Reklama

Testament zza Grobu

(Kraków, 1928 rok)Deszcz bębnił w szyby kancelarii jak niecierpliwe palce śmierci. Wiktor Różycki odłożył wieczne pióro i potarł zmarznięte dłonie. W piecu na węgiel drzewny żarzyły się już tylko pomarańczowe oczy, a wilgotny chłód jesieni wpełzał pod marynarkę, szczypiąc w kark. Pachniało starymi papierami, kurzem i samotnością. Kancelaria adwokacka przy ulicy Floriańskiej, odziedziczona po ojcu, była jego twierdzą, ale dziś wieczorem przypominała raczej grobowiec.

Część 3: Spowiedź w Cieniu Krzyża

Wnętrze klasztoru pachniało kadzidłem, starym drewnem i wilgotnym kamieniem. Szli w milczeniu długim, sklepionym korytarzem, oświetlonym tylko migoczącymi płomieniami oliwnych lamp. Cienie tańczyły na ścianach, a odgłos ich kroków odbijał się echem, jakby szli za nimi jacyś niewidzialni towarzysze. Wreszcie ojciec Adam – bo tak kazał się nazywać – otworzył drzwi do małej, ascetycznej celi. Był w niej tylko drewniany tapczan, klęcznik, krucyfiks i mały piecyk żeliwny, w którym trzeszczał ogień.

– Siadaj – powiedział miękko, wskazując na taboret. Sam usiadł na tapczanie. Przez długą chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. Wiktor przyglądał się jego dłoniom – tym samym, które uczyły go pisać, które klepały go po ramieniu. Teraz były poorane, stwardniałe od pracy fizycznej.

– Mów – rzucił w końcu Wiktor, a jego głos był zimny jak tafla zamarzniętego stawu. – Mów, dlaczego skazałeś matkę na łzy, a mnie na dorastanie bez ojca.

Adam Różycki westchnął głęboko, jakby dźwigał na ramionach ciężar całego świata.

Konfrontacja ojca i syna w surowych wnętrzach klasztoru Benedyktynów. Trudne rozmowy o błędach młodości, długach honorowych i ucieczce przed wierzycielami. Ta scena pokazuje, jak przeszłość potrafi rzucić cień na życie kolejnych pokoleń adwokatów.

– To wszystko zaczęło się dawno temu, jeszcze przed twoim urodzeniem – zaczął cicho. – Prowadziłem kancelarię, jak i ty teraz. Ale oprócz porad prawnych dla uczciwych ludzi, zdarzało mi się… doradzać także tym, którzy balansowali na granicy prawa. Byłem młody i głupi. Myślałem, że jestem sprytniejszy od wszystkich.

– Komu doradzałeś? – przerwał Wiktor.

– Była to grupa… inwestorów – uśmiechnął się gorzko Adam. – Nazwijmy ich tak. Prowadzili interesy na granicy lichwy i oszustwa. Ja pomagałem im układać umowy cywilne, tak by były zgodne z literą prawa, ale omijały jego ducha. Za dobre pieniądze. W końcu uwikłałem się w coś, z czego nie było już wyjścia. Oni… sfinansowali mój zakup willi, tej na Salwatorze. Miałem być ich człowiekiem w Krakowie, ich „legalną” twarzą.

– I dlatego przepisałeś willę na Helenę? Bo zacząłeś ich oszukiwać?

– Nie tyle oszukiwać, co chciałem się uwolnić – odparł Adam. – Poznałem Helenę. Zakochałem się. Ona była dobra, czysta. Nie chciałem, by miała cokolwiek wspólnego z moim brudnym światem. Gdy zagrożenie ze strony „inwestorów” stało się zbyt realne, gdy zaczęli grozić mnie i twojej matce, wymyśliłem plan. Upozorowałem własną śmierć. „Sprzedałem” willę Helenie za symboliczną złotówkę, by ukryć majątek przed ich egzekucją długów. Myślałem, że to ich zmyli. Że pójdą za moim „trupem”. Uciekłem tutaj, do klasztoru. Przeor znał prawdę. Dał mi schronienie.

– Ale oni nie dali za wygraną – domyślił się Wiktor. – Przez te wszystkie lata szukali…

– Szukają do dziś – przerwał mu ojciec. – Nie wiedzą, że żyję, ale nigdy nie przestali wierzyć, że gdzieś ukryłem pieniądze, które im rzekomo ukradłem. To nieprawda, Wiktor. Te pieniądze dawno przepadły w nieudanych interesach. Ale oni są uparci. A teraz, po śmierci Heleny, musieli się zorientować, że coś jest nie tak. Testament, skrytka… musieli śledzić ciebie.

– Dwóch w czarnych płaszczach – szepnął Wiktor. – Napadli na Jabłońskiego. Szukali medalionu i listów.

– To oni – oczy Adama zwęziły się. – Jeden z nich ma bliznę na policzku. Nazywa się Szulc. To ich egzekutor. Bezwzględny człowiek. Wiktor, oni nie cofną się przed niczym. Teraz, gdy mają ciebie na celowniku…

Nagle w celi zrobiło się zimniej. Wiktor wstał i podszedł do małego, zamkniętego okiennnicą okna. Odsunął drewnianą zasuwę i wyjrzał przez szybę. Na zewnątrz, na klasztornym dziedzińcu, w śnieżnej zadymce, dostrzegł dwa czarne cienie. Stały pod murem, nieruchome, wpatrzone w okna.

– Są tutaj – powiedział głucho.

Adam podszedł do niego. Jego twarz stężała.

– Wiedzą, że tu jesteś. Śledzili cię od samego Krakowa. To moja wina. Naraziłem cię.

– Dość tego – Wiktor odwrócił się od okna, a w jego oczach zapłonął gniew. – Nie będę uciekał jak ty. Jestem prawnikiem. Mam dowody: listy, akt notarialny, który dowodzi symulacji. To oni są przestępcami, a nie ty. Twoim jedynym błędem był strach. Ale ja się nie boję.

– Nie znasz Szulca – ostrzegł Adam. – On nie gra według zasad. Dla niego prawo to tylko kartka papieru.

– To on nie zna mnie – odparł Wiktor stanowczo. – I nie zna krakowskiej Temidy.

Przez resztę nocy ojciec i syn opracowywali plan. Adam zdradził mu nazwiska całej siatki, miejsca, gdzie „inwestorzy” przechowywali swoje nielegalne aktywa, nazwiska skorumpowanych urzędników, którzy byli na ich usługach. Wiktor notował wszystko w swoim notesie. Gdy świt zaczął szarzeć za oknami, mieli już gotową broń. Nie była to broń palna, ale dokumenty prawne, zeznania, fakty. Arsenał, którym Wiktor potrafił się posługiwać lepiej niż rewolwerem.

– Pojadę do Krakowa – oznajmił Wiktor. – Złożę doniesienie do prokuratury. Załączymy twoje zeznania. To zamknie ich na długie lata. Musisz tylko zostać tutaj i być bezpiecznym.

– A jeśli spróbują cię powstrzymać, zanim dotrzesz do prokuratora? – zapytał Adam z niepokojem.

– Wtedy – Wiktor położył dłoń na kieszeni, w której czuł ciężar rewolweru – będę musiał zagrać według ich zasad. Ale wierz mi, ojcze, wołałbym tego uniknąć.

Otworzył drzwi celi. Na korytarzu stał brat furtian, ten sam staruszek. W jego łagodnych oczach czaił się niepokój.

– Synu – szepnął. – Ci ludzie w czerni… odjechali przed godziną. Ale nie w stronę Krakowa. Pojechali na wschód. W stronę granicy.

Wiktor i Adam wymienili spojrzenia.

– Dokąd oni jadą? – zapytał Wiktor.

Ojciec pobladł.

– Granica… – szepnął. – Oni mają tam swoją kryjówkę. I mają tam coś, czego szukają od lat. Nie pieniądze. Dowód. Akt własności willi. Oryginał. Helena, naiwna, myślała, że przechowując go w swoim banku, jest bezpieczny. Ale jeśli oni się o tym dowiedzieli… Jeśli pojechali po ten dokument, by go zniszczyć… Wtedy mój dowód symulacji przepadnie. Będzie tylko akt sprzedaży. Willa prawnie należała do Heleny, a teraz do Jabłońskiego. Moje zeznania bez dowodu będą gołosłowne.

Wiktor poczuł, jak zaciska mu się żołądek. Gra wchodziła w decydującą fazę. Musiał ich powstrzymać, zanim dotrą do banku w przygranicznym miasteczku.

– Masz konie? – zapytał furtiana.

– Stajnia jest za klasztorem – odparł staruszek. – Ale to dzikie tereny. Śnieżyca.

Brawurowa pogoń konna przez zaśnieżone Tatry w kierunku granicy. Ekstremalne warunki pogodowe i walka z czasem, by uratować kluczowe dowody w sprawie. Wyścig o sprawiedliwość, w którym stawką jest dobre imię rodziny Różyckich.

– Tym lepiej – Wiktor zapiął płaszcz. – W śnieżycy trudniej trafić. Ale i trudniej gonić. Nie mam czasu do stracenia.

Ojciec Adam położył mu dłoń na ramieniu. Tym razem Wiktor jej nie strącił.

– Uważaj na siebie, synu. I pamiętaj… – zawahał się. – Pamiętaj, że cię kocham. Zawsze kochałem.

Wiktor skinął głową, nie oglądając się za siebie. Wsiadł na konia, którego wyprowadził mu zakonnik, i ruszył w białą, szalejącą zamieć.

[KONIEC CZĘŚCI 3]

Czy Wiktor dogoni Szulca w śnieżycy? Czy uda mu się uratować kluczowy dowód?

Reklama

Najnowsze

Reklama
Poprzedni artykuł
Następny artykuł

Zobacz podobne:

Reklama