CZĘŚĆ TRZECIA: KRĘGI NA WODZIE
—
Rozdział 9
Obudził się o 5:23. Nie dlatego, że chciał – taki miał rytm od lat, wyćwiczony jak odruch. W ciemnym pokoju pachniało starym drewnem i wilgocią. Przez szparę w zasłonach wpadało blade światło księżyca, które układało się na podłodze w długi, srebrzysty prostokąt.
Ethan usiadł na łóżku.
Ciało było sztywne – materac w domku Leo nie pamiętał wygody, ale Ethan nie narzekał. Przez lata spał w gorszych miejscach. O wiele gorszych.
Przeciągnął się, słysząc jak stawy w kręgosłupie wydają ciche trzaski. Palce lewej dłoni zdrętwiały – spał na niej w nocy. Rozprostował je powoli, jednym płynnym ruchem, który wiedział, że dla kogoś postronnego wyglądałby jak zwykłe poranne rozciąganie. W rzeczywistości to był trening – każdy gest, każdy ruch odtwarzany z precyzją chirurga.
Vincent nauczył go tego.
„Twoje ciało jest twoją bronią — mawiał, gdy Ethan miał dwadzieścia lat, a jego kostki krwawiły po godzinach okładania worka treningowego. — Ale to też twój najsłabszy punkt. Naucz się nim władać, zanim ktoś inny to zrobi.”
Wstał i podszedł do okna.
Za szybą światło zmieniało się z granatowego na szare. Gdzieś w oddali ptak rozpoczął swój poranny koncert – niski, powtarzalny ton, który ciągnął się w powietrzu jak zapomniana melodia. Las oddychał. Ethan czuł to w zmianie temperatury, która wnikała przez nieszczelne okno, w zapachu żywicy i mchu, który stawał się intensywniejszy z każdą minutą.
Usłyszał ruch w kuchni.
Leo Vance nie spał. Stąpanie było ciche, ale Ethan wychwycił każdy dźwięk – skrzypienie deski podłogowej w przedpokoju, stuknięcie szklanki o blaty, syk gazu w kuchence.
Ubrał się szybko. Czarna koszulka z długim rękawem, którą założył pod bluzę, była cienka, ale pod spodem miał coś, czego nie nosił od lat – cienką warstwę kevlaru, którą kupił przez Webba przed wyjazdem z Arizony. Ważyła niewiele, ale Ethan czuł jej obecność na klatce piersiowej jak drugą skórę.
Gdy wszedł do kuchni, Leo siedział przy stole z kubkiem kawy w dłoni. Na blacie obok stała druga filiżanka – czarna, bez cukru, tak jak Ethan pił poprzedniego wieczoru.
— Nie spałeś — zauważył Ethan, siadając naprzeciwko.
— Nie spałem — potwierdził Leo. — Myślałem.
— O czym?
Leo postawił kubek. Jego dłonie – pokryte bliznami, z widocznymi śladami po złamaniach – spoczęły na blacie.
— O twojej matce. O tym, co zrobiła. I o tym, dlaczego nie mogła przestać.
Ethan wziął kawę. Gorąca, mocna, prawdopodobnie parzona na starej metodzie, którą Leo wyniósł z domu. Smakowała inaczej niż ta, do której przywykł w Nowym Jorku. Mniej wyrafinowana. Bardziej autentyczna.
— Vincent mówił mi kiedyś — powiedział po chwili — że są dwa rodzaje ludzi, którzy wchodzą do klatki. Jedni walczą, bo muszą. Drudzy – bo nie potrafią żyć bez walki.
— A twoja matka?
— Myślę, że była trzecim rodzajem.
Leo uniósł brew.
— Jakim?
— Walczyła, bo nie mogła patrzeć, jak inni przegrywają.
Przez kuchnię przetoczyła się cisza. Za oknem ptaki zmieniły swój śpiew na ostrzejszy, bardziej zrywany – jakby coś zakłóciło spokój poranka.
— Pomogę ci — powiedział Leo. Głos miał spokojny, ale Ethan usłyszał w nim coś, czego nie potrafił nazwać. Może rezygnację. Może determinację. — Ale chcę, żebyś wiedział jedno.
— Mów.
— Jeśli coś pójdzie nie tak, jeśli Crowe nas znajdzie, jeśli będziesz musiał wybierać między mną a twoją zemstą… wybierz zemstę.
Ethan spojrzał na niego.
— Nie będę musiał wybierać.
Leo uśmiechnął się. To nie był wesoły uśmiech.
— Vincent nauczył cię walki. Ale nie nauczył cię, że w tym świecie czasem nie ma dobrych wyborów. Są tylko mniej złe.
— Vincent nauczył mnie, że jeśli jesteś wystarczająco przygotowany, nie musisz wybierać.
Leo pokręcił głową.
— Młodość.
Ethan nie odpowiedział. Wstał, odstawił kubek do zlewu i sięgnął po kurtkę wiszącą na krześle. W kieszeni wciąż miał telefon, który wyłączył poprzedniego wieczoru. Włączył go.
Trzy nieodebrane połączenia. Wszystkie od Claire. I jedna wiadomość:
„Masz problem. Crowe wysłał ludzi do Montany. Są dwie godziny za tobą.”
Palce Ethana zacisnęły się na telefonie.
— Mamy gości — powiedział cicho.
Leo wstał natychmiast, bez paniki, z płynnością kogoś, kto spędził lata w stanie ciągłej gotowości.
— Ilu?
— Nie wiem. Claire mówi, że są dwie godziny stąd.
— To mamy czas.
Leo wyszedł z kuchni. Ethan usłyszał, jak otwiera szafę w przedpokoju, potem metaliczny dźwięk przesuwanej amunicji.
Wrócił po minucie z torbą sportową. Postawił ją na stole i rozpiął.
W środku Ethan zobaczył: dwie bronie krótkie, zapasowe magazynki, kamizelkę taktyczną, apteczkę polową i trzy granaty dymne.
— Przygotowywałeś się — stwierdził.
— Przez trzy lata — Leo wyjął pistolet, sprawdził zamek, włożył magazynek. — Każdego dnia myślałem, że to ten dzień.
— A jednak zostałeś.
— Bo nie miałem dokąd pójść. I bo czekałem na kogoś, kto mi pokaże, że warto jeszcze walczyć.
Ethan wziął drugą broń. Ciężar był znajomy, choć nie dotykał pistoletu od sześciu lat. Palce ułożyły się na rękojeści automatycznie, jakby nigdy nie zapomniały.
— Plan? — zapytał Leo.
— Nie pozwolimy im dotrzeć do domu.
— Ilu ich jest?
— Claire nie powiedziała. Ale zakładając, że Crowe traktuje sprawę poważnie… czterech, może pięciu.
Leo skinął głową.
— Droga dojazdowa jest tylko jedna. Las po obu stronach. Jeśli ustawimy się na skraju, mamy przewagę.
— Nie chcemy ich zabić — Ethan przerwał mu. — Chcemy, żeby wrócili do Crowe’a z wiadomością.
Leo zmarszczył brwi.
— Jaką wiadomością?
— Że nie jesteśmy łatwym celem. Że jeśli Crowe chce wojny, to ją dostanie. Ale na naszych warunkach.
Przez chwilę Leo wpatrywał się w niego, jakby widział go po raz pierwszy.
— Twoja matka — powiedział w końcu — mówiła, że jesteś inny. Że masz coś, czego ona nie miała.
— Co?
— Spokój. Ona walczyła z gniewu. Ty walczysz z czegoś innego.
Ethan nie odpowiedział. Sprawdził magazynek, wsunął go z powrotem, schował broń w kaburze pod kurtką.
— Chodźmy.
Wyszli tylnymi drzwiami. Temperatura wciąż była poniżej zera, ale Ethan prawie tego nie czuł – adrenalina podgrzewała krew. Szli przez las w milczeniu, oddalając się od domu. Leo prowadził, znając każdą ścieżkę, każde drzewo, każdy cień, który mógł posłużyć za osłonę.
Po dziesięciu minutach dotarli do punktu, w którym droga wznosiła się łagodnie między dwoma wzniesieniami. To było naturalne gardło – idealne miejsce na zasadzkę.
— Tutaj — Leo wskazał na lewo. — Ja będę po drugiej stronie. Mamy kąt krzyżowy.
Ethan skinął głową. Schował się za grupą sosen, których gęste korony dawały cień nawet w porannym świetle.
Czekali.
Pierwsze dwadzieścia minut minęło w ciszy. Ethan słyszał własny oddech, powolny i głęboki, oraz trzepotanie skrzydeł gdzieś wysoko w koronach drzew. Wciągał powietrze przez nos, wyczuwając zmiany – na razie tylko las, wilgoć, własny zapach potu pod kevlarową warstwą.
Potem usłyszał silniki.
Dwa pojazdy. Zbliżały się powoli, ostrożnie, jakby kierowcy sprawdzali teren przed wjazdem. Ethan wyobrażał sobie ich – ciemne SUV-y z przyciemnionymi szybami, tablice rejestracyjne zmienione prawdopodobnie trzy razy przed wyjazdem z Nevady. Ludzie Crowe’a.
Pojazdy wyłoniły się zza zakrętu. Ethan policzył: dwa czarne Suburbany, pancerne – domyślił się po tym, jak uginały się na zakrętach, mimo że były puste. W każdym mogło być po trzech, czterech ludzi.
Pierwszy SUV przejechał obok jego pozycji. Ethan widział kierowcę przez przednią szybę – mężczyzna około czterdziestki, krótkie włosy, wytatuowana szyja. Obok niego pasażer, który coś mówił przez radio.
Drugi pojazd znalazł się w samym środku gardła, gdy Ethan uniósł rękę.
Sygnął Leo.
Strzał.
Nie z broni – z granatu dymnego, który Leo rzucił z drugiej strony drogi. Pojemnik uderzył w asfalt, odbił się i potoczył pod przednie koła drugiego SUV-a, zanim eksplodował gęstą, białą chmurą.
Ethan rzucił swój granat w ten sam moment, celując w tył kolumny.
W ciągu trzech sekund droga zniknęła w gęstym dymie. Ethan słyszał krzyki, otwierane drzwi, szarpane komendy. Ludzie Crowe’a wysiadali z pojazdów, niepewni, co się dzieje, nie widząc nic poza bielą.
To była ich przewaga.
Ethan wyszedł zza drzewa. Poruszał się nisko, szybko, wykorzystując dym jako osłonę. Pierwszy człowiek, którego napotkał, stał przy masce pierwszego SUV-a, z bronią wyciągniętą przed siebie, ale bez celu – nie wiedział, gdzie strzelać.
Ethan uderzył pierwszy.
Cios w nadgarstek – broń wypadła. Łokieć w splot słoneczny – mężczyzna zgiął się wpół. Kolano w twarz – upadek. Całość zajęła niecałe dwie sekundy.
Drugi pojawił się z prawej strony. Ethan wyczuł go po zapachu – tytoń, pot, woda kolońska. Odwrócił się, uniknął ciosu nożem, który błysnął tuż obok jego żebra, i złapał napastnika za przedramię. Skręt. Ból. Trzask stawu. Krzyk, który utonął w dymie.
Leo działał po drugiej stronie. Ethan słyszał odgłosy walki – głuche uderzenia, syk puszczanego powietrza z płuc, raz jeden strzał, który poszedł w górę, niecelny.
Po pięciu minutach było po wszystkim.
Dym zaczął się rozwiewać, odsłaniając scenę: czterech mężczyzn na ziemi, jeden nieprzytomny, pozostali skuleni, trzymając się za złamane kończyny lub głowy. Żaden nie był martwy. Ethan pilnował tego – każdy cios był precyzyjny, wymierzony tak, by obezwładnić, nie zabić.
Leo podszedł do niego. Jego knykcie krwawiły, ale uśmiechał się.
— Dobrze walczysz.
— Ty też.

Ethan podszedł do mężczyzny, który leżał najbliżej pierwszego SUV-a – tego z wytatuowaną szyją. Był przytomny, oddychał ciężko, ale patrzył na Ethana z nienawiścią.
— Wracaj do Crowe’a — powiedział Ethan, kucając przy nim. — I powiedz mu, że to dopiero początek.
Mężczyzna splunął. Krew i ślina.
— Crowe cię znajdzie. I wtedy zobaczysz, co znaczy prawdziwy ból.
Ethan wstał. Spojrzał na Leo, który już zbierał granaty dymne i ładował je z powrotem do torby.
— Jedźcie stąd — powiedział głośno, do wszystkich i do nikogo. — I nie wracajcie.
Ludzie Crowe’a podnieśli się powoli, pomagając sobie nawzajem. Jeden z nich – ten z przestrzelonym ramieniem – krzywił się z bólu przy każdym ruchu. Wsiedli do SUV-ów, zawrócili na wąskiej drodze i odjechali w stronę, z której przyjechali.
Ethan patrzył, jak znikają za zakrętem.
— To nie koniec — powiedział Leo, stając obok niego.
— Wiem.
— Oni wrócą. Z większą liczbą.
Ethan odwrócił się w stronę lasu. Światło poranka prześwitywało między drzewami, tworząc długie, złote smugi na ściółce.
— Wtedy będziemy gotowi.
W drodze powrotnej do domu szli w milczeniu. Ethan czuł ciężar broni pod kurtką, ale przede wszystkim czuł coś innego – ulgę. Nie z powodu wygranej potyczki. Z czegoś głębszego, bardziej pierwotnego.
Przez sześć lat tłumił w sobie to, kim był. Uciekał przed tym, co potrafił. I nagle, w tym lesie, w dymie i chaosie walki, zrozumiał, że nie może już dłużej udawać kogoś, kim nie jest.
Nie dlatego, że zemsta była silniejsza.
Dlatego, że prawda była prostsza.
—
Rozdział 10
Po południu tego samego dnia Ethan zadzwonił do Claire.
— Mamy problem — powiedziała, gdy odebrała. Jej głos był napięty, szybszy niż zwykle. — Crowe nie tylko wysłał ludzi do Montany. On też zablokował wypłatę spadku.
Ethan usiadł na werandzie. Słońce stało wysoko, ale temperatura wciąż nie przekroczyła pięciu stopni. Oddech zamieniał się w białą parę.
— Jak to zablokował?
— Złożył wniosek do sądu w Arizonie, kwestionując ważność testamentu twojej matki. Jego prawnicy argumentują, że twoja matka była w chwili sporządzania dokumentów w stanie niepoczytalności.
— To bzdura.
— Wiem. Ale dopóki sąd nie rozpatrzy wniosku, wszystkie środki są zamrożone. Konta bankowe, lokaty, nieruchomość w Sedonie. Nawet skrytka depozytowa została opieczętowana.
Ethan zamknął oczy.
— Ile to potrwa?
— Tygodnie. Może miesiące. Hadley walczy, ale Crowe ma w sądzie swoich ludzi. Będzie przedłużał procedury tak długo, jak tylko się da.
— Więc nie mam dostępu do pieniędzy.
— Nie masz. Poza jednym.
— Czym?
— Konto Eleny Vasquez. Twoja matka prowadziła je tak, że nikt nie mógł go powiązać z jej nazwiskiem. Ani Crowe, ani jego prawnicy, ani sąd. To konto jest wciąż aktywne. I wciąż twoje.
Ethan wstał. Przeszedł na skraj werandy, opierając się o poręcz.
— Claire, to cztery miliony dolarów.
— Wiem.
— Nie mogę ich tak po prostu wypłacić. To by wzbudziło pytania.
— Nie musisz wypłacać. Potrzebujesz dostępu do środków, żeby finansować operację przeciwko Crowe’owi. Webb może to zorganizować. Ma platformę, przez którą możesz transferować środki bez pozostawiania śladu. Abonament premium, kryptowaluty, przelewy przez pośredników. To bezpieczne.
Ethan przez chwilę się wahał.
— Zaufaj mi — dodała Claire. — Twoja matka nie zostawiłaby ci tych pieniędzy, gdyby nie chciała, żebyś ich użył.
— Matka nie chciała, żebym się mścił.
— Chciała, żebyś żył. I żeby Crowe nie wygrał. Czasem to jedno i to samo.
Ethan spojrzał na las, który ciągnął się za domem aż po horyzont. Gdzieś w oddali, na południu, czekał na niego Duncan Crowe i jego imperium. A on stał tutaj, na werandzie starego domku w Montanie, z pustymi kieszeniami i czterema milionami dolarów, których nie mógł dotknąć.
Ale mógł. Jeśli zechce.
— Zrób to — powiedział w końcu. — Zorganizuj transfer przez Webba.
— Zrobione. I Ethan…
— Tak?
— Webb znalazł coś. W dokumentach twojej matki. Coś, czego nie widzieliśmy wcześniej.
— Co?
— Numer konta w banku w Panamie. Pojawił się w jednym z raportów finansowych, które twoja matka sporządziła trzy lata temu. Konto należy do Duncana Crowe’a.
— Wiemy, że Crowe ma konta za granicą.
— Nie o to chodzi. Chodzi o to, że twoja matka miała do niego dostęp. Login, hasło, wszystko. Ona przez ostatnie trzy lata miała dostęp do prywatnych finansów Crowe’a. I nie wykorzystała tego.
Ethan poczuł, jak serce przyspiesza.
— Prześlij mi dane.
— Zrobię to. Ale Ethan — bądź ostrożny. Jeśli Crowe odkryje, że ktoś ma dostęp do jego konta, nie będzie pytał kto. Zareaguje natychmiast.
— Wiem.
Rozłączył się. Stał jeszcze chwilę na werandzie, wdychając zimne, ostre powietrze Montany. Potem wszedł do środka.
Leo siedział przy stole, przed nim mapa Las Vegas rozłożona na blacie.
— Claire coś znalazła — powiedział Ethan, siadając naprzeciwko. — Dostęp do konta Crowe’a w Panamie.
Leo podniósł wzrok. W jego oczach pojawiło się coś, czego Ethan nie widział wcześniej – iskra. Jakby nagle, po latach ciemności, pojawiło się światło na końcu tunelu.
— Pokaż — powiedział.
Ethan otworzył laptop. Webb przygotował dla niego bezpieczne połączenie przez swoją platformę – szyfrowane, z wielowarstwowym zabezpieczeniem, które miało ukryć jego lokalizację przed każdym, kto próbowałby go namierzyć.
Logowanie zajęło trzy minuty. Gdy strona załadowała się, Ethan zobaczył przed sobą panel konta bankowego z Panamy.
Stan konta: 47,300,000 dolarów.
Leo gwizdnął cicho.
— To tylko jedno z jego kont — powiedział Ethan, przeglądając historię transakcji. — Gdybyśmy mogli prześledzić przepływy…
— Nie możemy — przerwał Leo. — Jeśli dotkniemy tych pieniędzy, Crowe od razu to zauważy. Ale możemy użyć tego inaczej.
— Jak?
Leo wskazał palcem na mapę.
— Crowe ma dwóch ludzi, którzy zarządzają jego finansami. Jeden to jego główny księgowy, facet o nazwisku Richard Chan. Drugi to prawnik, który prowadzi jego sprawy offshore, nazywa się Martin Vale. Jeśli uda nam się dotrzeć do któregoś z nich…
— Przekonamy go, żeby przeszedł na naszą stronę.
— Albo przynajmniej, żeby stracił zaufanie do Crowe’a. Jeśli Crowe pomyśli, że jego własni ludzie go zdradzają, zacznie działać irracjonalnie. A wtedy popełni błąd.
Ethan skinął głową. Spojrzał na ekran laptopa, na cyfry, które reprezentowały nie tylko pieniądze, ale cały system, który Crowe budował przez dekady.
— Webb może nam pomóc z Chanem?
— Webb może nam pomóc z każdym, kto ma ślad cyfrowy. A Chan ma go mnóstwo. Człowiek, który zarządza trzystoma milionami dolarów w szarej strefie, nie może być anonimowy.
Ethan zamknął laptop.
— Lecimy do Las Vegas.
— Kiedy?
— Jutro.
Leo spojrzał na niego przez chwilę. Potem wstał, podszedł do kredensu i wyciągnął butelkę whisky – tę samą, którą otworzyli poprzedniego wieczoru.
— To wypijmy za powodzenie — powiedział, nalewając dwa kieliszki. — Bo jeśli coś pójdzie nie tak, to może być nasza ostatnia noc w tym domu.
Wzięli kieliszki. Ethan uniósł swój.
— Za twoją córkę — powiedział cicho.
Leo zamarł na moment. W jego oczach pojawiło się coś, co Ethan rozpoznał – ból tak głęboki, że nie mieścił się w żadnym geście, żadnym słowie.
— Za Sarę — szepnął Leo.
Wypili.
Za oknem zapadał zmierzch. Las, który przez cały dzień był świadkiem ich przygotowań, teraz powoli zapadał w ciszę. Ptaki umilkły. Tylko wiatr, który nadchodził od północy, szeleścił w koronach drzew, przynosząc zapach śniegu, który miał spaść nad ranem.
Ethan położył się spać o 21:00. Nie zmrużył oka.
Leżał na łóżku, wpatrzony w sufit, i układał w głowie plan. Każdy ruch, każdy możliwy wariant, każdą alternatywę. Uczył się tego od Vincenta – nie tylko walki, ale strategii. Sztuki przewidywania.
„W walce wręcz — mawiał Vincent — przegrywasz, gdy przeciwnik zrobi coś, czego nie przewidziałeś. W prawdziwym życiu przegrywasz, gdy przestajesz myśleć o wszystkich możliwych scenariuszach.”
Ethan myślał.
O Richardzie Chanie – księgowym, który od dwudziestu lat służył Crowe’owi. Co mogło skłonić go do zdrady? Pieniądze? Strach? A może coś innego, coś, co Claire mogła odkryć w dokumentach matki?
O Martinie Vale – prawniku, który trzymał w swoich rękach klucze do imperium Crowe’a. Człowiek, który wiedział wszystko. I który, jeśli Ethan dobrze rozumiał ludzi takich jak on, w głębi duszy gardził swoim pracodawcą.
O Duncanu Crowe – człowieku, który zniszczył jego rodzinę, zabił jego mentora, terroryzował przez lata jego matkę. I który teraz, być może po raz pierwszy w życiu, nie miał pojęcia, z kim ma do czynienia.
Gdy pierwsze promienie słońca zaczęły przebijać się przez chmury, Ethan wstał.
W kuchni Leo już pakował rzeczy do torby. Na stole leżały dwa paszporty – jeden na nazwisko Ethana Kellera, drugi na nazwisko, którego Ethan nie znał.
— Dla ciebie — Leo rzucił mu jeden. — Nazwisko: Michael Cross. Dokumenty czyste, Webb je przygotował.
Ethan obejrzał paszport. Dobre zdjęcie, dobra data urodzenia, dobre stemple wizowe. Webb znał się na swojej pracy.
— Samolot?
— Odlatuje z Billings za cztery godziny. Mamy rezerwację do Las Vegas przez Denver. Webb zarezerwował nam osobne miejsca, różne rzędy, różne karty pokładowe.
Ethan skinął głową. Sprawdził jeszcze raz kaburę pod kurtką – broń, zapasowy magazynek, nóż taktyczny przy nodze. Dokumenty w wewnętrznej kieszeni.
— Gotowy? — zapytał Leo.
Ethan spojrzał na dom, w którym spędził ostatnie dwa dni. Skromny, brzydki, ale ciepły. Miejsce, w którym Leo Vance ukrywał się przez trzy lata, czekając na ten dzień.
— Gotowy — odpowiedział.
Wyszli. Ethan zamknął drzwi, ale nie przekręcił klucza. Nie było już do czego wracać.
Samochód, którym przyjechał, stał tam, gdzie go zostawił – stary ford, który wyglądał jak każde inne auto na tym odludziu. Wsiedli i ruszyli na wschód, w stronę wschodzącego słońca.
Za nimi, w domku na skraju lasu, puste pokoje nie czekały na nikogo.
—
Rozdział 11
Las Vegas powitało ich światłem.
Nie słońca – to było zbyt dosłowne. To było światło, które nie znało pory dnia, które świeciło zawsze, niezależnie od tego, czy na niebie było słońce, czy księżyc. Światło reklam, neonów, ekranów, które wciskało się w każdą szczelinę miasta, nie pozostawiając miejsca na ciemność.
Ethan wynajął pokój w hotelu na północnym krańcu miasta, w dzielnicy, której nikt nie nazwałby turystyczną. Okna wychodziły na parking i pustą ścianę sąsiedniego budynku – żadnych widoków, żadnych niespodzianek.
Leo zajął pokój obok.
Przez pierwsze dwadzieścia cztery godziny nie robili nic. Ethan leżał na łóżku, słuchając miasta. Dźwięki Las Vegas były inne niż te, które pamiętał – bardziej natarczywe, bardziej sztuczne. Klaksony, śmiechy, muzyka dobiegająca z zamkniętych pomieszczeń, trzask otwieranych puszek. I pod spodem, na samym dnie – coś, co przypominało buczenie transformatora, ale było bardziej organiczne. To miasto oddychało, a jego oddech miał smak pieniędzy i potu.
Drugiego dnia Ethan zaczął działać.
Webb przesłał mu pliki przez bezpieczny kanał. Dane Richarda Chana – adres, nawyki, harmonogram dnia. Chan mieszkał w Summerlin, bogatej dzielnicy na zachodzie miasta. Każdego ranka o 7:15 wychodził z domu, o 7:20 wsiadał do samochodu, o 8:00 był w biurze – firma doradztwa finansowego, która formalnie nie miała nic wspólnego z Duncanem Crowe’em.
Ethan obserwował go przez trzy dni.
Pierwszego dnia – z samochodu zaparkowanego naprzeciwko domu Chana. Dowiedział się, że Chan ma żonę, dwójkę dzieci w wieku szkolnym, i psa rasy labrador, który codziennie o 6:45 wychodził na trawnik.
Drugiego dnia – z kawiarni naprzeciwko biura Chana. Dowiedział się, że Chan pije kawę tylko z jednej sieci, zawsze o 10:15, i że wracając do biura, nigdy nie patrzy w lusterka samochodów zaparkowanych przy ulicy.
Trzeciego dnia – podszedł bliżej. Ubrał się w strój dostawcy jedzenia, z torbą na ramieniu i czapką z daszkiem. O 12:30 wszedł do budynku, w którym mieściło się biuro Chana, i zamiast iść do kuchni na piętrze, skręcił w korytarz prowadzący do wind.
Zatrzymał się przed drzwiami biura. Przez matową szybę widział zarysy postaci – trzy osoby przy biurkach. Chan siedział najdalej od wejścia, z widokiem na okno.
Ethan zapamiętał układ pomieszczenia. Wyjścia, punkty krytyczne, przedmioty, które mogły posłużyć jako broń. Po trzech minutach wyszedł z budynku, nikt go nie zatrzymał.
Wieczorem tego samego dnia spotkał się z Leo w pokoju hotelowym.
— Chan jest naszym celem — powiedział Ethan, rozkładając mapę na łóżku. — Ale nie możemy do niego po prostu pójść i zapytać, czy chce zdradzić Crowe’a. On będzie przerażony.
— Więc musimy go najpierw przekonać, że Crowe i tak już mu nie ufa — odpowiedział Leo.
— Albo że jego życie jest w niebezpieczeństwie niezależnie od tego, co zrobi.
Leo spojrzał na niego.
— Masz na myśli zastraszenie?
— Mam na myśli uświadomienie mu, że Crowe nie jest już największym drapieżnikiem w tym mieście.
Leo uśmiechnął się.
— A ty nim jesteś?
— Jeszcze nie. Ale Chan nie musi tego wiedzieć.
Plan był prosty. Ethan miał spotkać się z Chanem w miejscu publicznym, przedstawić się jako ktoś, kto ma dostęp do jego prywatnych danych – w tym do konta w Panamie, które Chan prowadził dla Crowe’a. Pokazać mu, że Crowe nie jest w stanie ochronić nawet własnych finansów. I zaproponować układ: informacje o strukturze Crowe’a w zamian za bezpieczeństwo.
— A jeśli odmówi? — zapytał Leo.
— Nie odmówi.
— Skąd wiesz?
Ethan spojrzał na swoje dłonie. Spokojne. Pewne.
— Bo widziałem jego twarz przez ostatnie trzy dni. Ten człowiek boi się Crowe’a. Ale bardziej boi się tego, że Crowe pewnego dnia uzna go za zbędnego. Pokażę mu, że ten dzień jest bliżej, niż myśli.
Następnego ranka, o 10:15, Ethan czekał na Richarda Chana w kawiarni, do której księgowy przychodził codziennie.
Ubrał się w granatową koszulę i ciemne dżinsy – strój, który nie przyciągał uwagi, ale też nie był anonimowy. Chciał, żeby Chan go zapamiętał.
Kiedy Chan wszedł, Ethan podniósł wzrok od laptopa. Księgowy był niższy, niż się spodziewał – może metr siedemdziesiąt, krępa budowa, okulary w grubych oprawkach. Ubrany schludnie, ale bez przesady. Ktoś, kto zarządza milionami, ale sam nie chce wyglądać, jakby je miał.
Chan zamówił kawę i usiadł przy stoliku w rogu, odwrócony plecami do ściany. Instynkt – Ethan go rozpoznał. To nie był instynkt profesjonalisty, tylko kogoś, kto przez lata nauczył się, że lepiej widzieć wszystkich, którzy mogą cię zobaczyć.
Ethan odczekał trzy minuty. Potem wstał, podszedł do stolika Chana i usiadł naprzeciwko, nie pytając o pozwolenie.
— Pan Chan — powiedział cicho.
Księgowy podniósł wzrok. Jego oczy za szkłami okularów były zmęczone – cienie pod powiekami, delikatny tik w lewym oku.
— Kim pan jest? — zapytał. Głos spokojny, ale Ethan usłyszał pod spodem drżenie.
— Nazywam się Ethan Keller. Moja matka to Evelyn Keller.

Chan zbladł.
— Powinien pan stąd wyjść — powiedział, rozglądając się nerwowo. — Jeśli ktoś pana zobaczy…
— Nikt nie widzi. Bo nikt nie wie, kim jestem. Poza panem. I Duncanem Crowe’em. A Crowe, jak pan wie, już mnie szuka.
Chan odstawił kawę. Jego ręka lekko drżała.
— Czego pan chce?
— Chcę wiedzieć, ile pan wie. O finansach Crowe’a. O jego strukturach. O tym, gdzie trzyma pieniądze.
— Nie powiem panu nic.
— Już mi pan powiedział.
— Co?
— Wystarczyło, że pan usiadł. Że nie zadzwonił pan po ochronę. Że nie wyszedł pan natychmiast. To znaczy, że jest pan zainteresowany.
Chan spojrzał na niego. W jego oczach pojawił się strach, ale Ethan dostrzegł też coś innego – ciekawość.
— Kim pan jest? — zapytał ponownie, ale tym razem inaczej. Głębiej.
— Jestem kimś, kto może pana uratować — odpowiedział Ethan. — Albo zniszczyć. To zależy od pana.
— Crowe pana zabije. Prędzej czy później. Nie ma znaczenia, co pan o nim wie, co pan ma. On ma ludzi, pieniądze, władzę.
— Ma. Ale traci kontrolę. I pan o tym wie. Inaczej nie spałby pan po nocach.
Chan milczał. Ethan widział, jak walczy ze sobą – lojalność, strach, nadzieja, wszystko mieszało się w jego oczach.
— Co pan proponuje? — usłyszał w końcu.
— Informacje. Chcę wiedzieć, jak działa imperium Crowe’a. Kto jest kim. Gdzie są słabe punkty. W zamian dam panu coś, czego Crowe nie może dać.
— Co?
— Bezpieczeństwo. Dla pana i dla pańskiej rodziny.
Chan zaśmiał się. To był krótki, gorzki śmiech.
— Pan nie może mnie ochronić przed Crowe’em.
— Może nie. Ale mogę sprawić, że Crowe będzie miał ważniejsze sprawy na głowie niż pan. I mogę sprawić, że pańska rola w jego imperium stanie się… nieistotna. Dla niego. Dla prokuratury. Dla wszystkich.
Chan wpatrywał się w niego przez długą chwilę. Potem wstał.
— Muszę pomyśleć.
— Ma pan dwadzieścia cztery godziny — powiedział Ethan, nie ruszając się z miejsca. — Jutro o tej samej porze będę tutaj. Jeśli pan przyjdzie, porozmawiamy. Jeśli nie… uznam, że wybrał pan Crowe’a.
— A jeśli wybiorę Crowe’a?
— Wtedy postaram się, żeby pańska decyzja nie wpłynęła na pańską rodzinę.
Chan spojrzał na niego. W jego oczach było coś, co Ethan rozpoznał – szacunek. Albo przynajmniej uznanie.
Wyszedł z kawiarni, nie oglądając się za siebie.
Ethan został przy stoliku. Dopił swoją kawę – zimną już, gorzką – i pomyślał o matce.
Ona też musiała podejmować takie decyzje. Sama. Bez nikogo, kto by ją wspierał.
„Walczyła, bo nie mogła patrzeć, jak inni przegrywają.”
Może to było dziedziczne.
—
KONIEC CZĘŚCI TRZECIEJ
—
Czy Richard Chan zdecyduje się na współpracę z Ethanem, czy też lojalność wobec Crowe’a okaże się silniejsza niż strach o własne bezpieczeństwo? I jakie jeszcze sekrety kryją się w dokumentach pozostawionych przez matkę Ethana – sekrety, które mogą zmienić wszystko?
