Reklama

RACHUNEK ZA ŻYCIE

CZĘŚĆ TRZECIA: W PODZIEMIU

Rozdział 5

Obudziła się w ciemności.

Bolało ją wszystko. Głowa, ręce, nogi, żebra. Leżała na czymś miękkim – trawie? krzakach? – i patrzyła w niebo, które było szare i odległe.

Deszcz przestał padać.

Próbowała się poruszyć. Udało się. Nogi działały, ręce też. Była cała, choć obolała.

Rozejrzała się.

Leżała na trawniku za swoim blokiem. Rynna urwała się na wysokości pierwszego piętra, ale jakoś spadła w krzaki, które zamortyzowały upadek.

Nad nią, w oknie na trzecim piętrze, migotały światła. Ktoś był w jej mieszkaniu.

Musiała uciekać.

Wstała, otrzepała się. Pendrive wciąż był w kieszeni. Telefon – też.

Wyjęła go, zadzwoniła do Adama Wolskiego.

– Pani Anno? – odebrał po chwili.

– Ktoś włamał się do mojego mieszkania. Musiałam uciekać przez okno. Jestem na dole.

– Gdzie pani jest?

– Za blokiem. Na tyłach.

– Proszę tam zostać. Zaraz po kogoś przyślę.

– Nie, nie. Nie mogę ufać nikomu. Oni mają ludzi wszędzie.

– To co pani proponuje?

– Spotkajmy się gdzieś. Bezpieczne miejsce.

Wolski pomyślał przez chwilę.

– Zna pani kawiarnię „Czytelnik”?

– Tak. Byłam tam dziś.

– To niech pani tam nie wraca. Oni mogą to wiedzieć. Proszę przyjść do mojej kancelarii. Jutro rano, o ósmej. Będę czekał.

– Dobrze.

Rozłączyła się.

Spojrzała w górę. W oknie jej mieszkania pojawiła się sylwetka. Mężczyzna patrzył w dół.

Schowała się za śmietnikiem.

Musiała stąd odejść. Szybko.

Przebiegła przez podwórko, wyszła na ulicę. Była to mała, boczna uliczka na Mokotowie. Pusto, ciemno, tylko gdzieniegdzie paliły się latarnie.

Szła szybko, prawie biegnąc. Co chwila oglądała się za siebie.

Nikt nie szedł za nią.

Po godzinie dotarła na Dworzec Centralny. Kupiła bilet do dowolnego pociągu, który odjeżdżał najszybciej. Był to pociąg do Krakowa, za dziesięć minut.

Wsiadła.

W przedziale była sama. Odetchnęła głęboko.

Wyjęła pendrive. Wciąż był. Wciąż działał.

Spojrzała na ekran telefonu. Setki wiadomości, dziesiątki nieodebranych połączeń. Dzwonili wszyscy – szpital, rodzina, znajomi, dziennikarze.

Wyłączyła dźwięk.

Pociąg ruszył.

Za oknem przesuwały się światła Warszawy.

Myślała o tym, co się wydarzyło.

Ktoś chciał ją zabić. Albo przynajmniej zastraszyć.

Ktoś, kto wiedział o pendrive’ie.

Ktoś, kto miał dostęp do jej mieszkania.

Ktoś, kto znał jej adres.

I ktoś, kto był w stanie wynająć dwóch mężczyzn z wytrychami.

To nie był przypadek.

To była zorganizowana akcja.

Rozdział 6

W Krakowie wysiadła o trzeciej nad ranem.

Dworzec był prawie pusty. Kilku bezdomnych spało na ławkach, dwie pijane dziewczyny śpiewały pod peronem, ochroniarz palił papierosa przy wejściu.

Poszła do hotelu przy dworcu. Najtańszego, jaki znalazła. Pokój śmierdział wilgocią i papierosami, ale był ciepły i – na razie – bezpieczny.

Samotność detektywa-amatora. W krakowskiej izolatce hotelowej Anna Rakowiecka analizuje cyfrowe ślady zbrodni. Światło poranka padające na ekran laptopa symbolizuje nadzieję na odkrycie prawdy, mimo osaczenia przez potężnych graczy sektora ubezpieczeniowego

Położyła się na łóżku, nie rozbierając.

Zasnęła po pięciu minutach.

Śniła jej się matka. Siedziała w ogrodzie, uśmiechnięta, zdrowa. A potem nagle zaczęła sinieć, dusić się, padać na ziemię. I głos: „To twoja wina. Ty ją zabiłaś.”

Obudziła się z krzykiem.

Siódma rano.

Wstała, umyła twarz zimną wodą. Spojrzała w lustro – była blada, miała podkrążone oczy i zadrapania na czole od upadku.

Wyglądała jak ofiara.

Ale nie mogła być ofiarą.

Musiała walczyć.

Zadzwoniła do Wolskiego.

– Jestem w Krakowie – powiedziała. – Nie mogę wrócić do Warszawy. Oni mnie szukają.

– Rozumiem. Proszę mi powiedzieć, co pani znalazła.

– Mam dowody. Setki podejrzanych zgonów. Wszystkie powiązane z firmą „Bezpieczna Przyszłość” i z Żelaznym.

– Żelaznym? Mecenasem?

– Tak. On jest beneficjentem wielu polis. Przez swoją fundację.

– To poważne. Bardzo poważne.

– Wiem. I dlatego potrzebuję pomocy. Muszę dotrzeć do oryginalnej dokumentacji medycznej tych pacjentów. Bez tego moje dowody są tylko cyframi.

– Gdzie ta dokumentacja jest?

– W szpitalach. Ale oni już wiedzą, że jej szukam. Władowali się do mojego mieszkania, żeby zabrać pendrive.

– Udało im się?

– Nie. Mam go przy sobie.

– To dobrze. Ale niebezpiecznie. Proszę go nie zgubić.

– Postaram się.

– Mam znajomego w Krakowie. Były prokurator. Nazywa się Jacek Miller. Może pani pomóc.

– Zadzwoni pan do niego?

– Tak. Spotkajcie się. On jest uczciwy.

– Dziękuję.

– Proszę uważać na siebie.

Rozłączyli się.

Godzinę później dostała SMS z adresem. Kawiarnia na Kazimierzu.

Poszła.

Jacek Miller okazał się mężczyzną około sześćdziesiątki, z siwą brodą i łagodnymi oczami. Siedział przy stoliku z widokiem na synagogę, popijał kawę i czytał gazetę.

– Pani Anna? – zapytał, gdy podeszła.

– Tak.

– Proszę siadać. Adam mi o pani opowiadał. To straszna historia.

– To prawda. I potrzebuję pomocy.

– Służę.

Opowiedziała mu wszystko. O pacjentach, o polisach, o Żelaznym, o włamaniu, o ucieczce.

Miller słuchał w milczeniu. Gdy skończyła, pokiwał głową.

– To jeden z największych skandali, o jakich słyszałem. Ale bez dokumentacji medycznej nic nie wskóramy.

– Wiem. I dlatego muszę wrócić do Warszawy.

– To niebezpieczne. Oni będą na panią czekać.

– Wiem. Ale nie mam wyboru.

– Może ja pojadę? Jako prokurator, nawet były, mam pewne możliwości.

– Nie. To moja sprawa. Muszę to zrobić sama.

Miller spojrzał na nią uważnie.

– Ma pani rację. To pani walka. Ale proszę wziąć to.

Podał jej małe, czarne urządzenie.

Sojusz dwóch pokoleń prawników i lekarzy. Jacek Miller, korzystając ze swojego doświadczenia prokuratorskiego, przekazuje Annie narzędzia do bezpiecznego powrotu do Warszawy. Kazimierska sceneria dodaje scenie powagi i historycznego ciężaru w walce o sprawiedliwość.

– Co to?

– Lokalizator. Gdyby coś się działo, naciśnie pani guzik. Ja przyjadę.

– Dziękuję.

– I jeszcze jedno. – Wyjął z kieszeni wizytówkę. – Mój przyjaciel, doktor Andrzej Lewandowski, pracuje w szpitalu na Banacha. Na pani oddziale. Może pani pomóc.

– Lewandowski? Znam go. To dobry lekarz.

– To nie tylko dobry lekarz. To uczciwy człowiek. Może pani ufać.

Anna schowała wizytówkę.

– Dziękuję.

– Proszę wracać cała.

Wyszła z kawiarni.

Deszcz znów zaczął padać.

Ale tym razem nie czuła już chłodu.

Czuła determinację.

Wiedziała, że musi wrócić.

I że tym razem nie ucieknie.

Ona będzie ścigać.

Reklama

Najnowsze

Reklama
Poprzedni artykuł
Następny artykuł

Zobacz podobne:

Reklama