Część 2: Sylwetka
Nie weszłam tamtej nocy do środka.
Przespałam się w samochodzie, zablokowawszy drzwi, kluczyk w stacyjce, oczy szeroko otwarte co kilka minut. O świcie wróciłam na ganek, gotowa przyjąć najgorsze: że ktoś tam jest, że włamał się, że może to bezdomny.
Drzwi wciąż były zamknięte.
Okna – całe.
Weszłam powoli, nasłuchując.
Cisza.
Ale ta cisza była nienaturalna. Wycięta z rzeczywistości jak nożem. Żaden ptak nie śpiewał za oknem, żaden samochód nie przejechał drogą. Świat na zewnątrz po prostu… zniknął.
Na piętrze znalazłam tylko kurz.
I ślady stóp.

Nie moje. Za małe, jakby dziecka albo drobnej kobiety. Prowadziły od schodów do okna, w którym widziałam sylwetkę. Potem zawracały i ginęły przy ścianie.
Dotknęłam tynku. Był zimny.
Za ścianą powinien być pokój ojca. Ale przecież ściana była ślepa. Pamiętałam z dzieciństwa: za tym murem zaczynała się łazienka.
A jednak, kiedy przyłożyłam ucho do tynku, usłyszałam oddech.
Mecenas przyjechał przed południem.
Tym razem nie był sam. Przywiózł ze sobą młodego mężczyznę w granatowej koszuli, który przedstawił się jako Tomek i powiedział, że zajmuje się analizą dokumentów w kancelarii.
– Chcieliśmy sprawdzić tę platformę kursów online – wyjaśnił Tomek, rozkładając laptop na kuchennym stole. – Pani ojciec korzystał z niej regularnie, logował się codziennie. Miał konto premium, co jest dość drogie, bo subskrypcja miesięczna kosztowała prawie dwieście złotych.

– I co tam studiował? – zapytałam, nalewając wodę do czajnika.
Tomek spojrzał na mnie znacząco.
– Kursy z zakresu psychologii. Oraz… jeden konkretny. Nazywał się „Granice percepcji. Jak rejestrować to, czego nie widać”.
Czajnik wypadł mi z rąk.
– Co to znaczy?
– To znaczy, że pan ojciec – Tomek odwrócił laptop w moją stronę – przez ostatnie miesiące uczył się, jak nagrywać dźwięki i obrazy spoza spektrum widzialnego dla człowieka. Używał do tego specjalnego oprogramowania, które analizuje nagrania. Miał też profesjonalny sprzęt – kamerę z termowizją i kilka innych urządzeń.
Ekran pokazywał logowania. Codziennie, o różnych porach. Ostatnie – trzy dni po śmierci.
– Ktoś musiał to robić za niego – szepnęłam.
– Albo – Tomek zamknął laptop – nikt go nie uśmiercił.
Mecenas chrząknął głośno.
– Nie sugerujmy rzeczy niemożliwych. Są dokumenty, jest akt zgonu, prokuratura…
– Mecenasie – przerwałam mu. – Ktoś stał wczoraj w oknie na piętrze. Są ślady stóp. I za ścianą jest coś, co oddycha.
Zapadła cisza.
Po chwili Tomek wstał.
– Pokaże mi pani?
Ściana wciąż była zimna.
Tomek przyłożył do niej dłoń, potem ucho, tak jak ja wcześniej. Przez chwilę nic się nie działo. A potem jego twarz zmieniła wyraz.
– Tam ktoś jest – powiedział cicho. – Słyszę oddech.
Zapukał.
Zza ściany odpowiedziało pukanie. Dwa razy. Potem trzy.
– To niemożliwe – wyszeptał mecenas, który stał w drzwiach, blady jak ściana. – Za tym murem jest tylko pusta przestrzeń. Ocieplenie, może konstrukcja dachu. Żadnego pokoju.
Tomek zaczął obmacywać tynk.
– Tu – wskazał miejsce nad listwą podłogową. – Czuję przeciąg.
Nie trzeba było więcej. W kwadrans, przy użyciu noża i młotka znalezionych w piwnicy, wydłubaliśmy otwór. Za nim nie było pustki.
Były schody.
Wąskie, strome, prowadzące w dół. I zapach. Wilgotny, ziemisty, ale pod spodem – znajomy.
Lawenda.
– Zejdę pierwsza – powiedziałam, zanim ktokolwiek zdążył zaprotestować.
Schody skrzypiały pod stopami, ale szłam. Dziesięć stopni, piętnaście. I nagle stanęłam w pomieszczeniu, którego nie mogło być.
Podziemny pokój, wielkości salonu na górze. Na ścianach wisiały ekrany, kilka włączonych, pokazujących obrazy z różnych pomieszczeń w domu. Przed nimi stał fotel.
W fotelu siedział ojciec.
Żywy.
– Cześć, córeczko – powiedział cicho. – Czekałem na ciebie.
I wtedy zgasło światło.
