Część trzecia: OFIARA
3.
Marcin nie poszedł tej nocy do lasu.
Zamiast tego wziął Hanię na ręce — była lekka jak piórko, choć przez gorączkę jej ciało pałało gorącem — i zaniósł ją do sypialni rodziców. Położył między sobą a Martą. Przez resztę nocy trzymał ją za rękę, nasłuchując każdego dźwięku.
Dom milczał.
Ale to milczenie było inne. Nie puste, lecz pełne napięcia, jak przed burzą, kiedy powietrze gęstnieje, a zwierzęta chowają się w norach.
Nad ranem Hania obudziła się zdrowa.
Gorączka zniknęła. Policzki miała normalny kolor, oczy czyste i przytomne. Usiadła na łóżku, przeciągnęła się i powiedziała:
— Głodna jestem.
Marta spojrzała na Marcina wzrokiem, który mówił: widzisz? nic się nie stało. Ale Marcin wiedział swoje. Pamiętał głos, który mówił ustami jego córki. Pamiętał słowa o siostrze w lesie.
— Haniu — zapytał ostrożnie. — Pamiętasz, co działo się w nocy?
Dziewczynka zmarszczyła czoło.
— W nocy? Spałam.
— Nic ci się nie śniło?
— Nie. — Przekrzywiła głowę. — A dlaczego pytasz?
Marcin uśmiechnął się blado.
— Bo mama i ja mieliśmy ciężką noc. Martwiliśmy się o ciebie.
— Nie trzeba — Hania wyskoczyła z łóżka. — Już jestem zdrowa. Idę jeść.
Pobiegła na dół. Jej kroki odbijały się wesołym stukotem od drewnianych schodów.
Marta usiadła na łóżku. Była blada i zmęczona, ale w jej oczach pojawił się błysk nadziei.
— Widzisz? Nic jej nie jest. Przesadzaliśmy.
— Marto — Marcin zawahał się. — W nocy coś się stało.
— Co?
Opowiedział jej wszystko. O szeptach za drzwiami. O Hani, która przyszła do kuchni. O głosie, który nie był głosem ich córki. O tym, co mówił.
Słuchała w milczeniu. Kiedy skończył, długo patrzyła w okno, za którym las wstawał właśnie w porannej mgle.
— Myślisz, że zwariowałam? — zapytał w końcu.
— Nie — powiedziała cicho. — Myślę, że coś tu jest nie tak. Od początku. Tylko nie wiem co.
Zeszli na dół. Hania siedziała przy stole, zajadając płatki z mlekiem. Na widok rodziców uśmiechnęła się szeroko.
— Tato, możemy dzisiaj pójść do lasu?
Marcin zamarł.
— Po co?
— Zbierać grzyby. Wczoraj mama była i mówiła, że tam rosną.
— Nie — powiedział ostrzej, niż zamierzał. — Nie idziemy do lasu.
— Dlaczego?
— Bo… — szukał w głowie wymówki. — Bo nie znamy terenu. Można się zgubić.
— Ale mama wczoraj nie zgubiła się.
Marta położyła dłoń na ramieniu Marcina.
— Może pójdziemy wszyscy razem? — zaproponowała. — W dzień jest bezpiecznie.
Spojrzał na nią. W jej oczach nie było strachu, tylko ciekawość. I coś jeszcze — upór. Marta zawsze taka była. Gdy czuła, że coś jest nie tak, nie uciekała. Szła w tamtą stronę.
— Dobrze — powiedział w końcu. — Ale trzymamy się razem. I wracamy, zanim zacznie się ściemniać.
Hania klasnęła w dłonie.
— To idziemy teraz?
— Po śniadaniu.
Jedli w milczeniu. Marcin patrzył na las za oknem. W świetle poranka wyglądał zwyczajnie — zielony, gęsty, pełen życia. Ptaki śpiewały gdzieś w koronach drzew. Wiewiórka przeskoczyła z gałęzi na gałąź. Nic nie wskazywało na to, że w nocy kryje się w nim coś złego.
Ale on wiedział.
Wszedł do lasu z nożem w kieszeni.
Nie powiedział o tym Marcie. Nie chciał jej straszyć. Ale czuł się bezpieczniej, mając przy sobie ostrze. Choć przeciwko czemu? Przeciwko duchom? Przeciwko siostrze z fotografii? Nóż nie pomoże.
Szli ścieżką, którą wczoraj szła Marta. Hania biegła przodem, zrywając paprocie i przykładając je do twarzy. Marta szła za nią, uśmiechając się do jej radości. Marcin zamykał pochód, rozglądając się na boki.
Las w dzień był inny. Jasny, ciepły, przyjazny. Promienie słońca przedzierały się przez korony drzew, rysując na ziemi złote plamy. Pachniało żywicą i mchem. Nawet cisza nie była już taka straszna — wypełniona śpiewem ptaków i szelestem małych zwierząt w runie.
— Widzicie? — powiedziała Marta, odwracając się do niego. — Nic tu nie ma. Tylko las.
Marcin kiwnął głową, ale nie przestawał się rozglądać.
Szli tak może z pół godziny, gdy Hania nagle stanęła.
— Tato, patrz.
Wskazywała palcem między drzewa.
Marcin podszedł bliżej. W miejscu, które wskazywała, las się przerzedzał. Przez pnie widać było jasną plamę — polanę.

Nierozrwalnie związany z historią tego miejsca.
— To tutaj — powiedziała Marta cicho. — Wczoraj tu byłam.
— Co to za kamień? — zapytała Hania, podbiegając do niego.
— Nie wiem — odparł Marcin. — Pewnie głaz narzutowy. Przywlekły go lodowce tysiące lat temu.
Hania położyła dłoń na kamieniu.
— Jest ciepły — powiedziała zdziwiona. — Mimo że nie ma słońca.
Marcin dotknął kamienia. Rzeczywiście, był ciepły. Jakby ktoś ogrzał go od środka.
— Dziwne — mruknął.
Rozejrzał się po polanie. Wczoraj, gdy gonił za głosem, wydawała mu się ogromna. Teraz była mała, ledwie kilkanaście metrów średnicy. Drzewa otaczały ją szczelnie, ale między ich pniami widać było dalszy ciąg lasu.
— Możemy odpocząć? — zapytała Hania, siadając na kamieniu. — Jestem zmęczona.
— Dobrze — zgodziła się Marta. — Kwadrans przerwy.
Usiedli na kamieniu. Marcin wyjął z plecaka butelkę wody i podał ją Hani. Dziewczynka piła łapczywie, patrząc w głąb lasu.
— Tato — powiedziała po chwili. — A dlaczego tam jest dom?
Marcin odwrócił głowę.
— Gdzie?
— Tam — Hania wskazała palcem w stronę, gdzie las był najgęstszy. — Między drzewami.
Marcin wytężył wzrok. Nie widział żadnego domu. Tylko świerki, gęste, ciemne, splątane gałęziami.
— Nie ma tam żadnego domu, córeczko.
— Jest — upierała się Hania. — Szary. Z czerwonym dachem. Widzę go.
Marta spojrzała na Marcina. W jej oczach pojawił się niepokój.
— Haniu, chodź tu do mnie — powiedziała łagodnie.
Dziewczynka zsunęła się z kamienia i podeszła do matki.
— Jesteś pewna, że widzisz dom?
— Tak. Jest tam. — Wskazała znowu. — Ktoś w nim mieszka?
Marcin wstał. Podszedł do skraju polany, w miejsce, które wskazywała Hania. Między drzewami nie było niczego. Tylko las, głęboki, ciemny, nieprzenikniony.
Ale kiedy stał tak, wpatrując się w gąszcz, wydawało mu się, że widzi cień. Zarys czegoś, co nie było drzewem. Proste linie. Kąt. Dwa piętra.
Potem mrugnął i wszystko zniknęło.
— Wracajmy — powiedział.
Nie czekał na odpowiedź. Wziął Hanię za rękę i ruszył z powrotem tą samą drogą. Marta szła za nimi, milcząca.
W domu zamknął drzwi na zamek. Potem na łańcuch. Potem sprawdził wszystkie okna na parterze.
— Co robisz? — zapytała Marta.
— Zabezpieczam dom.
— Przed czym?
Nie odpowiedział.
Noc przyszła szybciej niż zwykle.
Marcin siedział w salonie, wpatrując się w ogień w kominku. Marta położyła Hanię spać i zeszła na dół. Usiadła obok niego na kanapie.
— Musimy porozmawiać — powiedziała.
— O czym?
— O tym, co się dzieje. O Hani. O lesie. O tobie.
Spojrzał na nią.
— Myślisz, że zwariowałem?
— Myślę, że coś widziałeś w tym lesie. Coś, czego ja nie widziałam. I że to coś wpływa na Hanię.
Marcin milczał przez chwilę.
— W nocy — zaczął powoli — kiedy Hania miała gorączkę, przyszła do kuchni. Mówiła nie swoim głosem. Mówiła o siostrze. O tym, że mieszka w lesie i nie chce stamtąd wyjść.
— Siostrze?
— Tak. Tej kobiety ze zdjęcia.
Marta westchnęła głęboko.
— Marcin, to mogła być halucynacja. Nie spałeś, byłeś zmęczony, zestresowany…
— Wiem, co słyszałem.
— A ja wiem, co widziałam dzisiaj na polanie. — Marta spojrzała mu prosto w oczy. — Siedziałaś na kamieniu. Byłaś zimna. Nie reagowałaś na mnie. A potem zniknęłaś.
— To było złudzenie — powiedziała cicho Marta. — Gra świateł, zmęczenie…
— Może. Ale Hania też widziała ten dom. A ja widziałem cień.
Długo siedzieli w milczeniu. Ogień trzaskał w kominku, rzucając na ściany tańczące cienie.
— Co robimy? — zapytała w końcu Marta.
— Nie wiem. Może powinniśmy stąd wyjechać?
— I co? Sprzedać dom? Uciec? — Pokręciła głową. — Nie stać nas na to. Wszystkie pieniądze w to włożyliśmy.
— Wiem.
— Poza tym — dodała ciszej — to by znaczyło, że ona wygrała.
— Kto?
— Ta, która mieszka w lesie.
Marcin spojrzał na nią zdziwiony.
— Myślałem, że nie wierzysz w duchy.
— Nie wierzę. Ale wierzę w zło. I w to, że czasem trzeba mu stawić czoła.
O drugiej w nocy Marcin obudził się gwałtownie.
Ktoś stał w drzwiach sypialni.
Mała postać w białej koszuli nocnej.
Hania.
— Haniu? — szepnął. — Co się dzieje?
Dziewczynka nie odpowiedziała. Stała nieruchomo, patrząc na niego pustym wzrokiem.
Marcin wstał ostrożnie, żeby nie obudzić Marty. Podszedł do córki.
— Chodź, odprowadzę cię do łóżka.
Wziął ją na ręce. Była zimna. Przejmująco zimna, jak wczoraj Marta na polanie.
Zaniósł ją do jej pokoju. Położył do łóżka. Przykrył kołdrą.
— Śpij, córeczko.
Odwrócił się, żeby wyjść.
I wtedy usłyszał jej głos.
— Nie odchodź.
Stanął.
— Zostań ze mną. Ona przychodzi, jak jestem sama.
Usiadł na brzegu łóżka. Wziął jej dłoń. Była wciąż zimna.
— Kto przychodzi?
— Pani ze zdjęcia. Siada na krześle i patrzy. I płacze.
— Czego płacze?
— Bo tęskni. Bo chce wrócić do domu. Ale nie może.
— Dlaczego nie może?
— Bo jej siostra nie pozwala.
Marcin milczał przez chwilę. W pokoju było ciemno, tylko księżyc wpadał przez okno w dachu, rysując na podłodze srebrzysty kwadrat.
— Haniu — zapytał cicho. — Skąd wiesz o siostrze?
— Pani mi powiedziała. — Hania ścisnęła jego dłoń. — Mówi, że siostra była zła. Zazdrosna. Bo pani miała wyjść za mąż, a siostra nie. I w dniu ślubu siostra zrobiła coś strasznego.
— Co zrobiła?
— Nie wiem. Pani nie chce mówić. Tylko płacze.
Marcin pogładził córkę po włosach.
— To tylko sen, Haniu. Jutro rano wszystko będzie dobrze.
— To nie sen, tato. — Jej głos stał się nagle bardzo poważny. — Ona naprawdę istnieje. I chce, żebyś jej pomógł.
— Ja? Dlaczego ja?
— Bo jesteś silny. Bo nie boisz się lasu. Bo możesz zrobić to, czego ona nie może.
— Co takiego?
— Pójść do domu siostry i zabrać stamtąd coś, co należy do pani.
Marcin poczuł, jak ciarki przechodzą mu po plecach.
— Jaki dom?
— Ten, który widziałam dzisiaj. Szary, z czerwonym dachem. Tam mieszka siostra.
Przez długą chwilę Marcin siedział bez ruchu. W głowie kłębiły mu się myśli. To szaleństwo. To niemożliwe. To tylko sen dziecka.
Ale w głębi duszy wiedział, że to nieprawda.
— Co mam zabrać? — zapytał w końcu.
— Nie wiem. Pani powie ci w lesie.
Hania zamknęła oczy. Po chwili jej oddech stał się równy i spokojny. Zasnęła.
Marcin wstał z łóżka. Przez okno widział las — ciemną, milczącą ścianę, która zdawała się czekać.
Wiedział, że musi tam pójść.
Następnego ranka podjął decyzję.
— Idę do lasu — powiedział przy śniadaniu.
Marta odłożyła widelec.
— Zwariowałeś?
— Może. Ale muszę to sprawdzić.
— Sprawdzić co? Dom, który widziała tylko Hania? Ducha, który do niej mówi?
— Tak.
— Marcin, to nie ma sensu. To niebezpieczne.
— Wiem. Ale jeśli tego nie zrobię, będziemy żyć w strachu do końca. Ona — ta siostra — nie przestanie. Będzie wracać. Będzie straszyć Hanię. Aż w końcu…
Nie dokończył.
Marta patrzyła na niego długo. W jej oczach widział strach, ale też coś innego. Zrozumienie.
— Pójdę z tobą — powiedziała.
— Nie. Hania musi mieć kogoś przy sobie. Zostaniesz z nią.
— A jeśli nie wrócisz?
— Wrócę. — Uśmiechnął się blado. — Obiecuję.
Przed wyjściem uściskał Hanię. Przytuliła się do niego mocno, ale nie płakała. Tylko szepnęła mu do ucha:
— Pamiętaj, tato. Ona nie jest zła. Tylko smutna.
— Kto? Siostra?
— Nie. Pani ze zdjęcia.
Las przywitał go ciszą.
Nie taką jak wcześniej — niepokojącą, pełną napięcia. Tylko zwyczajną, leśną ciszą, przerywaną od czasu do czasu śpiewem ptaków. Szedł ścieżką, którą już znał. Mijał te same drzewa, te same paprocie, te same krzaki. Wszystko wydawało się normalne.
Ale im głębiej wchodził, tym bardziej coś się zmieniało.
Ptaki przestały śpiewać.
Światło zrobiło się szare, jak przed burzą.
Powietrze zgęstniało.
Dotarł do polany.
Kamień stał na środku, taki sam jak wczoraj. Marcin podszedł do niego, położył na nim dłoń. Był zimny. Lodowaty.
— Jestem — powiedział głośno. — Czekałem na ciebie.
I wtedy las odpowiedział.
Głos dobiegł zewsząd i znikąd jednocześnie. Był stary, zmęczony, pełen bólu.
— Dziękuję, że przyszedłeś.
Marcin odwrócił się.
Za nim stała kobieta.

Nie taka jak na zdjęciu. Młodsza, piękniejsza, w białej sukni, która powiewała mimo bezwietrznej pogody. Jej oczy były smutne, ale nie złe. W dłoni trzymała bukiet polnych kwiatów.
— Kim jesteś? — zapytał Marcin.
— Nazywam się Helena — powiedziała cicho. — I potrzebuję twojej pomocy.
