Reklama

DOM Z EGZEKUCJĄ

CZĘŚĆ DRUGA: SPRAWA NR 217

Rozdział 6

Sąd Okręgowy w Chicago mieścił się w budynku, który wyglądał jak świątynia sprawiedliwości – kolumny, schody, wysokie okna, przez które wpadało światło układające się w złote prostokąty na marmurowej posadzce.

I ochrona.

Mnóstwo ochrony.

Przy wejściu trzeba było przejść przez bramki, pokazać dokumenty, wpisać się na listę. Zrobiłam to wszystko mechanicznie, myśląc o wiadomości od Toma.

Jak nie oddasz klucza, to mnie odwiedzą.

Nie odpisałam. Nie wiedziałam, co napisać. Przepraszam, Tom, że przez ciebie ktoś ci grozi? Nie przepraszam. Bo to nie moja wina. Ale i tak czułam się winna.

Winda na piąte piętro była nowoczesna, cicha, klimatyzowana. Inny świat niż ten przy LaSalle Street.

Archiwum zajmowało całe skrzydło. Długie rzędy regałów, na nich tysiące segregatorów, każdy oznaczony numerem sprawy i rokiem. Przy wejściu biurko, za nim siedziała kobieta około sześćdziesiątki z okularami na łańcuszku i miną, która mówiła: nie zawracaj mi głowy.

– Dzień dobry – powiedziałam, uśmiechając się tak miło, jak umiałam. – Szukam akt sprawy numer 217.

Kobieta podniosła wzrok znad monitora.

– Rok?

– Nie wiem.

– Nazwisko?

– Kowalski. Marek Kowalski. Albo DeLuca. Vincent DeLuca.

Przez jej twarz przemknął cień. Tylko na sekundę, ale go zauważyłam.

– Proszę chwilę poczekać.

Zniknęła wśród regałów.

Czekałam. Minęła minuta. Pięć. Dziesięć.

Wstałam z krzesła i podeszłam do wejścia między regały.

– Przepraszam? – zawołałam.

Cisza.

Poszłam w głąb.

Regały były wysokie, sięgające sufitu, wąskie przejścia między nimi tworzyły labirynt. Szłam, czytając numery na grzbietach segregatorów. 210, 212, 215…

1.

Miejsce było puste.

Na półce stał tylko jeden segregator – 216 i jeden – 218. Między nimi przerwa. Jakby ktoś wyjął ten środkowy i nie włożył z powrotem.

Odwróciłam się.

Kobieta stała za mną.

– Przykro mi – powiedziała. – Ta sprawa została przeniesiona do archiwum zamkniętego. Potrzebuje pani zgody sędziego.

– Jakiego sędziego?

– Tego, który prowadził sprawę.

– A kto to był?

Spojrzała na mnie przez chwilę, jakby ważyła, czy może powiedzieć.

– Sędzia Robert Morrison. Ale on nie żyje.

– Od kiedy?

– Od pięciu lat. Zmarł nagle na atak serca.

Zamarłam.

Pięć lat temu.

Wtedy, kiedy zginęła moja matka.

– Dziękuję – powiedziałam automatycznie.

Wyszłam z archiwum szybciej, niż powinnam. W windzie oparłam się o ścianę i zamknęłam oczy.

Sędzia nie żyje.

Sprawa zniknęła.

Matka nie żyje.

Ojciec nie żyje.

Vincent nie żyje.

Wszyscy, którzy wiedzieli, umarli.

I zostałam ja z kluczem, którego nie rozumiałam, i z listem, który ostrzegał przed wszystkim.

Na parterze, w holu głównym, ktoś na mnie czekał.

Rozdział 7

Mężczyzna siedział na ławce naprzeciwko wejścia. Mógł mieć trzydzieści lat, może trochę więcej, ciemne włosy, zmęczone oczy, dżinsy i skórzana kurtka mimo upału. Czytał gazetę, ale nie odwracał stron.

Kiedy go minęłam, podniósł wzrok.

– Pani Nora Kowalski?

Zatrzymałam się.

– Kim pan jest?

Wstał, złożył gazetę i wsunął ją pod pachę.

– Detektyw James Ryan. Wydział zabójstw.

Pokazał odznakę. Prawdziwą, na szczęście. Chyba.

– O co chodzi?

– Chciałbym zadać kilka pytań. Może gdzieś usiądziemy?

Rozejrzałam się. Ludzie przechodzili obojętnie, nikt nie zwracał na nas uwagi.

– Tu może być.

– Jak pani woli.

Usiedliśmy na ławce, z której wstał. Była ciepła od słońca.

– Prowadzę śledztwo w sprawie śmierci Vincenta DeLuki – powiedział. – I państwa ojca.

– Mój ojciec zmarł na nowotwór.

– Tak, w szpitalu, pod opieką lekarzy. Ale interesuje mnie okres poprzedzający jego śmierć. I pani wizyta w kancelarii dziś rano.

Skąd on wiedział?

– Śledzi mnie pan?

– Obserwuję. To różnica.

– Niewielka.

Wzruszył ramionami.

– DeLuca został zastrzelony z pistoletu, który nigdy nie został znaleziony. Mamy podstawy sądzić, że broń mogła należeć do pani ojca.

Śmiech mnie porwał. Nerwowy, niekontrolowany.

– Mój ojciec nigdy nie miał broni. Był agentem nieruchomości. Oglądał telewizję. Grał w golfa. Nie strzelał do ludzi.

Ryan patrzył na mnie spokojnie.

– A jednak w sejfie w jego gabinecie, który pani otworzyła dziś rano, był pistolet. I list.

Odnalezienie ukrytych dowodów w biurach prawnych to przełom w sprawach o szkody osobowe. Dokumenty z sejfów często służą jako kluczowy dowód dla biegłych rewidentów, którzy badają nieprawidłowości finansowe, wyłudzenia oraz skomplikowane procesy o odszkodowania powypadkowe

Zamilkłam.

– Skąd pan… – zaczęłam, ale przerwał.

– Kamery, pani Kowalski. W kancelarii są kamery. Ktoś je włączył zdalnie, kiedy pani weszła. I ktoś wysłał mi nagranie.

– Kto?

– Tego nie wiem. Ale to znaczy, że ktoś obserwuje nie tylko panią. Również mnie.

Spojrzał mi prosto w oczy.

– I to znaczy, że jeśli chce pani przeżyć, musi mi pani zaufać.

– Wszyscy mi mówią, żebym nikomu nie ufała. Frank, list od ojca, nawet Vincent na kartce.

– I mają rację. Ale ja jestem gliną. Mam odznakę. Mam nazwisko. Mam przełożonych. Gdybym chciał panią skrzywdzić, zrobiłbym to już dawno.

– Skąd mam wiedzieć, że to prawda?

– Nie ma pani skąd. Ale ma pani wybór. Zadzwonić do kogoś, kto może potwierdzić, że jestem tym, za kogo się podaję, albo iść dalej sama.

Wyjęłam telefon.

– Numer do pana przełożonego?

Podał.

Zadzwoniłam. Odebrał ktoś w wydziale, potwierdził, że detektyw Ryan pracuje w zabójstwach od pięciu lat, że ma czystą kartotekę i że prowadzi sprawę DeLuki.

Rozłączyłam się.

– Dobrze. W co pan gra?

– Nie gram. Prowadzę śledztwo. I myślę, że pani ojciec i DeLuca zostali zabici, bo wiedzieli coś, czego nie powinni wiedzieć. I że pani jest teraz w posiadaniu tego czegoś.

– Klucza?

– Klucza. I wiedzy, do czego on pasuje.

– Nie wiem, do czego pasuje.

– Ale ktoś myśli, że pani wie. I to wystarczy.

Spojrzał na swoje dłonie, potem znów na mnie.

– Gdzie pani teraz idzie?

– Nie wiem. Do domu? Do hotelu?

– Nie radzę. Jeśli wrócisz na Grove Street, będą na ciebie czekać. Jeśli pójdziesz do hotelu, znajdą cię w rejestracji. Musisz być o krok przed nimi.

– To co mam robić?

Wstał.

– Pojedziemy do mnie.

– Do pana?

– Mieszkam sam. Nikt nie będzie cię tam szukał. A rano pójdziemy do archiwum państwowego. Jest jeszcze jedno miejsce, gdzie mogą być kopie akt. Sprawy federalne.

– Federalne?

Skinął głową.

– Sprawa 217. Jeśli była na tyle poważna, że trafiła do sądu okręgowego, mogła mieć też wątek federalny. A tam archiwizacja jest inna. Trudniej coś zniszczyć.

Wahałam się.

– To głupie. Iść z nieznajomym do domu.

– Tak. Ale głupsze jest zostać tam, gdzie mogą cię znaleźć.

Wstałam.

– Dobrze. Ale jeśli mnie pan oszuka…

– …to będzie pani miała okazję powiedzieć „a nie mówiłam”. Zgodziłaby się pani?

Mimo wszystko uśmiechnęłam się.

– Może.

Wyszliśmy z gmachu sądu w popołudniowe słońce. Ryan szedł szybko, rozglądając się na boki. Ja za nim, starając się nadążyć.

Na parkingu przy sądzie stał stary ford, granatowy, z rdzawymi progami.

– Wsiadaj.

Usiadłam z przodu. W środku pachniało papierosami i psem, choć psa nie widziałam.

– Mieszka pan sam?

– Tak. Od trzech lat.

– Były?

– Rozwód. Dzieci nie ma.

– Przepraszam.

– Nie ma za co. Tak wyszło.

Ruszył, włączając się w ruch na Dearborn Street.

– A pani? – zapytał. – Mąż? Chłopak?

– Były. Dzwonił dziś, że ktoś mu grozi.

Ryan spojrzał na mnie szybko.

– Grozi? Jak?

– Wiadomość. Że jak nie oddam klucza, to go odwiedzą.

– I co mu pani odpowiedziała?

– Nic. Nie wiedziałam co.

– Dobrze. Nie odzywaj się do niego. I nie mów, gdzie jesteś.

– On nie wie.

– Na razie.

Jechaliśmy w milczeniu przez miasto. Skręciliśmy w węższe ulice, potem w jeszcze węższe, aż znaleźliśmy się w dzielnicy domów jednorodzinnych z lat pięćdziesiątych. Małe, zadbane, z trawnikami i garażami.

Ryan zatrzymał się przed jednym z nich. Biały, z niebieskimi okiennicami, na podjeździe rower.

– Myślałam, że pan nie ma dzieci.

– Nie mam. To rower sąsiada. Czasem go pożyczam.

Wysiedliśmy.

W środku było czysto, ale skromnie. Kanapa, telewizor, kuchnia połączona z salonem. Na stole leżały akta.

– Siadaj – powiedział, wskazując kanapę. – Zrobię kawę.

Usiadłam. Czułam się dziwnie. Jakbym uciekła z planu filmowego i wylądowała w czyimś prawdziwym życiu.

Ryan przyniósł dwie filiżanki. Postawił przede mną jedną.

– Opowiedz mi wszystko. Od początku. Od momentu, kiedy weszłaś do tego domu.

Opowiedziałam.

O klamce, która była lodowata. O zapachu jaśminu. O Franku, o liście, o kluczu. O kancelarii, o sejfie, o pistolecie. O Richardzie Cole’u, który pojawił się znikąd. O archiwum i znikniętych aktach.

Słuchał w milczeniu, nie przerywając. Kiedy skończyłam, odchylił się na krześle i zamknął oczy na chwilę.

– Cole – powiedział w końcu. – Znam to nazwisko. Był wspólnikiem DeLuki. Po jego śmierci przejął kilka spraw. Ale nigdy nie widziałem go w kancelarii.

– Mówił, że Frank do niego zadzwonił.

– Frank Morano. Ten sąsiad?

– Tak.

– I kazał ci nie ufać Frankowi, tak? W tym liście od Vincenta?

– Tak.

Ryan otworzył oczy.

– To znaczy, że ktoś gra na dwa fronty. Frank mówi ci jedno, Cole mówi drugie, a ty jesteś w środku.

– I co mam robić?

– Czekać. Jutro pójdziemy do archiwum federalnego. Dziś odpoczywaj.

Wskazał na kanapę.

– Rozłóż sobie. Pościel jest w szafie w korytarzu. Łazienka na górze.

– A pan?

– Mam dyżur. Wyjdę na kilka godzin. Zamknij drzwi na klucz. Nie otwieraj nikomu.

– Nawet panu?

– Zwłaszcza mnie. Jeśli wrócę, zapukam trzy razy, potem dwa, potem znów trzy. Zapamiętasz?

Skinęłam głową.

Wyszedł.

Zostałam sama w obcym domu, z filiżanką wystygłej kawy w dłoni i z myślą, że może to najgłupsza decyzja w moim życiu.

Poszłam na górę. Łazienka była mała, ale czysta. Umyłam twarz, spojrzałam w lustro.

Odbicie patrzyło na mnie obcymi oczami.

Czy to możliwe, że człowiek, z którym wychowywałam się przez dwadzieścia lat, był kimś innym?

Czy to możliwe, że nie znałam własnego ojca?

Zeszłam na dół, rozłożyłam kanapę, znalazłam pościel. Położyłam się, ale nie mogłam spać.

Myślałam o Tomie.

Myślałam o liście.

Myślałam o kluczu, który wciąż był w mojej kieszeni.

Około drugiej nad ranem usłyszałam pukanie.

Trzy razy. Potem dwa. Potem trzy.

Ryan.

Otworzyłam.

Stał w drzwiach blady jak ściana.

– Mamy problem – powiedział. – Frank Morano nie żyje.

Rozdział 8

Usiadłam ciężko na kanapie.

– Jak to nie żyje?

Ryan wszedł, zamknął drzwi, oparł się o nie plecami.

– Znaleźli go przed domem. Godzinę temu. Ktoś do niego strzelał. Dwa razy w klatkę piersiową.

– Boże…

– Byłeś ostatnią osobą, która go widziała. Kiedy rozmawiałaś z nim ostatni raz?

– W nocy. Kiedy ktoś uciekł z domu. Stał na trawniku.

– I co mówił?

– Żebym nikomu nie ufała. I że listy w komodzie ktoś podłożył.

Ryan potarł twarz dłońmi.

– To znaczy, że Frank wiedział. I ktoś się dowiedział, że wie.

– Ale skąd?

– Nie wiem. Może cię śledzili. Może podsłuchiwali. Może mieli kogoś w sądzie. To nie ma teraz znaczenia. Ważne, że ty jesteś następna.

Wstałam.

– To co robimy? Uciekamy?

– Nie. Jedziemy do archiwum federalnego. Teraz. W nocy. Zanim ktoś zdąży pomyśleć, że tam pójdziemy.

– Ale jest noc. Archiwum jest zamknięte.

Ryan uśmiechnął się blado.

– Pracowałem kiedyś w ochronie. Znam kogoś, kto ma klucze.

Wyszliśmy w ciemność. Księżyc wisiał nad dachami, ulice były puste. Ford Russe’a stał zaparkowany pod latarnią.

Jechaliśmy szybko, omijając główne arterie. Ryan co chwila zerkał w lusterko.

– Śledzą nas? – zapytałam.

– Nie widzę. Ale to nie znaczy, że nie ma.

Dotarliśmy do budynku federalnego przy Dirksen Parkway. Ogromny, oświetlony tylko z parteru, wyglądał jak twierdza.

Ryan zaparkował z boku, wyjął telefon, zadzwonił.

– To ja. Jesteśmy. Otwieraj.

Po chwili drzwi boczne uchyliły się. W środku stał mężczyzna w mundurze ochrony, starszy, z wąsem.

– Masz dziesięć minut – powiedział do Ryana. – Potem zmiana wachtowego.

– Wystarczy.

Przeszliśmy przez korytarze, windą na trzecie piętro, potem kolejnymi drzwiami. Archiwum federalne było jeszcze większe niż to w sądzie okręgowym. Regały sięgały sufitu, a między nimi jeździły drabiny na szynach.

– Gdzie szukać? – zapytał Ryan.

– Sprawa 217. Rok nieznany.

Ruszyliśmy w głąb.

Szliśmy minutę, dwie. Numery na segregatorach zmieniały się, ale 217 nie było.

– Może to pomyłka – powiedziałam. – Może to nie ta sprawa.

– Jest – powiedział Ryan, zatrzymując się nagle. – Patrz.

Na najwyższej półce, przy samej ścianie, stał segregator oznaczony: 217 – DeLuca vs. USA. Akta zamknięte.

– Jak weźmiemy? – zapytałam.

Dostęp do akt federalnych wymaga ścisłej procedury litigaton support. W głośnych procesach przeciwko instytucjom państwowym, wsparcie, jakie oferuje prawnik od praw obywatelskich, pozwala na skuteczne dochodzenie prawdy i uzyskanie wysokiego zadośćuczynienia za naruszenie procedur.

Ryan podciągnął drabinę, wdrapał się na górę. Sięgnął po segregator, ale w tym momencie z dołu dobiegł krzyk.

– Stój! Policja!

Odwróciłam się.

W wejściu stało trzech mężczyzn. Cywile, ale z bronią w rękach.

Ryan zeskoczył z drabiny, zasłaniając mnie sobą.

– Rzuć broń! – krzyknął jeden z napastników.

– Nie mam broni – powiedział Ryan spokojnie. – Jestem gliną.

– My też.

Pokazali odznaki.

FBI.

Ryan spojrzał na mnie.

– Mieliśmy pecha – powiedział cicho.

Jeden z agentów podszedł, wyrwał mu segregator z rąk.

– Przykro mi, detektywie. To sprawa federalna. Nie macie prawa tu być.

– A wy? – zapytał Ryan.

– My mamy. Wszystko.

Odwrócił się do mnie.

– Pani Kowalski? Proszę z nami.

– Dokąd?

– Na przesłuchanie.

Zabrali nas.

I segregator.

A ja zostałam z pytaniem, którego nie mogłam zadać.

Co było w tych aktach, że FBI zainteresowało się nimi w środku nocy?

Rozdział 9

Przesłuchanie trwało cztery godziny.

Najpierw osobno, potem razem, potem znów osobno. Zadawali te same pytania: skąd wiedzieliśmy o archiwum, kto nam pomógł, co wiemy o sprawie 217.

Mówiłam prawdę. Że nic nie wiem. Że szukam odpowiedzi. Że Frank nie żyje, a Tom dostał groźby.

Nie wierzyli.

Ale nie mieli dowodów, żeby mnie zatrzymać.

O szóstej rano wypuścili nas oboje. Na chodniku przed budynkiem FBI wschodziło słońce, a ja czułam się, jakbym nie spała od tygodnia.

Ryan stał obok, blady i zmęczony.

– I co teraz? – zapytałam.

– Teraz wracamy do punktu wyjścia. Oni mają akta. My mamy… nic.

– Mamy klucz.

– Do czego?

– Nie wiem. Ale skoro wszyscy go chcą, znaczy, że jest ważny.

Ryan spojrzał na mnie.

– Masz rację. Chodźmy stąd.

Wróciliśmy do jego domu. Na kanapie leżała pościel, której nie użyłam. Na stole stały filiżanki z wystygłą kawą.

Usiadłam i nagle poczułam, że za chwilę się rozpłaczę.

– Wszystko w porządku? – zapytał Ryan.

– Nie. Frank nie żyje. Tom może nie żyć. Ja prawie nie żyję. I nie wiem, o co w tym wszystkim chodzi.

– Wiem.

Podniosłam wzrok.

– Co?

– Domyślam się. Po tym, co widziałem w archiwum.

– Byłeś na górze. Widziałeś coś?

Skinął głową.

– Tylko przez chwilę. Ale zdążyłem przeczytać pierwsze strony.

– I co tam było?

Ryan usiadł naprzeciwko mnie.

– Sprawa 217 dotyczyła egzekucji długu. Vincent DeLuca pozywał firmę budowlaną o odszkodowanie. Ale w tle była windykacja nieruchomości. Chodziło o dom przy Grove Street.

– Mój dom?

– Tak. I nie tylko. Chodziło o dokumenty, które twój ojciec przechowywał w piwnicy. Podobno miały związek z praniem brudnych pieniędzy. I z mafią.

– Mafia?

– DeLuca miał powiązania. To nie było tajemnicą. Ale on twierdził, że pracuje dla nich jako prawnik, a nie jako członek. Twój ojciec pomagał mu w tym.

Wstałam. Nie mogłam usiedzieć.

– Więc mój ojciec prał pieniądze dla mafii?

– Nie wiem. Ale to możliwe. W aktach były nazwiska. Kilka znanych w Chicago.

– Czyje?

Ryan zawahał się.

– Powiem ci, ale obiecaj, że nie zrobisz nic głupiego.

– Obiecuję.

– Twojej matki.

Zamarłam.

– Co?

– Twoja matka była wymieniona jako świadek. Miała zeznawać w tej sprawie. Ale zginęła w wypadku, zanim doszło do procesu.

Usiadłam z powrotem.

Świat wirował.

– Moja matka… świadek? W sprawie mafii?

– Tak. I według akt, to twój ojciec ją zgłosił. Był informantem FBI.

Śmiech, który mnie porwał, był histeryczny.

– Więc mój ojciec był wtyczką? W mafii? I doniósł na własną żonę?

– Nie na nią. Na ludzi, którzy jej grozili. Ona miała zeznawać przeciwko nim. A on ją chronił.

– I nie udało się.

– Nie.

Milczeliśmy długo.

Za oknem wzeszło słońce, ptaki zaczęły śpiewać. Świat normalnych ludzi budził się do normalnego życia.

A ja siedziałam w obcym domu i dowiadywałam się, że moi rodzice żyli w świecie, o którym nie miałam pojęcia.

– Co teraz? – zapytałam w końcu.

Ryan spojrzał na mnie.

– Teraz musimy znaleźć dokumenty z piwnicy. Zanim zrobi to ktoś inny.

– Myślisz, że tam są?

– Frank mówił, że twój ojciec zostawił coś w domu. Może to nie był sejf w kancelarii. Może to była piwnica.

Wstałam.

– Jedziemy.

– Teraz? W biały dzień?

– Teraz. Zanim znów nas wyprzedzą.

Rozdział 10

Dom przy Grove Street stał cichy.

Za cichy.

Na podjeździe stał nieznany samochód – czarny SUV z przyciemnianymi szybami. Serce zabiło mi mocniej.

– To nie mój – powiedziałam.

Ryan wyciągnął broń.

– Zostań w samochodzie.

– Nie ma mowy.

Wysiedliśmy oboje. Podeszliśmy do drzwi. Były uchylone.

Ryan pchnął je lufą.

W środku panował chaos. Meble poprzewracane, szuflady powyciągane, na podłodze szkło z rozbitego wazonu.

Ktoś nas wyprzedził.

Przeszliśmy do kuchni. Drzwi do piwnicy stały otworem. Schody w dół tonęły w ciemności.

Ryan poświecił latarką.

– Schodzę – powiedział cicho. – Ty zostań tu i patrz, czy ktoś nie wróci.

Nie czekał na odpowiedź. Zszedł.

Czekałam.

Sekundy ciągnęły się jak godziny.

Z dołu dobiegł szelest. Potem cisza. Potem kroki.

Ryan wrócił blady.

– Pusto. Ale ktoś był. I ktoś znalazł to, czego szukał.

– Dokumenty?

– Nie. Znacznie gorzej.

Wyciągnął rękę. W dłoni trzymał kopertę.

Taką samą, jak ta od Franka. Brązową, zniszczoną.

– Gdzie to było?

– W ścianie. Za starą szafą. Ktoś ją otworzył, ale nie wyjął zawartości. Może mu przeszkodziliśmy.

Otworzyłam kopertę.

W środku – zdjęcia.

Moja matka. Vincent DeLuca. I mężczyzna, którego nie znałam. Wszyscy razem, przy stole w restauracji. Uśmiechnięci. Swobodni.

I na odwrocie jednego z nich, daty.

I notatka.

Ostatnia kolacja przed śmiercią. Zdjęcie z 12 sierpnia 2018.

12 sierpnia 2018.

Trzy tygodnie przed wypadkiem matki.

Spojrzałam na Ryana.

– Oni wiedzieli, że umrą.

– Wygląda na to.

– Ale kto im groził?

Ryan wziął zdjęcie do ręki, obejrzał je pod światło.

– Ten trzeci. On jest kluczem.

– Kto to?

– Nie wiem. Ale ktoś, kto przeżył.

Wyszliśmy z piwnicy, zostawiając za sobą chaos. Na górze, w salonie, ktoś czekał.

Richard Cole.

Stał przy kominku, z rękami w kieszeniach, i patrzył na nas z tym samym uśmiechem bez ciepła.

– Pani Kowalski. Detektywie. Miło was widzieć.

– Co pan tu robi? – zapytałam ostro.

– To samo co wy. Szukam prawdy.

– I znalazł pan?

– Nie. Ale znalazłem coś innego.

Wyciągnął z kieszeni mały pendrive.

– To było włożone w szparę między cegłami w piwnicy. Sądząc po kurzu, leżało tam od lat.

– Co jest w środku?

– Nie wiem. Nie oglądałem. Czekałem na was.

Ryan wyciągnął rękę.

– Proszę.

Cole podał mu pendrive.

– I co teraz? – zapytał.

Ryan spojrzał na mnie.

– Teraz oglądamy. I modlimy się, żeby to było to, czego szukamy.

KONIEC CZĘŚCI DRUGIEJ

W następnej części: Nagranie z pendrive’a ujawnia prawdę, której nikt się nie spodziewał. Kim jest tajemniczy rozmówca Vincenta? I dlaczego na taśmie słychać głos, który Nora zna od dziecka?

Reklama

Najnowsze

Reklama
Poprzedni artykuł
Następny artykuł

Zobacz podobne:

Reklama