CZĘŚĆ TRZECIA: KRAINA POD WZGÓRZEM
Rozdział 6
Samuel cofnął się o krok, ale drzwi za nim zniknęły.
Nie było ich. Tam, gdzie przed chwilą znajdowało się wyjście, teraz była tylko ściana, pokryta gobelinem z tańczącymi postaciami. Postaciami, które poruszały się – naprawdę poruszały, przesuwały w takt niesłyszalnej muzyki.
– Nie bój się – powiedział Alistair Wickham. Głos miał głęboki, spokojny. – To tylko sen. Jesteś u mnie w gościnie.
– Gdzie jestem?
– W Krainie pod Wzgórzem. W domu Pożyczkodawców. Ale dla nas, Wickhamów, to także dom. Na zawsze.
Alistair podszedł do stołu, nalał wina do kryształowego kielicha. Podał Samuelowi.
– Napij się. To nie zatruje cię. Tutaj nic nie może cię skrzywdzić. Na razie.
Samuel nie przyjął wina. Stał sztywno, wpatrując się w dziadka.
– Zniknąłeś pięćdziesiąt lat temu. Zostawiłeś żonę, dzieci, długi. I ten symbol. Po co?
Alistair uśmiechnął się smutno.
– Myślisz, że miałem wybór? Przyszedł czas spłaty. Oddałem to, co najcenniejsze. Siebie.
– I żyjesz tu? Pięćdziesiąt lat?
– Żyję. I umieram, codziennie, trochę. To nie jest życie, Samuelu. To jest… oczekiwanie. Na kolejnego Wickhama. Na ciebie.
Samuel poczuł, że robi mu się zimno.
– Mówisz, że mam zostać tu z tobą? Zamiast ciebie?
– Nie zamiast mnie. Ze mną. My wszyscy, Wickhamowie, którzy nie spłacili długu, mieszkamy tutaj. Jest nas czterech. Twój pradziadek, jego ojciec, ja, a niedługo dołączy Thomas. I ty.
– Thomas żyje?
– Thomas jest tutaj od tygodnia. Przyszedł w nocy, gdy umarł. Myślał, że ucieknie przed długiem śmiercią. Ale śmierć nie zwalnia z umowy. Przychodzi się tutaj. Na zawsze.
Alistair wskazał gobelin. Samuel spojrzał uważniej.
Postacie tańczyły, ale ich twarze… Ich twarze były znajome. Ten starszy mężczyzna z brodą, ten młody chłopak, ten w średnim wieku – wszyscy mieli rysy Wickhamów. Wszyscy patrzyli na niego oczami pełnymi bólu.
– Są uwięzieni w gobelinie?
– Jesteśmy uwięzieni w tym pokoju. Gobelin to tylko… obraz naszego losu. Ale my jesteśmy tutaj, naprawdę. Czekamy na ciebie, byśmy mogli… byśmy mogli być razem.
– Nie! – krzyknął Samuel. – Nie zostanę! Musi być jakiś sposób, by spłacić dług inaczej!
Alistair pokręcił głową.
– Próbowałem. Przez pięćdziesiąt lat próbowałem negocjować. Oni nie słuchają. Oni czekają. I biorą to, co im się należy. A należy im się każdy Wickham, który odziedziczy ten dom.
– Więc zniszczę dom! Spalę go!
– Nie możesz. Dom nie jest z drewna i kamienia. Dom jest z nas. Z naszej krwi. Dopóki żyje choć jeden Wickham, dom stoi. I czeka.
Samuel opadł na krzesło. Wino w kielichu mieniło się czerwienią, jak krew.
– Zostały mi trzy dni – wyszeptał.
– Dwa – poprawił go Alistair. – Tu czas płynie inaczej. Noc, którą tu spędzisz, to rok w tamtym świecie. Jeśli zostaniesz do świtu, wrócisz za późno. Termin minie.
Samuel zerwał się.
– Muszę wracać!
– Nie możesz. Drzwi zniknęły. Otworzą się tylko dla ciebie, gdy podejmiesz decyzję.
– Jaką decyzję?
Alistair spojrzał mu prosto w oczy.
– Możesz zostać. I dołączyć do nas na wieczność. Albo możesz… możesz oddać coś innego.
– Co?
– Nie wiem. Nikt nie wie. To musi przyjść z ciebie. To, co najcenniejsze. Coś, co kochasz bardziej niż życie. Coś, bez czego nie możesz żyć.
Samuel milczał.
Nie miał nikogo. Rodzice nie żyli, rodzeństwo – żadnego. Przyjaciele? Kilku znajomych z Londynu, ale czy kogoś naprawdę kochał? Nie. Był sam. Od zawsze.
– Nie mam nic – powiedział cicho. – Nikogo.
Alistair pokiwał głową.
– Wiem. To dlatego wybrali ciebie. Łatwiej zabrać tego, kto nie ma nic do stracenia.
Z gobelinu dobiegł szmer. Postacie przestały tańczyć. Wszystkie twarze zwróciły się w ich stronę.
I wtedy Samuel usłyszał głos.
Głos, który wołał go po imieniu.
Nie stąd. Z tamtej strony. Z domu.
Martha.
Rozdział 7
Obudził się na podłodze w korytarzu.
Było zimno, ciemno, deszcz wciąż padał. Leżał twarzą do drzwi pokoju na końcu korytarza. Były zamknięte. Zwyczajnie, solidnie zamknięte, jakby nigdy się nie otwierały.
– Panie Wickham! Panie Wickham!
Martha biegła po schodach, świeca w jej dłoni migotała.
– Na litość boską, co pan tu robi? Znalazłam pana nieprzytomnego na progu!
Samuel podniósł się z trudem. Ciało miał obolałe, jakby spał na kamieniach. Ale głowę miał czystą, jasną.
– Śniło mi się – powiedział. – Alistair. Byłem u niego.
Martha pobladła.
– Niech pan nie mówi takich rzeczy. Niech pan nie myśli o tym pokoju.
– To nie był sen, prawda?
Martha odwróciła wzrok.
– Nie wiem. Nikt nie wie. Ci, którzy tam weszli, nie wracali. A jeśli wracali, to nie byli sobą.
Samuel wstał. Kolana mu drżały.
– Był tam. Mówił o długu. O tym, że Thomas też tam jest. I że zostały mi dwa dni.
– Dwa dni? – powtórzyła Martha. – Ale termin jest za trzy dni. Dziś, jutro, pojutrze. Za trzy dni pełnia.
– On mówił, że tam czas płynie inaczej. Że ta jedna noc to rok.
Martha zamyśliła się.
– Jeśli tak, to znaczy, że ma pan tylko dwa dni. Jutrzejsza noc i pojutrzejsza. A w trzeciej… w trzeciej przyjdą po pana.
Zeszli na dół. Ogień w kominku prawie wygasł, Martha dorzuciła drew. Samuel usiadł, wpatrując się w płomienie.
– Muszę znaleźć sposób. Muszę wiedzieć, co to jest, to najcenniejsze. I muszę to oddać, zanim będzie za późno.
– Ale co to może być? – zapytała Martha. – Dla jednych najcenniejsze są pieniądze. Dla innych rodzina. Dla jeszcze innych wolność.
– Alistair mówił, że to musi przyjść ze mnie. Coś, co kocham bardziej niż życie.
– I nie ma pan nic? Nikogo?
Samuel pokręcił głową.
– Byłem sam zawsze. Praktyka w Londynie, klienci, sprawy. To wypełniało mi czas. Ale nie kochałem tego. Nie tak.
Martha patrzyła na niego długo.
– To może chodzi o coś innego. Nie o kogoś. O coś.
– O co?
– Nie wiem. Ale jeśli to ma przyjść z pana, to może pan musi sam to odkryć. Może to… może to pańska przyszłość. Szansa na szczęście, której jeszcze nie zaznał. Albo marzenia. Albo wiara.
Samuel milczał. W głowie kotłowały mu się myśli.
Nagle wstał.
– Muszę jechać do Kendal.
– Po co?

– Do banku. Prawdziwego. Jeśli Culpepper kłamał, że bank spłonął, to może w tamtym banku są jakieś papiery. Informacje o tej umowie. Może jest sposób, by ją unieważnić.
– Ale bank spłonął – powiedziała Martha cicho. – Dwadzieścia lat temu. Wszystko spłonęło.
– A jeśli nie? Jeśli Culpepper skłamał? Jeśli bank istnieje, tylko gdzie indziej?
Martha wzruszyła ramionami.
– Nawet jeśli, to nie zdąży pan. Kendal jest daleko, dzień drogi. Wróci pan dzień przed terminem.
– To i tak lepsze niż siedzenie i czekanie.
Spojrzała na niego. W jej oczach błysnęło coś, czego nie umiał nazwać. Może nadzieja. Może strach.
– Niech pan jedzie. Ja zostanę i… i postaram się dowiedzieć więcej.
– Jak?
– Są stare księgi. W piwnicy. Rzeczy, których Thomas nie chciał palić. Może tam znajdę odpowiedź.
Samuel skinął głową. Podał jej rękę, a ona uścisnęła ją suchymi, gorącymi palcami.
– Niech pan wraca – szepnęła. – I niech pan nie ufa Culpepperowi. Kimkolwiek jest, nie jest naszym sprzymierzeńcem.
Rozdział 8
Podróż do Kendal była koszmarem.
Deszcz lał nieprzerwanie, drogi rozmokły, koń, którego pożyczył od chłopa z wioski, ledwo ciągnął. Samuel przemókł do suchej nitki, zmarzł, głodny był, ale jechał dalej, zaciskając zęby.
Myślał o Alistairze. O Thomasie. O gobelinie z tańczącymi postaciami.
I o tym, co miał oddać.
Nie miał rodziny, nie miał ukochanej, nie miał przyjaciół. Miał tylko siebie. Swoje życie. Swoją przyszłość.
Czy to miało być to? On sam?
Ale przecież Alistair oddał siebie i wciąż tam był, uwięziony. Więc nie o to chodziło.
Może chodziło o coś bardziej abstrakcyjnego. O pamięć. O tożsamość. O duszę.
W Kendal dotarł późnym popołudniem. Miasto było większe niż się spodziewał, zabudowane kamienicami, z rynkiem pośrodku. Spytał o bank.
– Bank? – zdziwił się kupiec, u którego kupił chleb. – Był jeden, ale spłonął dawno temu. Teraz pieniądze trzymamy u siebie albo u złotnika.
– A gdzie stał ten stary bank?
Kupiec wskazał ulicę.
– Na rogu, przy kościele. Ale tam teraz ruina. Nic nie zostało.
Samuel podziękował i poszedł we wskazanym kierunku.
Rzeczywiście – na rogu stały zwęglone mury, resztki budynku, który strawił ogień. Dachu nie było, okna puste, w środku rosły chwasty.
Wszedł do środka. Kamienna posadzka była popękana, wszędzie walały się resztki drewna, pogięte żelazne pręty. Przez dziurę w dachu padał deszcz, tworząc kałuże.
I wtedy to zobaczył.
W rogu, pod stosem gruzu, coś błyszczało.
Podszedł, odrzucił kilka kawałków drewna. To była skrzynka. Niewielka, metalowa, okuta, z zamkiem. Na wieku widniał symbol – koło w trójkącie.
Serce zabiło mu mocniej.
Podważył wieko. Było luźne, zamek dawno złamany. Otworzył.
W środku leżały papiery. Nie spalone, nie zniszczone, jakby ktoś je uratował przed ogniem i schował. I list, zaadresowany do niego.
„Dla Samuela Wickhama, spadkobiercy”
Drżącymi rękami otworzył.
Był to list od Thomasa.
„Bracie (bo choć jesteśmy spowinowaceni, czuję, że mogę cię tak nazywać),
Jeśli to czytasz, znaczy, że Martha cię przysłała, albo sam trafiłeś do Kendal. Wiedziałem, że tu przyjedziesz. Wiedziałem, że będziesz szukał odpowiedzi.
Bank nie spłonął przypadkiem. Spłonął, bo chcieli zniszczyć dowody. Dowody na to, że dług dziadka Alistaira nie był długiem wobec banku, tylko wobec nich. Pożyczkodawców. Ale ja ocaliłem część dokumentów. Są w tej skrzynce.
Przeczytaj je, a zrozumiesz.
I wiedz jedno: nie musisz oddawać tego, co najcenniejsze. Możesz to zatrzymać, jeśli znajdziesz sposób, by oszukać przeznaczenie. Ale sposób jest tylko jeden: ktoś musi zająć twoje miejsce. Ktoś, kto odda siebie dobrowolnie.
Nie wiem, czy znajdziesz taką osobę. Wiem, że ja nie znalazłem.
Thomas”
Samuel oparł się o zwęgloną ścianę.
Ktoś musiał zająć jego miejsce. Oddać się dobrowolnie.
Ale kto? Martha była stara. Chłopi z wioski bali się dworu. On sam nie miał nikogo.
I wtedy przyszła mu do głowy myśl.
Culpepper.
On nie był człowiekiem z banku. Był jednym z nich. Pożyczkodawcą.
A jeśli to on mógłby…?
Nie, to szalone. Pożyczkodawcy nie oddają się dobrowolnie. Oni tylko biorą.
Ale może… może był sposób, by ich oszukać.
Sięgnął do skrzynki po dokumenty.
I zaczął czytać.
