Reklama

DOM NA SKRAJU LASU

Dom stał na uboczu.Nie tak, jak domy na osiedlach, które są na uboczu, bo kończą ulicę i za nimi zaczynają się łąki. Ten dom stał na uboczu w sensie głębszym, bardziej pierwotnym — jakby ktoś postawił go w tym miejscu celowo, żeby stał sam, żeby patrzył na las, a las patrzył na niego.Marcin zaparkował samochód na żwirowym podjeździe i przez chwilę nie wysiadał. Silnik zgasł, ale w uszach wciąż czuł wibrację podróży — te osiemset kilometrów z Warszawy, które pokonali z żoną i córką w niecałe dziesięć godzin, z dwoma postojami na hamburgery i jednym na awarię klimatyzacji.

Część druga: CIENIE

2.

Ranek przyszedł szary i wilgotny.

Marcin obudził się z uczuciem, że nie spał wcale. Ciało miał ciężkie, oczy piekły, a w głowie kłębiły się strzępy snów, których nie pamiętał. Leżał chwilę, wpatrując się w sufit, zanim przypomniał sobie noc. Zdjęcie. Szafka. Dźwięk.

Obok niego Marta przekręciła się na drugi bok i cicho zachrapała.

Wstał ostrożnie, żeby jej nie obudzić, i na palcach wyszedł z sypialni. Na korytarzu zatrzymał się na chwilę przed drzwiami Hani. Uchylił je ostrożnie.

Córka spała. Pluszowy zając leżał na podłodze, zrzucony pewnie w nocy. Kołdra była skopana w kąt. Włosy Hani rozsypały się na poduszce w ciemne, potargane pasma.

Wszystko w porządku.

Odetchnął z ulgą i zszedł na dół.

W kuchni było chłodno. Otworzył szafkę nad lodówką. Przetrząsnął gazety, odsunął słoiki, zajrzał w głąb.

Zdjęcia nie było.

Przetarł oczy. Sprawdził jeszcze raz. Dokładniej. Ale wiedział, że nie znajdzie. Słyszał przecież w nocy, jak szafka się otwiera. I choć tłumaczył sobie, że to tylko stary dom, że drewno pracuje, że przewody, że instalacje, że wszystko da się racjonalnie wyjaśnić — w głębi duszy wiedział, że to nieprawda.

Zdjęcie wróciło tam, skąd przyszło.

Do pokoju Hani.

Wszedł na górę ciężkim krokiem. Otworzył drzwi do pokoju córki.

Hania już nie spała. Siedziała w oknie, skrzyżowawszy nogi po turecku, i patrzyła na las za oknem a później na ścianę. Na fotografię, która wisiała dokładnie tam, gdzie wczoraj. Kobieta w ciemnej sukni patrzyła przed siebie. Bez uśmiechu.

Hania siedząca na parapecie wpatrująca się na las i zdjęcie tajemniczej starszej kobiety znalezione w spiżarni.
Zdjęcie samo wróciło na mijsc mimo że nie powinno go tam być.

— Mówiłam — powiedziała cicho Hania, nie odwracając głowy. — Ona wróciła.

Marcin podszedł do ściany i zdjął ramkę. Tym razem nie schował jej do szafki. Włożył pod pachę i zszedł na dół, do salonu. Otworzył drzwi na taras. Wyszedł na zewnątrz.

Las stał przed nim. Ciemny, gęsty, milczący.

Podszedł do skraju trawnika, tam gdzie zaczynały się pierwsze paprocie, i cisnął zdjęcie w krzaki. Ramka uderzyła o gałęzie, przekoziołkowała w powietrzu i zniknęła w gąszczu.

— Niech sobie leci — mruknął pod nosem. — Niech zostanie w lesie.

Wrócił do domu i zamknął drzwi.

Nie powiedział o tym Marcie. Nie wiedział jak. „Wyrzuciłem stare zdjęcie, bo w nocy samo wróciło do pokoju naszej córki”? Brzmiało jak opowieść wariata.

Zamiast tego zrobił kawę, usmażył jajecznicę i postanowił, że ten dzień będzie normalny. Żadnych duchów. Żadnych tajemnic. Tylko rodzina, nowy dom i mnóstwo pracy do zrobienia.

Marta zeszła na dół po ósmej. Hania za nią. Zjedli śniadanie w milczeniu, które Marcin starał się wypełnić rozmową o planach na dzień. Trzeba rozpakować kartony z książkami. Trzeba umyć okna. Trzeba sprawdzić instalację elektryczną, bo w nocy kilka razy mrugnęło światło.

Marta słuchała, przytakując, ale Marcin widział, że myślami jest gdzie indziej. Odkąd przeprowadzili się z miasta, często taka była. Obecna, a jednak nieobecna. Jakby część niej została w tamtym mieszkaniu, w tamtym życiu, w tamtych wspomnieniach.

— Pójdę na spacer — powiedziała nagle, odkładając widelec. — Do lasu.

Marcin zamarł.

— Do lasu?

— No tak. Chcę zobaczyć, co tam jest. Grzyby podobno rosną, sezon się zaczyna. — Wstała od stołu. — Pójdziesz ze mną?

— Nie — powiedział szybciej, niż powinien. — To znaczy, mam dużo roboty. Może później.

Marta spojrzała na niego dziwnie.

— Coś nie tak?

— Wszystko w porządku. Idź. Tylko… nie wchodź za głęboko.

Uśmiechnęła się blado.

— Bo co? Wilki mnie pogryzą?

— Bo łatwo się zgubić. Nie znamy terenu.

— Marcin, to nie jest Amazonia. To zwykły las. — Pocałowała go w policzek. — Będę za godzinę.

Wyszła.

Marcin patrzył przez okno, jak idzie przez trawnik, jak znika między pierwszymi drzewami. Las zamknął się za nią, jakby nigdy jej nie było.

— Tato?

Hania stała obok, trzymając w ręku pluszowego zająca.

— Co jest, skarbie?

— Nie podoba mi się ten las.

— Dlaczego?

— Bo w nim mieszka pani ze zdjęcia.

Marcin ukląkł przed córką.

— Haniu, mówiłem ci. To tylko stare zdjęcie. Nikogo na nim nie ma.

— Ale ja ją widzę — powiedziała Hania spokojnie, bez cienia strachu w głosie. — Przychodzi do mnie codziennie. Mówi, że tęskni. I że mama nie powinna tam chodzić.

Marcin poczuł, jak krew odpływa mu z twarzy.

— Dlaczego mama nie powinna tam chodzić?

— Bo tam jest ciemno. I ona mówi, że jak się wejdzie za daleko, to można nie wrócić.

Zostań z Hanią — pomyślał. — Zostań i pilnuj jej. Ale druga myśl była silniejsza: Marta. Marta w lesie. Marta sama.

— Haniu — powiedział, starając się mówić spokojnie. — Zostaniesz tu sama na chwilę? Pójdę po mamę.

Dziewczynka skinęła głową.

— Tylko nie otwieraj nikomu drzwi. I nie wychodź z domu. Dobrze?

— Dobrze.

Marcin wybiegł na zewnątrz.

Trawnik, który rano wydawał się zwyczajny, teraz wyglądał inaczej. Trawa była wyższa, bardziej mokra. Mgła, której wcześniej nie zauważył, unosiła się nisko nad ziemią, sięgając do kostek. I cisza. Ta okropna, nienaturalna cisza, która nie miała prawa panować w letni poranek.

Dobiegł do skraju lasu. Zatrzymał się.

Ścieżka, którą poszła Marta, była wyraźna — wdeptana w wilgotną ziemię, znacząca kierunek między drzewami. Ruszył przed siebie.

Las był gęsty. Bardziej, niż mu się wydawało z domu. Świerki rosły jeden przy drugim, ich gałęzie splatały się nad głową, tworząc zielony dach, przez który ledwo przebijało się światło. Pod nogami chlupotało błoto pomieszane z igliwiem. Zapach wilgoci i butwiejącego drewna wypełniał nozdrza.

— Marta! — zawołał.

Echo odbiło się od drzew, ale odpowiedzi nie było.

Szedł dalej. Ścieżka rozwidlała się, potem znowu, aż w końcu przestała być ścieżką. Rozejrzał się. Wszędzie te same drzewa, te same paprocie, te same krzaki. Nie wiedział, w którą stronę iść.

— Marta!

Cisza.

I wtedy usłyszał coś innego.

Śpiew.

Cichy, ledwie słyszalny, dobiegający skądś z głębi lasu. Kobiecy głos, niski, melodyjny, śpiewający w języku, którego nie rozumiał. Ale słowa — słowa brzmiały znajomo. Jak kołysanka, którą śpiewała mu matka, gdy był mały. Tylko że matka nie żyła od piętnastu lat.

Ruszył w stronę głosu.

Drzewa robiły się coraz gęstsze. Gałęzie smagały go po twarzy, buty grzęzły w mokrym mchu. Głos przybliżał się, ale wciąż pozostawał niewyraźny, jakby dobiegał zza niewidzialnej zasłony.

I nagle las się skończył.

Marcin stanął na skraju polany.

Była okrągła, otoczona ze wszystkich stron ścianą świerków. Na środku stał kamień. Duży, szary, płaski, jak głaz narzutowy przyniesiony tu przez lodowiec tysiące lat temu. A na kamieniu siedziała Marta.

Patrzyła w dół, na swoje dłonie złożone na kolanach. Nie poruszała się. Nie reagowała, gdy zawołał jej imię.

— Marto!

Podszedł bliżej. Dotknął jej ramienia.

Było zimne. Przejmująco zimne, jakby siedziała tu godzinami, a nie kilkanaście minut.

— Marto, odezwij się.

Podniosła głowę. Otworzyła usta.

I wtedy Marcin zobaczył, że to nie jest Marta.

Twarz była podobna. Te same oczy, te same usta. Ale w oczach nie było niczego. Żadnego wyrazu. Tylko ciemność, głęboka, nieprzenikniona, jak woda w studni.

I uśmiech.

Wąski, ledwie zaznaczony, taki sam jak na fotografii.

Marcin cofnął się gwałtownie. Potknął o wystający korzeń i upadł na ziemię.

— Marto — wyszeptał.

Stworzenie — bo to nie mogła być Marta — pochyliło głowę w bok, jak pies, który słyszy dziwny dźwięk. Uśmiech nie znikał.

— Gdzie ona jest? — zapytał Marcin, cofając się na czworakach. — Gdzie jest moja żona?

Stworzenie otworzyło usta. I zamiast głosu Marty, usłyszał ten sam śpiew, który go tu przywiódł. Niski, melodyjny, przejmująco smutny.

A potem Marta — prawdziwa Marta — wyszła z lasu po drugiej stronie polany.

— Marcin? — zawołała. — Co ty tu robisz?

Spojrzała na niego, na kamień, na stworzenie, które wciąż tam siedziało.

— Z kim rozmawiasz?

Marcin odwrócił głowę.

Kamień był pusty.

Nikogo.

Tylko mech, wilgoć i cisza.

Marta podeszła bliżej. Jej twarz była blada, ale żywa. Normalna. Ciepła w dotyku, gdy pomogła mu wstać.

— Co się stało? — zapytała. — Wyglądasz, jakbyś ducha zobaczył.

Marcin rozejrzał się po polanie. Drzewa stały nieruchomo. Nic się nie poruszało.

— Myślałem… — zaczął. — Nic. Wydawało mi się.

— Tu jest strasznie — Marta skrzywiła się, rozglądając. — Ciemno, wilgotno, nic nie rośnie. Wracajmy.

Kiwnął głową.

W drodze powrotnej trzymał ją za rękę mocniej niż zwykle. Las wciąż był gęsty, ciemny i wilgotny, ale teraz miał w sobie coś jeszcze. Jakby tysiące oczu patrzyło na nich zza drzew. Jakby każdy cień między świerkami mógł w każdej chwili ożyć.

Wyszli na skraj lasu. Dom stał przed nimi, biały, normalny, z dymem unoszącym się z komina — Hania musiała namówić sąsiada, żeby rozpalił w piecu, choć nie mieli sąsiadów.

Marcin zatrzymał się i spojrzał w okno na piętrze.

W oknie pokoju Hani stała postać.

Mała, ciemna, nieruchoma.

Hania patrzyła w las.

I machała.

Ale nie do nich.

Gdzieś w głąb, między drzewa.

Marcin odwrócił się gwałtownie.

Las był pusty.

Ale przez ułamek sekundy, na samej granicy widzenia, wydawało mu się, że widzi cień. Cień kobiety w ciemnej sukni, stojącej między świerkami.

Postać widoczna w lesie na ścieżce midzy drzewami.
Cień który wydawał sie tak samo nieralny jak wiele rzeczy które się wydarzyły w ostatnim czasie.

Potem cień zniknął.

— Chodź — szepnął do Marty, ciągnąc ją w stronę domu. — Szybko.

Nie pytała. Może bała się odpowiedzi.

Wieczorem Hania dostała gorączki.

Leżała w łóżku, z policzkami czerwonymi od temperatury, i majaczyła. Marta siedziała przy niej, zmieniając okłady na czole. Marcin krążył po domu, nie mogąc znaleźć sobie miejsca.

Zdjęcie wisiało na ścianie.

Nie wieszał go. Nikt nie wieszał. Po prostu tam było. Kobieta patrzyła na łóżko Hani, a jej usta — Marcin przysiągłby, że widzi — poruszały się bezgłośnie, układając w słowa, których nie słyszał.

— Wynieś to — powiedział do Marty, wskazując na ramkę.

— Co?

— To zdjęcie. Wynieś je z domu.

Marta spojrzała na niego, potem na fotografię.

— To tylko stara fotografia, Marcin.

— Wynieś je, do cholery!

Jego głos odbił się echem od ścian. Hania poruszyła się niespokojnie we śnie.

Marta wstała, podeszła do ściany i zdjęła ramkę. Bez słowa wyszła z pokoju. Marcin słyszał, jak otwiera drzwi wejściowe, jak wychodzi na zewnątrz. Potem cisza.

Wróciła po chwili. Pustawe dłonie.

— Wyrzuciłam do śmietnika — powiedziała cicho. — Jutro rano wywiozę na wysypisko.

Marcin skinął głową.

Ale wiedział, że to nie pomoże.

Bo zdjęcie nie było problemem.

Problem był w lesie.

I właśnie zapukał do drzwi.

Nie, to nie pukanie. To był dźwięk, jakby ktoś drapał od zewnątrz. Cicho, miarowo, przy samej podłodze. Jakby chciał wejść, ale nie mógł dosięgnąć klamki.

— Słyszałeś? — zapytała Marta.

Marcin skinął głową.

Podszedł do drzwi wejściowych. Przyłożył ucho do drewna.

Drapanie ustało.

Ale zamiast niego, usłyszał głos. Cichy, szeptany, prawie niesłyszalny.

— …wpuść mnie…

Serce Marcina zaczęło walić jak oszalałe.

— Kto tam? — zapytał, starając się, by głos mu nie drżał.

Cisza.

Potem znowu ten szept:

— …wpuść mnie… zimno tu…

Marcin cofnął się od drzwi.

— Nikogo nie ma — powiedziała Marta za jego plecami. Spojrzała przez wizjer. — Naprawdę, nikogo.

Ale Marcin wiedział, że to nieprawda. Ktoś tam był. Coś tam było. I chciało wejść.

Tej nocy nikt nie spał.

Hania leżała w gorączce, Marta zmieniała okłady, Marcin siedział w kuchni przy zapalonym świetle, z nożem w dłoni. Nie wiedział, na co czeka. Ale wiedział, że coś się zbliża.

Około trzeciej nad ranem usłyszał kroki na schodach.

Ciche, ostrożne, jakby ktoś stąpał boso po drewnie.

Wstał. Nóż wysunął przed siebie.

Drzwi do kuchni uchyliły się powoli.

W progu stała Hania.

Jej oczy były otwarte, ale puste. Nie patrzyły na niego. Patrzyły gdzieś w bok, w kąt kuchni, gdzie nie było nikogo.

— Haniu? — szepnął.

Dziewczynka uniosła rękę i wskazała palcem w ciemność.

— Ona mówi, żebyś przyszedł — powiedziała głosem, który nie należał do sześciolatki. Głębszym, starszym, obcym. — Mówi, że czeka.

— Gdzie czeka?

— W lesie. Na polanie. Przy kamieniu.

Marcin opuścił nóż.

— Haniu, to nie ty mówisz — wyszeptał. — Prawda?

Dziewczynka — lub to, co mówiło jej ustami — uśmiechnęła się. Wąsko, ledwie zaznaczając kąciki ust.

— To ja. Zawsze ja. Czekałam tak długo. A teraz przyszliście. Wreszcie ktoś, kto może mi pomóc.

Marcin zrobił krok w stronę córki.

— Czego chcesz?

— Żebyś przyszedł. Sam. Bez niej. — Głos zawahał się. — Bez kobiety. Tylko ty. Wtedy powiem, co zrobić, żeby was zostawiła w spokoju.

— Kogo? Żeby kto zostawił?

— Moją siostrę — powiedział głos, a w oczach Hani pojawiły się łzy. — Ona mieszka w lesie. I nie chce stamtąd wyjść.

Reklama

Najnowsze

Reklama
Poprzedni artykuł
Następny artykuł

Zobacz podobne:

Reklama