężkich, aksamitnych firanek, które odcinały wnętrze od gwaru Rynku.
– Panie Różycki, dziękuję za przybycie. Sprawa jest… niezwykła. – Horowitz mówił cicho, z trudem. Jego dłoń, pokryta plamami starczymi, drżała, gdy podsuwał Wiktorowi gruby plik dokumentów. – Oto testament śp. Heleny Wiśniewskiej. Proszę.
Wiktor zaczął czytać. Testament był wzorowo sporządzony. Zmarła, zamożna wdowa bez dzieci, zapisywała swoją willę na krakowskim Salwatorze oraz pokaźną sumę pieniędzy swojemu dawnemu służącemu, Piotrowi Jabłońskiemu. Resztę majątku – papiery wartościowe i biżuterię – przeznaczała na cele dobroczynne. Wszystko wydawało się proste i klarowne. Aż do ostatniego paragrafu.
„…Niniejszym ustanawiam wykonawcą mojego testamentu Wiktora Różyckiego, adwokata w Krakowie, syna śp. Adama Różyckiego, któremu powierzam również zadanie szczególne. W zamurowanej wnęce, znajdującej się za obrazem przedstawiającym Zwiastowanie w mojej sypialni, w willi przy ul. św. Bronisławy, ukryta jest skrytka. Zawiera ona przedmiot, który należy dostarczyć, wraz z moim listem (załączonym do dokumentów), pod wskazany adres, bezzwłocznie po otwarciu testamentu. Jest to moja ostatnia wola i prośba, od spełnienia której uzależniam ważność wszelkich innych zapisów.”
Wiktor podniósł wzrok. Horowitz patrzył na niego badawczo.
– Skrytka? List? – Wiktor poczuł ukłucie ekscytacji. – Nie ma tu mowy o żadnych roszczeniach spadkowych ze strony rodziny? O sporach?
– Rodzina? – Horowitz uśmiechnął się blado. – Pani Helena była ostatnia z rodu Bartelskich. Jej mąż zmarł przed dziesięciu laty. Nie ma bliskich krewnych. Jest za to… – zawahał się. – Jest za to ten służący, Piotr Jabłoński. To jemu przypadnie willa. I to on, być może, będzie chciał wiedzieć, co pan znajdzie w tej skrytce. Proszę być ostrożnym, panie mecenasie. Nie znamy jego charakteru.
Wiktor skinął głową, chowając dokumenty do teczki. Wyszedł na Rynek. Słońce próbowało przedrzeć się przez chmury, ale Wiktor czuł na karku ten sam chłód, co poprzedniego wieczoru. Postanowił od razu udać się do willi przy ulicy św. Bronisławy.
—
Willa stała na uboczu, otoczona zaniedbanym ogrodem. Powojniki pięły się po omszałych murach, a liście klonów zasypały kamienne schody. Wiktor nacisnął dzwonek. Długo nikt nie otwierał. W końcu drzwi uchyliły się z cichym skrzypnięciem.
W progu stał mężczyzna około pięćdziesiątki, w prostej, ale czystej koszuli. Miał pociągłą, inteligentną twarz i przenikliwe, szare oczy. To musiał być Piotr Jabłoński.
– Pan mecenas Różycki? – zapytał cicho. Jego głos był spokojny, pozbawiony emocji. – Proszę wejść. Pani Helena mówiła mi, że pan przyjdzie.
– Mówiła? – zdziwił się Wiktor. – Ale przecież… nie żyje od tygodnia.
– Powiedziała mi to na tydzień przed śmiercią – odparł Jabłoński, wpuszczając Wiktora do środka. Wnętrze willi pachniało lawendą i wilgotnym tynkiem. Skrzypiała podłoga, a w kątach czaiły się cienie. – Prosiła, bym nie dotykał niczego w jej sypialni. I bym wpuścił pana, gdy pan przyjdzie. Tędy proszę.
Poprowadził Wiktora po kręconych schodach na piętro. Na korytarzu zatrzymali się przed ciężkimi, dębowymi drzwiami. Jabłoński otworzył je i cofnął się.
Wiktor wszedł do sypialni. Powietrze było tu ciężkie, stęchłe. Na ścianie, nad ogromnym łożem z baldachimem, wisiał obraz. Zwiastowanie. Anioł w bieli pochylał się nad klęczącą Marią. Był piękny, ale i niepokojący – twarz anioła miała w sobie coś demonicznego.

Wiktor podszedł do obrazu. Był ciężki. Zdjął go z haka. Za nim, na tapecie, rysowała się ledwo widoczna linia – kontur drzwiczek. Zamurowane? Nie. To była drewniana klapka, pomalowana tak, by zlewała się ze ścianą. Wiktor nacisnął i klapka ustąpiła z cichym kliknięciem. W środku, w płytkiej wnęce, leżała tylko jedna rzecz: mała, drewniana szkatułka, inkrustowana masą perłową.
Wiktor wyjął ją. Była ciepła, jakby ktoś trzymał ją jeszcze przed chwilą w dłoniach. Otworzył.
W środku, na aksamitnej wyściółce, spoczywał złoty medalion na łańcuszku i koperta. Wziął medalion do ręki. Był ozdobiony inicjałami: A. B. Otworzył go. W środku, po jednej stronie, znajdowała się miniaturowa fotografia młodego mężczyzny w mundurze z czasów Wielkiej Wojny, a po drugiej – kosmyk jasnych włosów.
Nagle usłyszał za sobą szelest. Odwrócił się gwałtownie. W drzwiach sypialni stał Jabłoński. Jego szare oczy wpatrywały się w medalion w dłoni Wiktora.
– Więc to prawda – szepnął służący. – Ona go nigdy nie oddała. Znalazł pan coś jeszcze, panie mecenasie? Jakiś list?
Wiktor skinął głową, wkładając medalion do kieszeni i chowając list do teczki. Czuł, że atmosfera w pokoju zgęstniała.
– To wszystko na razie, panie Jabłoński – powiedział sucho. – Wkrótce skontaktuję się w sprawie formalności związanych z Pana spadkiem.
Wyszedł z willi szybkim krokiem. Dopiero na ulicy odetchnął głębiej. Wyjął list. Był zaadresowany do niego, Wiktora Różyckiego. Rozerwał kopertę. W środku znajdowała się kartka, a na niej, atramentem, który miejscami wyblakł, widniały słowa:
Drogi Panie Wiktorze,
Jeśli Pan to czyta, znaczy, że wypełnił Pan moją prośbę. Medalion należy do mężczyzny z fotografii. Nazywa się Adam Różycki. Był moją wielką miłością. I, jak sądzę, Pana ojcem. Proszę go odnaleźć. On żyje. I potrzebuje Pana pomocy bardziej, niż ktokolwiek inny. To wszystko, co po mnie zostało. Helena.
Wiktor zamarł. List wypadł mu z rąk. Jego ojciec? Adam Różycki nie żył od pięciu lat. Zmarł na atak serca w swojej kancelarii. Wiktor sam go znalazł. To było niemożliwe.
Schylił się po list, a gdy się wyprostował, na końcu ulicy, pod latarnią, zobaczył tę samą postać w czarnym płaszczu. Mężczyzna stał i patrzył wprost na niego.
Tym razem Wiktor nie czekał. Rzucił się biegiem w tamtą stronę, ale gdy dobiegł do latarni, nikogo tam nie było. Tylko deszcz zaczął padać, zacierając wszelkie ślady.
Z medalionem w kieszeni, który nagle zaczął ciążyć mu jak kamień, Wiktor zrozumiał, że sprawa spadkowa Heleny Wiśniewskiej to tylko zasłona dymna. Prawdziwe śledztwo dopiero się zaczynało.
[KONIEC CZĘŚCI 1]
Czy jego ojciec naprawdę żyje? Kim jest mężczyzna w czarnym płaszczu?
