Część 2: Cień Ojca
Noc po wizycie w willi była koszmarem. Wiktor leżał w swoim mieszkaniu przy ulicy Karmelickiej, wpatrzony w sufit, a każdy skrzypiący schód na klatce schodowej sprawiał, że jego dłoń zaciskała się na zimnym czole rewolweru, który trzymał w szufladzie nocnego stolka. Medalion leżał obok niego. Wziął go do ręki, ponownie otworzył. Młody mężczyzna w mundurze patrzył na niego oczami, które znał z dzieciństwa. To były oczy jego ojca. Nie było wątpliwości. Ale jak to możliwe?
Następnego dnia, zamiast iść do kancelarii, udał się do Banku Małopolskiego. Klucz od Horowitza pasował do skrytki numer 7. W podziemnym, wyłożonym marmurem sejfie, znalazł kolejną kopertę, większą i cięższą. W środku, oprócz pliku starych listów przewiązanych wstążką, leżał akt notarialny. Wiktor rozłożył go na zimnej, metalowej płycie. To była umowa cywilna sprzed dwudziestu trzech lat. Dotyczyła sprzedaży willi przy ulicy św. Bronisławy. Sprzedający: Adam Różycki. Kupująca: Helena z Bartelskich Wiśniewska. Cena sprzedaży: symboliczna złotówka.

Pod spodem, dopisany innym atramentem, widniał aneks: „Strony zgodnie oświadczają, że transakcja ma charakter pozorny, a rzeczywistym celem jest zabezpieczenie majątku przed wierzycielami Adama Różyczkiego, prowadzącego działalność gospodarczą. W momencie ustania zagrożenia, nieruchomość podlega nieodpłatnemu zwrotowi na rzecz zbywcy lub jego spadkobierców.”
Wiktor gwizdnął cicho. To była symulacja. Jego ojciec, szanowany adwokat, dopuścił się oszustwa, by ukryć majątek przed windykacją komorniczą. Ale dlaczego? I dlaczego willa nigdy nie wróciła do rodziny? Bo ojciec „umarł”? A może dlatego, że Helena, kobieta którą kochał, nie chciała jej oddać?
Listy. Rozwiązał wstążkę. Były to listy miłosne. Ojca do Heleny. Pełne czułości, obietnic, ale i tajemniczych wzmianek o „długu honorowym”, o „ludziach, którzy nie odpuszczą”, o „konieczności zniknięcia”. W ostatnim liście, datowanym na tydzień przed oficjalną śmiercią ojca, Wiktor przeczytał: „Heleno, muszę to zrobić. Oni są wszędzie. To jedyny sposób, by was chronić. Dla świata będę martwy. Dla Ciebie, zawsze żywy. Zaopiekuj się chłopcem, jeśli zajdzie potrzeba. Adam.”
Chłopcem. Mną. Wiktor poczuł, jakby ziemia usunęła mu się spod nóg. Jego ojciec nie umarł na atak serca. Uciekł. Upozorował własną śmierć, by uchronić rodzinę przed jakimś śmiertelnym niebezpieczeństwem.
Z listami w teczce wybiegł z banku. Musiał znaleźć Jabłońskiego. Służący musiał wiedzieć więcej. Gdy dotarł pod willę, drzwi były otwarte. Uchylił je i wszedł do środka. W środku panował chaos. Meble były poprzewracane, szuflady powyciągane, a na podłodze, w kałuży rozlanego atramentu, leżał Piotr Jabłoński.
Wiktor rzucił się do niego. Służący żył, ale miał rozciętą głowę. Oczy otworzył z trudem.

– Pan… mecenas… – wycharczał. – Przyszli… po medalion… i listy… Myśleli, że je mam… ale pan je zabrał…
– Kto?! Kto to zrobił, panie Jabłoński?! – krzyknął Wiktor.
– Nie wiem… dwóch… w czarnych płaszczach… – jęknął. – Jeden miał bliznę… na policzku… Szukali… czegoś więcej… Mówili o „spadku”… o „roszczeniu”…
– Wezwę pomoc – powiedział Wiktor, ale Jabłoński chwycił go za rękaw z nieoczekiwaną siłą.
– Nie… Nie teraz… Proszę posłuchać… Pani Helena… przed śmiercią… mówiła o Panu… o Pana ojcu… Mówiła, że on… ukrywa się… w klasztorze… w Tatrach… U Benedyktynów w Starym Sączu… To wszystko, co wiem… Niech Pan jedzie… Ja… przeżyję…
Głowa Jabłońskiego opadła. Wiktor posadził go wygodniej, podłożył mu pod głowę poduszkę z kanapy, po czym wybiegł na poszukiwanie pomocy. Wezwał dorożkarza i kazał jechać po policję i lekarza. Sam jednak nie został. Wsiadł na najbliższy pociąg do Starego Sącza.
—
Podróż minęła mu w gorączkowym półśnie. Widział przed oczami twarz ojca z fotografii, potem jego martwą twarz w trumnie – zamkniętą, woskową, jaką zapamiętał z pogrzebu. Oszustwo? Czy tamten trup w trumnie w ogóle był jego ojcem?
W Starym Sączu było już ciemno i zimno. Padał śnieg z deszczem. Wiktor wynajął sanie i kazał się wieźć do klasztoru Benedyktynów. Otoczony murami, na wzgórzu, wyglądał jak twierdza. U bramy przyjął go brat furtian, staruszek o łagodnych oczach.
– Szukam kogoś… – Wiktor zawahał się. – Szukam swojego ojca. Nazywa się Adam Różycki. Ukrywa się tu, jak sądzę, pod przybranym imieniem.
Furtian spojrzał na niego długo, po czym skinął głową.
– Proszę zaczekać. – Zniknął za ciężkimi, dębowymi drzwiami.
Wiktor stał na wietrze, drżąc z zimna i napięcia. Po kilku minutach, które zdawały się trwać wieczność, drzwi uchyliły się. W progu stanął wysoki, szczupły mężczyzna w habicie. Miał siwe, krótko przystrzyżone włosy i głębokie zmarszczki wokół ust. Ale oczy… te oczy były takie same. Zmęczone, ale przenikliwe, szare jak u Jabłońskiego, jak u niego samego.
– Wiktor – powiedział cicho mężczyzna. Jego głos był inny, schrypnięty, ale miała w sobie tę samą ciepłą, ojcowską nutę, którą Wiktor pamiętał z dzieciństwa. – Wiedziałem, że kiedyś przyjdziesz. Helena ci posłała?
Wiktor nie odpowiedział. Patrzył na niego, na tego obcego w habicie, który był jego ojcem. Wszystkie pytania, które kotłowały mu się w głowie przez ostatnie dni, uciekły. Została tylko pustka i zimny gniew.
– Umarłeś – wykrztusił w końcu. – Płakałem na twoim pogrzebie.
– Wiem, synu – Adam Różycki opuścił wzrok. – I nie masz pojęcia, jak bardzo mnie to zabolało. Ale nie miałem wyboru. Chodź. Tutaj, na wietrze, nie będziemy rozmawiać. Chodź do środka. Wyjaśnię ci wszystko.
Wiktor, czując, że stąpa po kruchym lodzie, przekroczył próg klasztoru. Drzwi zamknęły się za nim z głuchym, nieodwołalnym dźwiękiem.
[KONIEC CZĘŚCI 2]
Kim byli „oni”, przed którymi uciekał ojciec? Czy Wiktor mu wybaczy?
