CZĘŚĆ CZWARTA: W OGNIU
—
Rozdział 12
Chan przyszedł.
Ethan zobaczył go przez okno kawiarni – szedł szybkim krokiem, rozglądając się na boki, z twarzą, która próbowała być spokojna, ale wydawała się pęknięta w kilku miejscach. Było 10:17. Spóźnił się dwie minuty.
Usiadł naprzeciwko Ethana, nie zamawiając kawy. Jego dłonie były zaciśnięte na kolanach.
— Zrobię to — powiedział. Głos miał niski, zduszony. — Ale pod warunkiem.
— Słucham.
— Moja rodzina nie może się dowiedzieć. I jeśli coś pójdzie nie tak… jeśli Crowe się dowie… pan ich ochroni. Obiecał pan.
Ethan spojrzał mu w oczy.
— Obiecałem.
Chan skinął głową. Sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki i wyciągnął pendrive. Położył go na stole, między filiżankami.
— To wszystko. Struktury finansowe Crowe’a. Firmy słupów, konta offshore, transfery. Dane osobowe jego ludzi. Wszystko, co zbierałem przez piętnaście lat.
Ethan wziął pendrive. Był ciepły od ciała Chana.
— Dlaczego pan to zbierał?
Chan uśmiechnął się. To był smutny uśmiech.
— Na czarną godzinę. Każdy, kto pracuje dla Crowe’a, ma swoją czarną godzinę. Moja przyszła trzy lata temu, gdy zobaczyłem, co zrobił z człowiekiem, który próbował odejść.
— Co zrobił?
— Nie pytaj pan. Lepiej nie wiedzieć.
Ethan schował pendrive do kieszeni.
— Jest coś jeszcze. O twojej matce.
Serce Ethana przyspieszyło.
— Mów.
— Evelyn Keller nie tylko zbierała informacje na Crowe’a. Ona miała coś, czego on chciał. Coś więcej niż pieniądze.
— Co?
Chan rozejrzał się nerwowo.
— Dokument. Stary. Z czasów, gdy twój ojciec pracował dla Crowe’a. Zawierał informacje o powiązaniach Crowe’a z ludźmi, którzy już nie żyją. Ludźmi, których nazwisk nie można wymieniać w tym mieście. Crowe myślał, że twój ojciec zniszczył ten dokument przed śmiercią. Ale twoja matka go odnalazła.
— Gdzie jest teraz?
— Nie wiem. Wiem tylko, że Crowe go szuka. I że jest gotów zrobić wszystko, żeby go zdobyć.
Ethan pomyślał o liście matki. O skrytce depozytowej, którą opieczętowano. O kontach, które zamrożono.
— Skrytka — powiedział głośno. — może coś przeoczyłem.
Chan pokręcił głową.
— Nie w skrytce. Twoja matka nie byłaby tak naiwna. Dokument jest gdzieś indziej. Musi pan go znaleźć, zanim zrobi to Crowe.
Ethan wstał. Spojrzał na Chana, który wciąż siedział nieruchomo, jakby bał się, że każdy ruch może być tym ostatnim.
— Dziękuję — powiedział Ethan.
— Nie dziękuj pan. Jeśli Crowe się dowie, będę martwym człowiekiem. Pana też to czeka, jeśli pan nie znajdzie tego dokumentu.
Ethan wyszedł z kawiarni. Słońce Las Vegas paliło z nieba, ale on czuł chłód, który nie miał nic wspólnego z temperaturą.
Dokument. Matka zostawiła mu dokument. Nie w skrytce, nie na koncie bankowym. Gdzieś, gdzie Crowe nie mógł go znaleźć przez lata.
Gdzie mogłaby ukryć coś tak ważnego?
Zadzwonił do Claire.
— Chan dał mi dane — powiedział. — Ale powiedział coś jeszcze. Matka miała dokument. Coś, co Crowe chce zdobyć bardziej niż pieniądze.
— Wiem — odpowiedziała Claire.
Ethan zamarł.
— Wiesz?
— Twoja matka mówiła mi o tym. To jedyna rzecz, która trzymała Crowe’a w ryzach przez te wszystkie lata. On wiedział, że ona ma coś, co może go zniszczyć. Dlatego jej nie zabił wcześniej. Czekał, aż znajdzie ten dokument.
— Gdzie on jest?
Cisza.
— Claire.
— Nie wiem, Ethan. Twoja matka nie powiedziała mi. Powiedziała tylko, że jeśli coś jej się stanie, ty znajdziesz. Że zostawiła ci wskazówkę.
Ethan pomyślał o liście, który leżał w kieszeni jego kurtki, czytany już tyle razy, że papier zaczął się przecierać na zgięciach.
„W skrytce depozytowej w banku w Sedonie zostawiłam dokumenty. Wszystko, co wiem o Crowe’ie.”
To nie miało sensu. Jeśli matka zostawiła w skrytce tylko dokumenty finansowe, a nie ten właściwy dokument, to po co mówiła o nim w liście?
Chyba że… to był kod.
— Claire, w liście matka napisała o skrytce depozytowej. Ale Chan mówi, że dokumentu tam nie ma.
— Chan ma rację. Skrytka była zasłoną dymną. Twoja matka wiedziała, że Crowe prędzej czy później ją znajdzie. Chciała, żeby skupił się na czymś, co nie było ważne.
— Więc gdzie jest prawdziwy dokument?
— Pomyśl, Ethan. Gdzie twoja matka czułaby się bezpiecznie? Gdzie ukryłaby coś, co mogło zniszczyć człowieka, który ją prześladował przez lata?
Ethan zamknął oczy. W głowie przewijały się obrazy – dom w Sedonie, książki ułożone alfabetycznie, sztućce ustawione symetrycznie, matka, która zawsze dbała o detale.
I nagle zrozumiał.
— Dom — powiedział. — Dom w Sedonie.
— Myślisz, że tam to ukryła?
— Jestem pewien.
— Crowe też może tak pomyśleć. Jego ludzie już tam byli. Przeszukali dom dwa dni po jej śmierci.
— Ale nie znaleźli.
— Skąd wiesz?
Ethan otworzył oczy. Spojrzał na ulicę, na ludzi, którzy mijali go, nieświadomi, że obok nich stoi ktoś, kogo matka przez lata prowadziła wojnę z jednym z najpotężniejszych ludzi w stanie.
— Bo moja matka nie była naiwna. Jeśli ukryła coś w tym domu, zrobiła to tak, że tylko ja mógłbym to znaleźć.
Rozłączył się.
Wrócił do hotelu. Leo czekał w pokoju, z mapą Las Vegas rozłożoną na łóżku, na której zaznaczył czerwonym markerem lokalizacje, które uznał za kluczowe.
— Muszę jechać do Sedony — powiedział Ethan.
Leo podniósł wzrok.
— Teraz? Crowe szuka cię w całym stanie. Sedona to terytorium, które kontroluje. Jeśli tam pojedziesz…
— Wiem.
— …to możesz nie wrócić.
— Wiem.
Leo odłożył marker. Przez chwilę wpatrywał się w Ethana.
— Jedziesz sam?
— Ty zostajesz. Musisz pilnować Chana. Jeśli Crowe odkryje, że przekazał nam dane, będzie chciał go uciszyć.
— A jeśli cię złapią?
Ethan uśmiechnął się.
— Nie złapią.
— Mówisz jak twoja matka.
— To chyba komplement.
Leo pokręcił głową, ale Ethan widział w jego oczach coś, czego nie widział wcześniej – wiarę. Albo przynajmniej cień wiary.
— Masz dwadzieścia cztery godziny — powiedział Leo. — Jeśli nie wrócisz, sam wezmę sprawy w swoje ręce.
— Co zrobisz?
— To, co powinienem był zrobić trzy lata temu.
Ethan skinął głową. Wyszedł z pokoju, zszedł na parking i wsiadł do samochodu, który wynajął pod fałszywym nazwiskiem.
Ruszył na wschód, w stronę Arizony.
—
Rozdział 13
Dom w Sedonie stał na wzgórzu, z widokiem na kanion, który o zachodzie słońca mienił się odcieniami czerwieni i pomarańczy. Ethan pamiętał ten widok z dzieciństwa – siadywał na werandzie, z nogami zwisającymi nad ziemią, i patrzył, jak słońce znika za skałami, a powietrze wypełnia się zapachem jałowca i suchej trawy.
Teraz dom wyglądał inaczej.
Okna były zasłonięte. Drzwi wejściowe – nowe, mocniejsze, z zamkiem, którego Ethan nie rozpoznawał. Na podjeździe stał czarny SUV, taki sam, jak ten, który widział w Montanie.
Crowe już tu był.
Ethan zaparkował dwie ulice dalej. Obszedł dom szerokim łukiem, poruszając się między krzakami, które pamiętał z dzieciństwa – te same kolczaste zarośla, które kiedyś raniły mu nogi, gdy biegał boso po wzgórzu.
Przez okno kuchenne zobaczył wnętrze. Pusto. Ale na stole leżała latarka i pusta butelka po wodzie. Ktoś tu był. I to niedawno.
Wszedł przez drzwi na tyłach domu. Zamek był stary – ten sam, który pamiętał. Wystarczyło przyłożyć odpowiednią siłę w odpowiednim miejscu, a drzwi ustąpiły.
W środku pachniało kurzem i zamknięciem. Ktoś przewracał meble – kanapa w salonie była przekręcona, książki z regału leżały na podłodze, dywan był podwinięty w rogach. Ludzie Crowe’a szukali. Ale nie znaleźli.
Ethan przeszedł przez dom, przywracając w pamięci jego układ. Kuchnia, salon, korytarz, dwa pokoje na piętrze. I piwnica, do której wchodziło się przez drzwi w podłodze w spiżarni.
Zatrzymał się przed drzwiami do spiżarni.
Powietrze było zimne. Ethan poczuł to, zanim dotknął klamki – lodowaty chłód, który nie miał prawa istnieć w tym domu, w którym od tygodni nikt nie palił w piecu. To był chłód z piwnicy. Jakby ktoś otworzył lodówkę w środku lata.
Otworzył drzwi. Schody prowadzące w dół były strome, wąskie. Ethan zszedł, dotykając ręką ściany, by utrzymać równowagę. W piwnicy pachniało ziemią, betonem i czymś jeszcze – czymś, co przypominało wanilię.
Perfumy matki.
Włączył latarkę. Światło padło na betonową podłogę, na stare skrzynie, na regał z słoikami – przetwory, które matka zrobiła lata temu, a które wciąż stały nietknięte.
Ethan rozejrzał się. Gdzie ona mogłaby ukryć dokument? Nie w skrzyniach – to było zbyt oczywiste. Nie w słoikach – zbyt ryzykowne.
Przypomniał sobie, co matka mówiła mu, gdy był mały. Siedzieli w tym domu, a ona pokazywała mu, jak układać książki, jak dbać o porządek.
„Jeśli chcesz coś ukryć, synu, nie chowaj tego tam, gdzie nikt nie patrzy. Chowaj to tam, gdzie wszyscy patrzą, ale nikt nie widzi.”
Ethan podszedł do regału z słoikami. Przetwory – ogórki, dżemy, pomidory. Wszystkie zapieczętowane, wszystkie wyglądające tak samo.
Wszystkie poza jednym.
Słoik z pomidorami stał na najwyższej półce, z tyłu. Był zakurzony, tak jak pozostałe. Ale etykieta była inna – pismo matki, ale litery były bardziej staranne, jakby przywiązywała do nich większą wagę.
Ethan sięgnął po słoik. Otworzył go.
W środku, między pomidorami, była foliowa torebka. W torebce – klucz.
Mały, srebrny klucz, z numerem wygrawerowanym na główce.

Ethan włożył klucz do kieszeni. Wyszedł z piwnicy, zamknął za sobą drzwi, opuścił dom tak, jak wszedł – przez tylne drzwi, które zostawił uchylone.
Na zewnątrz słońce zachodziło, malując kanion na czerwono. Ethan stał przez chwilę na wzgórzu, patrząc na krajobraz, który pamiętał z dzieciństwa. Tam, w dole, płynęła rzeka, nad którą łowił z ojcem, zanim ojciec zniknął. Tam, na wschodzie, była szkoła, do której chodził, zanim Vincent zabrał go w inny świat.
Zadzwonił telefon.
— Masz to? — głos Claire.
— Mam klucz.
— Do czego?
— Nie wiem jeszcze. Ale matka zostawiła mi wskazówkę. Klucz ma numer. 1407.
Cisza.
— Claire?
— Numer 1407 — powiedziała powoli. — To może być skrytka. Ale nie w banku w Sedonie. Twoja matka miała drugie konto. W banku w Phoenix. Na nazwisko, którego nie znamy.
— Skąd wiesz?
— Znalazłam to w dokumentach, które mi zostawiła. Myślałam, że to pomyłka. Ale jeśli masz klucz z tym numerem…
— Jadę do Phoenix.
— Ethan, uważaj. Crowe wie, że byłeś w Sedonie. Miał tam ludzi. Pewnie już wiedzą, że wszedłeś do domu.
Ethan spojrzał na podjazd. Czarny SUV zniknął.
— Nie mam czasu.
Wsiadł do samochodu i ruszył. Słońce zachodziło za jego plecami, a przed nim rozciągała się autostrada prowadząca na południe, w stronę Phoenix, w stronę odpowiedzi, która mogła zmienić wszystko.
—
Rozdział 14
Bank mieścił się w starej części Phoenix, z dala od szklanych wieżowców centrum. Budynek z piaskowca, który pamiętał czasy, gdy to miasto było jeszcze małym miasteczkiem na pustyni.
Ethan wszedł o 9:15 rano. Ubrał się w granatową marynarkę i jasną koszulę – próbował wyglądać jak ktoś, kto ma interes w banku, nie jak ktoś, kto ucieka przed ludźmi Crowe’a.
Recepcjonistka spojrzała na niego z uśmiechem.
— W czym mogę pomóc?
— Chciałbym otworzyć skrytkę depozytową.
— Oczywiście. Nazwisko?
— Elena Vasquez.
Recepcjonistka wpisała nazwisko w komputer. Jej twarz nie zmieniła wyrazu.
— Proszę poczekać chwilę. Skontaktuję się z kierownikiem.
Ethan usiadł w poczekalni. Jego wzrok automatycznie przeskanował pomieszczenie – dwa wyjścia, kamery w rogach, recepcjonistka ma przycisk pod biurkiem, prawdopodobnie alarm. Wszystko standardowe.
Po pięciu minutach pojawił się mężczyzna w garniturze – około pięćdziesiątki, okulary w cienkich oprawkach, uścisk dłoni pewny.
— Pan Vasquez? — zapytał, choć wiedział, że to nieprawda.
— Elena Vasquez to moja matka. Nie żyje. Zostawiła mi klucz do skrytki.
Kierownik skinął głową.
— Rozumiem. Będzie pan potrzebował dokumentu potwierdzającego tożsamość oraz aktu zgonu.
Ethan wyciągnął paszport – ten na nazwisko Michael Cross – oraz kopię aktu zgonu matki, którą Claire przesłała mu dzień wcześniej.
Kierownik obejrzał dokumenty.
— Proszę za mną.
Przeszli przez drzwi za ladą, potem długim korytarzem, który pachniał środkami czystości i starym papierem. Na końcu korytarza były metalowe drzwi, a za nimi – skrytki.
Kierownik wskazał na skrytkę numer 1407.
— Proszę.
Ethan włożył klucz. Zamknął oczy na moment, słysząc mechaniczny kliknięcie, które odblokowywało zamki.
Wyciągnął metalową szufladę.
W środku była tylko jedna rzecz.
Koperta.
Gruba, kremowa, taka sama jak ta, w której dostał list od matki. Ale ta była większa. Cięższa.
Ethan wziął ją. Włożył do wewnętrznej kieszeni marynarki.
— Dziękuję — powiedział do kierownika.
— Czy pan…?
— Nie. To wszystko.
Wyszedł z banku. Na zewnątrz słońce było wysoko, temperatura przekraczała czterdzieści stopni. Ethan poczuł, jak upał uderza w twarz, jak powietrze wysysa wilgoć z gardła.
Wsiadł do samochodu. Nie otworzył koperty od razu. Odjechał kilka przecznic, zaparkował w cieniu, w zaułku, gdzie nikt nie mógł go zobaczyć. Przeszedł na miejsce pasażera dla wygody.
Dopiero wtedy otworzył kopertę.
W środku była teczka. W teczce – dokumenty. I list.
Pismo matki, jeszcze bardziej drżące niż w poprzednim liście. Jakby pisała go w pośpiechu, w strachu.

„Ethan.
Jeśli czytasz ten list, znaczy, że znalazłeś to, czego szukałeś. I znaczy, że jesteś gotowy.
W tej teczce są dokumenty, które mogą zniszczyć Duncana Crowe’a. Dowody jego powiązań z ludźmi, którzy myśleli, że są poza zasięgiem prawa. Nagrania, zeznania, zdjęcia. Wszystko, czego potrzebuje prokuratura, by go zamknąć na zawsze.
Ale to nie jest tylko broń przeciwko Crowe’owi. To też moja spowiedź.
W tych dokumentach znajdziesz prawdę o twoim ojcu. Nie tę, którą ci mówiłam. Prawdziwą. O tym, kim był i dlaczego zginął.
Możesz wybrać, co z tym zrobisz. Możesz zanieść to do prokuratora. Możesz użyć tego, by uderzyć w Crowe’a. Możesz też to spalić i odejść.
Cokolwiek wybierzesz, wiedz, że jestem z ciebie dumna. Zawsze byłam.
Kocham cię.
Mama.”
Ethan odłożył list. Spojrzał na teczkę.
W środku – dokumenty. Strony, zdjęcia, nagrania. Dowody na to, że Duncan Crowe przez trzydzieści lat prowadził imperium zbudowane na przemocy, korupcji i strachu. Dowody, które mogły go zniszczyć.
Ale też dowody na to, że jego ojciec – Marcus Keller – nie był ofiarą. Był wspólnikiem.
Zadzwonił telefon.
— Ethan — głos Claire był napięty. — Crowe wie o banku. Jego ludzie są w drodze. Masz może dziesięć minut.
Ethan włożył dokumenty do kieszeni kurtki.
— Jadę.
— Nie wracaj do hotelu. To miejsce jest spalone. Jedź na południe, do Tucson. Webb ma tam kryjówkę.
— A Leo?
— Leo już wie. Spotkasz się z nim w Tucson.
Ethan przesiadł się na miejsce kierowcy i uruchomił silnik. W lusterku wstecznym zobaczył czarnego SUV-a wjeżdżającego w zaułek.
— Za późno — powiedział.
Wcisnął gaz.
Samochód wystrzelił do przodu, skręcając w wąską uliczkę, która prowadziła na główną arterię. Za nim SUV próbował zawrócić, ale uliczka była zbyt wąska. Ethan usłyszał pisk opon, potem trzask – SUV uderzył w ścianę.
Wyjechał na główną drogę. Wmieszał się w ruch, zmieniając pasy, skręcając bez kierunkowskazów, wykorzystując każdą lukę, by zniknąć w morzu samochodów.
Po dwudziestu minutach był już na autostradzie prowadzącej na południe.
W lusterku wstecznym – żadnych czarnych SUV-ów.
Oddychał.
Dokumenty w kieszeni ciążyły jak kamień. Nie tylko dlatego, że mogły zniszczyć Crowe’a. Ale dlatego, że zmuszały go do spojrzenia na własnego ojca w sposób, na który nie był gotowy.
„Był słaby. To różnica, którą zrozumiesz, gdy będziesz starszy.”
Teraz rozumiał.
—
KONIEC CZĘŚCI CZWARTEJ
—
Czy dokumenty znalezione przez Ethana okażą się bronią, która zniszczy Duncana Crowe’a, czy też kluczem do prawdy, która okaże się bardziej bolesna niż zemsta? I jakie tajemnice o swoim ojcu odkryje Ethan – prawdy, które matka ukrywała przez całe jego życie?
