Część 3: Podziemie
Ciemność.
Nie ta zwykła, po zgaszeniu żarówki. Ta, która wpełza do środka, wypełnia płuca, odbiera oddech. Próbowałam krzyknąć, ale głos utknął gdzieś w gardle. Słyszałam tylko własne serce, walące jak oszalałe.

A potem – światło.
Ojciec wstał z fotela, trzymając w dłoni starą lampę naftową. Płomień tańczył na jego twarzy, rzeźbiąc cienie w miejscach, gdzie pamiętałam zmarszczki od śmiechu. Teraz się nie śmiał.
– Nie bój się – powiedział. – To tylko awaria. Prąd tu często siada.
– Ty nie żyjesz – wyszeptałam.
– Wiem.
Podszedł bliżej. Pachniał tym samym co zawsze – tytoniem, lawendą, czymś słodkawym, czego nigdy nie umiałam nazwać. Wyciągnął rękę, jakby chciał dotknąć mojego policzka, ale zatrzymał się w pół drogi.
– Nie mogę cię dotknąć – powiedział cicho. – Gdybym to zrobił, zostałabyś tu na zawsze.
– Gdzie tu?
Spojrzał na ekrany. Większość zgasła, ale jeden wciąż działał. Pokazywał salon na górze. Tomka i mecenasa, którzy stali przy ścianie, rozglądając się bezradnie. Ruszali ustami, ale nie słyszałam słów.
– To, co widzisz – ojciec wskazał na siebie, na pokój, na ekrany – istnieje naprawdę. Ale nie tak, jak myślisz. Jestem… utkwiłem. Między. I nie mogę stąd wyjść, dopóki ktoś nie rozwiąże zagadki.
– Jakiej zagadki?
– Tej, którą zostawiłem.
Usiedliśmy na podłodze, bo w pokoju nie było żadnych innych mebli poza fotelem i ekranami. Ojciec opowiadał, a ja słuchałam, czując, jak rzeczywistość przesuwa się na bok.
– Kilka lat temu zacząłem słyszeć rzeczy – mówił. – Głosy, szepty, czasem muzykę. Myślałem, że wariuję. Poszedłem do lekarzy, zrobili wszystkie badania. Nic nie wykazały. A potem znalazłem w piwnicy te schody.
– Zawsze tu były?
– Nie. Pojawiły się pewnej nocy. Zszedłem i znalazłem ten pokój. I siebie.
Spojrzałam na niego nie rozumiejąc.
– Siedziałem już tu, w tym fotelu – kontynuował. – Druga wersja mnie. Powiedziała, że jeśli chcę przeżyć, muszę nauczyć się widzieć to, co niewidoczne. I że pieniądze, które odkładałem, nie są dla mnie. Są dla ciebie.
– Dla mnie?
– Subskrypcja platformy, kursy, sprzęt – to wszystko było po to, żebyś mogła zrozumieć, co się dzieje, gdy przyjdziesz. Wiedziałem, że wrócisz. Wiedziałem, że tylko ty możesz mi pomóc.
Z ekranów dobiegł nas nagle krzyk.
Tomek i mecenas stali na górze, otoczeni przez cienie. Nie widziałam ich wyraźnie, ale były. Ruszały się, wirowały, dotykały ich twarzy. Mecenas upadł na kolana.
– Oni tam są – szepnęłam. – Muszę iść.
– Nie zdążysz. – Ojciec wstał. – Ale jest inny sposób. Musisz mi zaufać.

Podszedł do jednego z ekranów i dotknął go. Obraz się zmienił. Zobaczyłam dokumenty – testamenty, umowy, pełnomocnictwa. I jedno zdanie, podkreślone na czerwono:
Wypłata spadku możliwa wyłącznie po rozwiązaniu zagadki Domu na Wzgórzu.
– Co to znaczy?
– To znaczy, córeczko, że jeśli teraz stąd wyjdziesz i nie rozwiążesz tajemnicy, stracisz wszystko. Ja zniknę na zawsze, oni – wskazał na ekran z Tomkiem – zostaną tu uwięzieni. A ty… ty będziesz żyć z pytaniem, co się naprawdę wydarzyło.
– Ale jak mam rozwiązać zagadkę, skoro nie wiem, o co chodzi?
Ojciec uśmiechnął się. Pierwszy raz od mojego wejścia. I w tym uśmiechu zobaczyłam tego ojca, którego pamiętałam z dzieciństwa.
– Zawsze byłaś bystra. Posłuchaj.
Pochylił się i szepnął mi do ucha trzy słowa.
A potem pokój zawirował.
