Część 2: Należności i zobowiązania
Kawiarnia „Czytelnik” pachniała kawą i starymi książkami. Marek wszedł punktualnie o 7.30, zziajany, nieogolony, w tym samym ubraniu co wczoraj. Wnętrze było prawie puste. Tylko przy stoliku pod oknem siedziała kobieta około trzydziestki, z krótkimi, ciemnymi włosami i wyrazistymi zielonymi oczami. Czytała „Gazetę Wyborczą”, ale znać było, że co chwila zerka na drzwi.
Gdy Marek podszedł, odłożyła gazetę.
— Pan Nowak? Jestem doktor Anna Grzegorzewska. — Wyciągnęła dłoń. Uścisk miała pewny, suchy. — To ja wysłałam SMS.
— Grzegorzewska? — powtórzył Marek, siadając. — To pani jest spokrewniona z…?
— Z profesorem Andrzejem Grzegorzewskim, twórcą metody GenoClean. To mój ojciec. I dlatego tu jestem.
Zamówiła dwie kawy. Zanim kelner odszedł, Marek nie wytrzymał.
— Co pani wie o śmierci Roberta? I dlaczego ostrzegała mnie pani przed Ratajczakiem?
Anna poprawiła się na krześle. Światło poranka wpadało przez witrynę, kładąc na jej twarzy złote plamy.

— Robert był moim przyjacielem. I inwestorem w projekcie ojca. Ale ojciec zniknął trzy tygodnie temu. Po prostu wyszedł z laboratorium i ślad po nim zaginął. Policja umorzyła poszukiwania, twierdząc, że to dobrowolne zaginięcie. Ale ja wiem, że ojciec nigdy by nie zostawił swoich badań. Zwłaszcza teraz, gdy byliśmy o krok od przełomu.
— GenoClean? — wtrącił Marek.
— Tak. To terapia celowana, która może zrewolucjonizować leczenie raka trzustki. Ale nie tylko. Ojciec odkrył coś jeszcze. Coś, czego nie zapisał w oficjalnej dokumentacji. Mówił mi o tym w tajemnicy. Że technologia ma potencjał do… manipulacji. Nie tylko leczenia, ale i modyfikacji genetycznych na poziomie, który budził obawy.
Marek przypomniał sobie aneks. Przeniesienie praw do patentów w przypadku niespłacenia kredytu.
— Kto finansował fundację? — zapytał.
— Konsorcjum banków, ale głównym kredytodawcą jest wasz bank, „Meritum”. I tu dochodzimy do sedna. — Anna pochyliła się. — Robert odkrył, że ktoś w banku sfałszował dokumenty. Warunki kredytu były tak skonstruowane, że fundacja nie miała szans ich spłacić. To była pułapka. Celem było przejęcie patentów.
— A Ratajczak?
— On reprezentuje interesy nie tyle fundacji, co pewnej firmy ubezpieczeniowej. „Polska Dystrybucja Ubezpieczeń”. To on wprowadził do umowy klauzulę o przeniesieniu praw. I to on namówił Roberta do podpisania aneksu, twierdząc, że to standardowa procedura. Robert mu ufał.
Marek pił kawę, choć była gorzka i parzyła język. Próbował układać puzzle.
— A co z tym ubezpieczeniem na życie dzieci? Robert podpisał je tydzień temu.
Anna spojrzała na niego uważnie.
— Skąd pan wie?
— Mówiła mi pani Wysocka.
— Ewa? — Anna pokręciła głową. — Ona nie wie wszystkiego. To ubezpieczenie to też część układanki. Polisa na milion złotych, wystawiona przez towarzystwo powiązane z „Polską Dystrybucją”. Gdyby Robert zginął, pieniądze trafiają do fundacji, a nie do rodziny. Dziwne, prawda?
Marek poczuł, że robi mu się gorąco.
— Czyli śmierć Roberta była im na rękę. Fundacja dostaje kasę, a bank przejmuje patenty, bo kredyt nie został spłacony. Dwie pieczenie na jednym ogniu.
— I ojciec zniknął, bo pewnie wiedział za dużo. — dokończyła Anna.
W kawiarni zrobiło się gwarno. Wszedł nowy klient, mężczyzna w średnim wieku, z teczką. Rzucił okiem w ich stronę, po czym usiadł przy barze. Marek wyczuł fałszywą nutę w jego zachowaniu – za bardzo starał się wyglądać na zwykłego gościa.
— Musimy iść. — szepnął do Anny. — Chyba ktoś nas śledzi.
Wyszli bocznym wyjściem na dziedziniec Uniwersytetu. Poranne powietrze było rześkie, pachniało wilgotnym asfaltem i kwiatami z pobliskiego skwerku.
— Gdzie teraz? — zapytała Anna.
— Do Ratajczaka. Na Foksal. Umówiony jestem na ósmą. Skoro pani mówi, że to on jest podejrzany, chcę zobaczyć jego reakcję, gdy się dowie, że żyję i że mam kopię aneksu.
— To niebezpieczne.
— Wiem. Ale nie mam wyboru.
Na Foksal dotarli kilka minut po ósmej. Kamienica była odnowiona, z elegancką mosiężną tabliczką: „Kancelaria Radcy Prawnego Grzegorz Ratajczak”. Weszli na piętro. Drzwi były uchylone. Marek zapukał, ale nikt nie odpowiedział. Otworzył je szerzej.
W środku panował bałagan. Papiery porozrzucane po podłodze, szuflady powyciągane, komputer z rozbitą matrycą. A na środku gabinetu, w fotelu, siedział Ratajczak. Z szeroko otwartymi oczami i dziurą w czole. Na jego piersi leżała kartka. To samo hasło: „Grzegorzewski”.
Anna krzyknęła. Marek złapał ją za rękę.
— Cicho! — syknął. — Musimy stąd iść. Zaraz ktoś przyjdzie.
Ale zanim zdążyli się ruszyć, w drzwiach stanął komisarz Wilk.
— Pan Nowak. I pani…? — spojrzał na Annę. — Proszę nie robić gwałtownych ruchów. I proszę wyjaśnić, co państwo tutaj robią.
Marek opowiedział wszystko szybko, chaotycznie, pokazując kopię aneksu. Wilk słuchał z kamienną twarzą.
— Ciekawa historia. Ale ma pan pecha, panie Nowak. Pańskie odciski są wszędzie. Na kartce u Wysockiego, na tej kopii, i teraz tutaj, na klamce. I za każdym razem pojawia się pan na miejscu zbrodni.
— To niemożliwe! — zaprotestował Marek. — Ja dopiero wszedłem!
— Spokojnie. — Wilk podszedł do ciała. — Faktycznie, rana jest świeża. Ale to nie zmienia faktu, że ma pan motyw. Podobno Robert chciał pana zwolnić? I podobno groził panu, że ujawni pańskie prywatne transakcje na giełdzie?
Marek zbladł.
— To nieprawda. To jakieś nieporozumienie.
Wilk westchnął.
— Pójdzie pan ze mną. Pani również.
W komisariacie przesłuchiwano ich godzinami. Marek tłumaczył, że ktoś go wrabia. Anna zeznawała zgodnie z prawdą. Wilk był sceptyczny, ale widać było, że coś mu nie gra. Gdy wychodzili, zatrzymał ich na korytarzu.
— Jest pewien szczegół. Przy ciele Ratajczaka znaleźliśmy wizytówkę. Pańską, panie Nowak. Z odręcznym dopiskiem: „Aneks 3 – oryginał u Ewy”. Co to znaczy?
Marka zamurowało.
— Ja nie… Nie zostawiałem tam wizytówki.
— No właśnie. Ktoś chciał, żebyśmy ją znaleźli. I żebyśmy poszli do pani Wysockiej. A skoro o niej mowa… — Wilk zawahał się. — Pani Wysocka nie żyje. Znaleziona dziś rano w swoim domu. Uduszenie. I zgadnijcie, co mieliśmy przy niej?
Marek poczuł, że nogi się pod nim uginają.
— Nie… Niech pan nie mówi…
— Pańskie odciski. Na butelce wina w jej kuchni.
Anna chwyciła go za ramię, żeby nie upadł. W głowie mu szumiało. Ktoś perfekcyjnie zaplanował całą intrygę. Ktoś, kto miał dostęp do jego odcisków, do jego wizytówki, do wszystkiego.
— Panie komisarzu — wykrztusił. — To zasadzka. Ktoś mnie wrabia. Proszę sprawdzić firmę ubezpieczeniową, fundację, patenty. To wszystko jest połączone.
— Już to robimy. — Wilk skinął na policjanta. — Na razie zostanie pan w areszcie na 48 godzin. Pani jest wolna, ale proszę nie opuszczać miasta.
Gdy wyprowadzali Marka, Anna krzyknęła:
— Znajdę dowody! Nie dam im tego zrobić!
Marek spojrzał na nią z wdzięcznością. W jego oczach było coś więcej niż tylko prośba o pomoc. Była iskra nadziei.
W celi śmierdziało potem i środkami czystości. Marek leżał na pryczy i wpatrywał się w sufit. Myślał o Ewie, o Robercie, o Ratajczaku. Wszyscy nie żyją. Wszyscy, którzy mogli coś wiedzieć. I wszyscy, którzy zostawili ślady prowadzące do niego.
Nagle drzwi celi się otworzyły. Wszedł Wilk, ale nie sam. Obok niego stał starszy mężczyzna w eleganckim garniturze. Miał siwe włosy, pociągłą twarz i uważne, szare oczy.

— Panie Nowak, to jest profesor Andrzej Grzegorzewski. Żyje i ma panu wiele do powiedzenia.
Marek usiadł gwałtownie. Profesor Grzegorzewski? Ojciec Anny? Ale przecież zaginął!
Profesor podszedł do pryczy i usiadł na jej brzegu. Pachniał drogimi cygarami i starą skórą.
— Przepraszam pana za te wszystkie kłopoty — powiedział cicho. — To moja wina. Ukrywałem się, bo odkryłem, kto stoi za spiskiem. I bałem się o życie córki. Ale teraz, gdy zginęli niewinni ludzie, muszę wyjść z cienia.
— Kto? Kto za tym stoi? — wykrztusił Marek.
Profesor spojrzał na Wilka. Ten skinął głową.
— Prezes banku „Meritum”. I człowiek, którego pan zna. Który od początku kierował pańskimi ruchami. Który wysyłał SMS-y i ostrzegał przed Ratajczakiem, żeby pana tam zaprowadzić.
Marek wpatrywał się w profesora. Nagle dotarło do niego.
— Anna? — szepnął z niedowierzaniem. — To niemożliwe.
— Niestety, możliwe. — Profesor spuścił wzrok. — Moja córka jest współwłaścicielką firmy ubezpieczeniowej, która miała przejąć patenty. Nie wiedziałem o tym, dopóki nie zacząłem szukać. To ona sfałszowała dokumenty, to ona zabiła Roberta i Ratajczaka, gdy zaczęli jej zagrażać. I to ona zabiła Ewę, bo ta miała zeznawać.
Marekowi zakręciło się w głowie. Zielone oczy Anny, jej pewny uścisk dłoni, troska w głosie… Wszystko było grą.
— Ale po co? Po co mnie wrabiać?
— Bo był pan jedyną osobą, która mogła odkryć prawdę. Robert panu ufał. I potrzebowała kożła ofiarnego. Kogoś, kto odwróci uwagę policji, gdy ona będzie finalizować przejęcie patentów.
Wilk wstał.
— Już wysłałem ludzi do jej mieszkania. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, dziś wieczorem będzie w areszcie. Pan wyjdzie na wolność za kilka godzin. Ale potrzebujemy pańskich zeznań.
Marek oparł głowę o zimną ścianę. Czuł się pusty. Zaufanie, które zbudował do Anny, pękło jak bańka mydlana. Ale w tym wszystkim była jeszcze jedna myśl, która nie dawała mu spokoju.
— Profesorze, co z GenoClean? Czy ta technologia jest bezpieczna?
Grzegorzewski uśmiechnął się blado.
— Jest bezpieczna. I właśnie dlatego chcieli ją przejąć. Nie dla leczenia, ale dla manipulacji. Ale teraz, gdy wiemy wszystko, mogę ją oddać w ręce prawdziwych naukowców. Może kiedyś uratuje życie tysiącom ludzi.
Marek skinął głową. Za oknem celi zapadał zmierzch. Wiedział, że to nie koniec. Że czeka go jeszcze wiele przesłuchań, procesów, ale przynajmniej prawda wyszła na jaw.
Gdy wypuszczono go o 22.00, na dworze padał deszcz. Stał pod komisariatem i patrzył na krople rozbijające się o chodnik. Nagle zobaczył ją. Annę. Stała po drugiej stronie ulicy, pod latarnią, mokra, z rozwianymi włosami. Patrzyła na niego. W jej oczach nie było już zielonej niewinności, tylko ciemność.
Podeszła do krawężnika.
— Przepraszam — powiedziała tak cicho, że prawie nie usłyszał. — To nie miało tak wyglądać.
I zanim ktokolwiek zdołał zareagować, rzuciła się pod nadjeżdżającą ciężarówkę.
Marek krzyknął. Rozległ się pisk opon, głuchy odgłos. Ciężarówka zatrzymała się kilkadziesiąt metrów dalej. Na asfalcie została tylko kałuża krwi, rozmywana przez deszcz.

Policjanci wybiegli z budynku. Marek stał jak skamieniały. Czuł zapach wilgoci, benzyny i metalu. I słyszał w głowie echo jej ostatniego słowa: „Przepraszam”.
Koniec części 2
