Reklama

RACHUNEK ZA ŻYCIE

CZĘŚĆ DRUGA: TAJEMNICZY INFORMATOR

Rozdział 3

Kawiarnia „Czytelnik” przy Mokotowskiej pachniała kawą, starymi książkami i wilgotnym papierem.

Anna przyszła dwadzieścia minut przed czasem. Usiadła przy stoliku w kącie, skąd miała widok na całą salę i na drzwi. Zamówiła czarną kawę i czekała.

Ludzie wchodzili i wychodzili. Studentki z laptopami, starsi panowie z gazetami, matki z dziećmi. Żaden nie wyglądał podejrzanie.

Dokładnie w południe drzwi otworzyły się i wszedł mężczyzna. Wysoki, szczupły, w czarnej kurtce. Mógł mieć około pięćdziesiątki, ale trudno było ocenić – twarz miał pociągłą, bladą, jakby nie wychodził na słońce od lat.

Podszedł do jej stolika, usiadł bez pytania.

– Dziękuję, że pani przyszła – powiedział. Głos miał ten sam, co w telefonie.

– Kim pan jest?

– Nazywam się Krzysztof. Nazwisko nie jest ważne. Ważne, że pracowałem w firmie „Bezpieczna Przyszłość” przez piętnaście lat. W dziale likwidacji szkód. Wiem o tych polisach wszystko.

– I co pan wie?

– Wie pani, że od dwóch lat w Polsce rośnie liczba zgonów osób, które miały wykupione ubezpieczenie na życie w naszej firmie? Wzrost o trzysta procent w porównaniu z poprzednim okresem.

– Trzysta? To niemożliwe.

– A jednak. I wie pani, co łączyło te wszystkie zgony? Wszystkie te osoby były hospitalizowane w różnych szpitalach w Warszawie. I wszystkie zmarły w przeciągu tygodnia od przyjęcia.

Anna poczuła, że robi jej się zimno.

– I ja jestem na tej liście.

– Tak. Pani oddział jest na pierwszym miejscu. Sześć zgonów w dwa lata. Reszta w innych szpitalach, ale zawsze na oddziałach, gdzie ordynatorami byli konkretni lekarze.

– Jacy lekarze?

– Pani. Doktor Wrona z Banacha. Doktor Zalewski z Woli. Doktor Miller z Czerniakowa. I kilku innych.

– Wrona? On też?

– Tak. Wrona jest na liście. Tyle że on nie leczył tych pacjentów. On tylko… podpisywał dokumenty.

– Podpisywał? Ale on jest rzecznikiem, nie ordynatorem.

– No właśnie. I tu jest pies pogrzebany. Wrona nie mógł leczyć tych ludzi, bo nie ma do tego uprawnień. A jednak w dokumentach widnieje jego podpis. Tak jak pani.

Anna milczała przez chwilę.

– Kto to robi? Kto fałszuje dokumentację?

– Nie wiem. Ale wiem, że wszystkie te polisy zostały wykupione przez jednego agenta ubezpieczeniowego.

– Kogo?

– Mecenasa Romana Żelaznego.

Anna zamarła.

– Żelaznego? Tego prawnika? On ma kancelarię na Koszykowej.

– Tego samego. On pośredniczył w wykupie wszystkich tych polis. On też był beneficjentem części z nich.

– Beneficjentem? To znaczy, że dostawał pieniądze po śmierci ubezpieczonych?

– Tak. W niektórych przypadkach polisy były przepisane na jego fundację. Fundację Pomocy Dzieciom.

– Ale po co mu to? Jest bogaty.

– Jest. Ale ma długi. Ogromne długi. Inwestował w jakieś podejrzane fundusze, stracił miliony. Potrzebował gotówki. I znalazł sposób.

– Zabijając ludzi?

– Przyspieszając ich śmierć. Ci ludzie i tak byli starzy, chorzy, mieli przed sobą może kilka miesięcy życia. On tylko… pomógł im odejść wcześniej. A przy okazji zarobił.

Anna wstała.

– Muszę iść na policję.

– Nie może pani. Nie ma pani dowodów. To tylko moje słowa. A ja jestem anonimowy.

– To niech pan ze mną pójdzie.

– Nie mogę. Oni mnie zabiją.

– Kto?

– Ludzie Żelaznego. On ma swoich ludzi wszędzie. W policji, w prokuraturze, w szpitalach.

Anna usiadła z powrotem.

– Co mam robić?

– Proszę znaleźć dokumenty. Prawdziwe dokumenty. Te, które nie zostały sfałszowane. W szpitalu musi być oryginalna dokumentacja tych pacjentów. Jeśli uda się pani do niej dotrzeć, będzie pani miała dowód.

– Gdzie jej szukać?

– Nie wiem. Ale wiem, że Żelazny ma swojego człowieka w szpitalu. Kogoś, kto ma dostęp do systemu. Kogoś, kto podmieniał karty.

– Wrona?

– Możliwe. Ale nie tylko. To może być ktoś z personelu. Pielęgniarka, lekarz, nawet salowa.

Anna pomyślała przez chwilę.

– A skąd mam wiedzieć, że pan mówi prawdę?

Krzysztof sięgnął do kieszeni i położył na stole pendrive.

– Tu są dane. Lista wszystkich podejrzanych zgonów. Nazwiska, daty, kwoty ubezpieczeń. I lista kont, na które wpłynęły pieniądze. Jedno z nich należy do Żelaznego.

Krzysztof, informator z wnętrza korporacji, przekazuje dane, które zmienią bieg śledztwa. Klasyczny klimat kawiarni literackiej kontrastuje z nowoczesnym nośnikiem danych, tworząc pomost między dawnym warszawskim stylem a współczesną przestępczością gospodarczą i ubezpieczeniową

Anna wzięła pendrive.

– Dlaczego mi pan pomaga?

– Bo moja matka była na tej liście. Zmarła w szpitalu na Woli dwa lata temu. Miała polisę w „Bezpiecznej Przyszłości”. I miała osiemdziesiąt lat i lekkie przeziębienie. Zmarła po trzech dniach. Lekarze powiedzieli, że serce. Ale ja wiem, że to nieprawda. Ona była zdrowa.

W jego oczach pojawiły się łzy.

– Przepraszam – wyszeptał.

Wstał i wyszedł szybko.

Zanim Anna zdążyła zareagować, zniknął w tłumie na Mokotowskiej.

Została sama.

Z pendrive’em w dłoni.

I z setką pytań bez odpowiedzi.

Rozdział 4

Wróciła do domu późnym popołudniem.

Deszcz ustał, ale niebo pozostało szare i ciężkie. W mieszkaniu było zimno – kaloryfery ledwo grzały. Włączyła komputer i włożyła pendrive.

Na ekranie pojawiły się pliki. Setki plików. Excela, PDF-y, skany.

Zaczęła przeglądać.

Dane były przerażające.

Lista obejmowała ponad sto nazwisk. Wszystkie osoby zmarłe w warszawskich szpitalach w ciągu ostatnich dwóch lat. Wszystkie w wieku powyżej sześćdziesiątego piątego roku życia. Wszystkie z chorobami przewlekłymi – cukrzycą, nadciśnieniem, niewydolnością serca. I wszystkie – uwaga – wszystkie miały wykupione ubezpieczenie na życie w firmie „Bezpieczna Przyszłość”.

Średnia kwota polisy: 200 tysięcy złotych.

Łączna suma wypłaconych świadczeń: ponad 20 milionów złotych.

Beneficjenci: rodziny. Ale w kilkunastu przypadkach – Fundacja Pomocy Dzieciom.

Prezes fundacji: Roman Żelazny.

Anna przetarła oczy.

To było większe, niż przypuszczała.

To nie był pojedynczy przypadek. To była zorganizowana akcja.

Ktoś w szpitalach – może kilku lekarzy – współpracował z Żelaznym. Przyjmował pacjentów, którzy mieli wykupione polisy. I przyspieszał ich śmierć. W zamian dostawał prowizję. Może procent od każdej polisy.

A ona została wrobiona, bo jej podpis był najłatwiejszy do podrobienia.

Albo bo ktoś chciał, żeby to na nią padło.

Nagle usłyszała dźwięk.

Cichy, ale wyraźny.

Ktoś przekręcał klucz w zamku.

Zamarła.

Drzwi do mieszkania były zamknięte na wszystkie zamki. Mieszkała na trzecim piętrze. Nikt nie miał klucza.

Ale ktoś próbował wejść.

Szybko wyłączyła komputer, schowała pendrive do kieszeni. Po cichu podeszła do drzwi i zajrzała przez wizjer.

Na korytarzu stało dwóch mężczyzn. Jeden wysoki, drugi niższy. Obaj w czarnych kurtkach. Obaj mieli twarze zasłonięte kominiarkami.

Jeden z nich właśnie wkładał coś do zamka. Wytrych.

Anna cofnęła się.

Nie miała czasu. Nie mogła uciec – jedyne wyjście było przez drzwi. Nie mogła dzwonić na policję – usłyszeliby.

Rozejrzała się po mieszkaniu.

Okno.

Trzecie piętro. Za wysoko.

Ale obok okna była rynna. Stara, żelazna, przymocowana do ściany. Może wytrzyma?

Dramatyczna próba ratowania życia. Ujęcie dynamiczne ukazuje desperację Anny, zmuszonej do ucieczki rynną przed niezidentyfikowanymi sprawcami. To moment, w którym thriller medyczny zamienia się w czystą walkę o przetrwanie na tle nocnej architektury warszawskiego Mokotowa

Nie miała wyboru.

Otworzyła okno, wyjrzała na zewnątrz. Rynna była jakieś pół metra od parapetu. Sięgnęła, chwyciła ją obiema rękami.

Była zimna. I śliska od deszczu.

Przełożyła nogi przez parapet, zawisła na rękach.

Rynna zgrzytnęła, ale utrzymała.

Zaczęła schodzić w dół.

Ręce ślizgały się na mokrej powierzchni. Serce waliło jej jak młotem. Słyszała, jak w mieszkaniu otwierają się drzwi. Głosy. Przekleństwa.

Była na wysokości drugiego piętra.

Rynna znowu zgrzytnęła.

Bardziej.

I wtedy puściła.

Runęła w dół.

Reklama

Najnowsze

Reklama
Poprzedni artykuł
Następny artykuł

Zobacz podobne:

Reklama