CZĘŚĆ DRUGA: KLUCZ
Rozdział 6
Przez długą chwilę Alex stał naprzeciwko intruza, czując, jak serce wali mu o żebra. Świecznik w jego dłoni ciążył, ale nie opuścił go.
— Skąd mam wiedzieć, że nie jest pan jednym z nich?
Victor uśmiechnął się krzywo, jakby doceniając przezorność rozmówcy.
— Gdybym był jednym z nich, nie stałbym tutaj i nie gadał z tobą. Zabiłbym cię i zabrał to, po co przyszedłem.
— I po co pan przyszedł?
— Żeby ci pomóc. Twój ojciec i ja… mieliśmy wspólny interes. Przez lata. Kiedy zorientował się, co odkrył, zadzwonił do mnie. Powiedział, że jeśli coś mu się stanie, mam się tobą zaopiekować.
Alex poczuł suchość w ustach.
— Co odkrył?
Victor rozejrzał się po pokoju, po czym skinął głową w kierunku schodów.
— Nie tutaj. Za dużo uszu. Chodźmy na dół, do kuchni. I zrób kawę. Długa noc przed nami.
Zeszli na dół, a Alex włączył światło w kuchni. Blask jarzeniówki odsłonił twarz Victora – był starszy, niż mu się wydawało. Siwe włosy na skroniach, zmarszczki wokół oczu. Miał w sobie coś, co trudno było określić – może smutek, może rezygnację.
Usiedli przy stole. Alex nastawił ekspres, a zapach świeżo mielonej kawy wypełnił pomieszczenie.

— Kim pan jest? — zapytał, stawiając przed Victorem filiżankę. — Naprawdę.
Victor upił łyk, po czym odstawił filiżankę.
— Byłem partnerem twojego ojca. Nie w interesach, które znałeś. W innych. Twój ojciec prowadził podwójne życie, Alex. Na co dzień był emerytowanym nauczycielem, ale przez lata pracował dla… nazwijmy to, organizacji, która zajmowała się odzyskiwaniem skradzionych dóbr kultury.
Alex zaskoczony. Że co?
— Mój ojciec? Nauczyciel historii w liceum?
— To była przykrywka. W rzeczywistości był jednym z najlepszych ekspertów od dzieł sztuki w tym kraju. Potrafił rozpoznać falsyfikat na pierwszy rzut oka. Współpracował z FBI, Interpolem, muzeami. I właśnie dlatego go zabili.
— Przez jakieś obraz?
Victor pokręcił głową.
— Przez coś znacznie cenniejszego. Przez informację. Kilka miesięcy temu twój ojciec natknął się na trop największej afery w swoim życiu. Ktoś używał systemu prawnego do legalizowania pochodzenia skradzionych dóbr. Kancelarie prawnicze, sądy, notariusze – cała sieć, która przenosiła własność z martwych dusz na żywych nabywców.
Alex przypomniał sobie umowę cywilną, którą znalazł.
— Whitman.
— Tak. Whitman & Associates to tylko wierzchołek góry lodowej. Twój ojciec odkrył, że kancelaria pomagała w praniu brudnych pieniędzy poprzez fikcyjne spory sądowe i ugody. Ale zanim zdążył cokolwiek z tym zrobić, ktoś się zorientował.
— Sarah Chen też pracowała nad tą sprawą?
Victor skinął głową.
— Była prawniczką, która specjalizowała się w dochodzeniu roszczeń dotyczących dóbr kultury. Twój ojciec skontaktował się z nią, żeby pomogła mu przygotować pozew. Ona też nie żyje.
Alex oparł łokcie na stole i ukrył twarz w dłoniach.
— To wszystko przeze mnie… Gdybym nie wszedł do banku, gdybym nie zaczął szukać…
— Nie bądź głupi. To nie twoja wina. Twoja wina będzie, jeśli teraz się poddasz. Twój ojciec zostawił coś dla ciebie. Pytanie tylko, czy wciąż tu jest.
Alex podniósł głowę.
— Co zostawił?
— Klucz. Mówił mi o nim. Mówił, że jeśli coś mu się stanie, masz szukać w miejscu, które pamiętasz z dzieciństwa. W miejscu, do którego zawsze wracał, gdy potrzebował spokoju.
Alex wpatrywał się w Victora, próbując przypomnieć sobie cokolwiek, co mogłoby pasować do tego opisu. Miejsce z dzieciństwa? Ojciec nigdy nie mówił o żadnym specjalnym miejscu. Zawsze byli w domu, czasem na rybach nad rzeką, ale…
Rzeka.
— Most na Hudsonie — szepnął. — Stary most kolejowy, który już nie działa. Chodziliśmy tam, gdy byłem mały. Ojciec mówił, że to jego ulubione miejsce do myślenia.
Victor uśmiechnął się po raz pierwszy naprawdę.
— Wiedziałem, że jesteś bystry. Musimy tam pojechać. Teraz.
— Jest druga w nocy.
— Tym lepiej. Mniej ciekawskich oczu.
Rozdział 7
Stary most kolejowy wznosił się nad rzeką jak szkielet zapomnianego potwora. Konstrukcja z przegniłego drewna i zardzewiałej stali, która od lat nie widziała pociągu. Księżyc odbijał się w czarnej wodzie, tworząc srebrzystą ścieżkę.
Alex zaparkował samochód na poboczu i razem z Victorem ruszyli wzdłuż torowiska. Nocny wiatr smagał ich twarze, niosąc zapach wilgotnego drewna i rzeki.
— Gdzie dokładnie? — zapytał Victor.
Alex rozglądał się, próbując przypomnieć sobie tamte spacery sprzed lat. Był dzieckiem, może dziesięcioletnim, gdy ojciec zabierał go tutaj. Pokazywał mu ptaki, uczył rozpoznawać gatunki drzew, opowiadał historie o pociągach, które tędy jeździły.
— Jest taka skrzynka — powiedział nagle. — Przy trzecim filarze. Ojciec mówił, że kolejarze zostawiali w niej narzędzia.
Pobiegli wzdłuż torów, licząc filary. Jeden, dwa, trzy.
Skrzynka wciąż tam była – mała, metalowa szafka przymocowana do drewnianej belki, zardzewiała i pokryta warstwą ptasich odchodów. Alex spróbował otworzyć wieko, ale było zamknięte na kłódkę.
— Potrzebujemy klucza — mruknął.
— Może nie. — Victor sięgnął do kieszeni i wyjął mały łom. — Twój ojciec nie byłby przeciwny.
— Zawsze to nosisz ze sobą?
— Czasami się przydaje – odpowiedział Victor. Jednym szarpnięciem zerwał kłódkę. Alex uniósł wieko.
W środku leżała tylko jedna rzecz: gruba koperta, zabezpieczona folią. Na niej, odręcznym pismem ojca, napis: „Dla Alexa”.

Ręce mu drżały, gdy ją wyjmował. W środku znajdował się klucz – stary, mosiężny, z misternie rzeźbioną główką przedstawiającą twarz. Twarz kobiety z zamkniętymi oczami.
— Co to jest? — zapytał.
Victor przyjrzał się kluczowi, po czym jego twarz zbladła.
— O mój Boże. Więc to prawda.
— Co? Co jest prawdą?
— Ten klucz… słyszałem o nim tylko w legendach. Mówią, że otwiera sejf, w którym przechowywane są dowody przeciwko najpotężniejszym ludziom w tym kraju. Politycy, sędziowie, biznesmeni. Każdy, kto kiedykolwiek skorzystał z usług Whitmana, jest tam udokumentowany.
— Gdzie jest ten sejf?
Victor spojrzał na niego z powagą.
— Nie wiem. Nikt nie wie. Twój ojciec był jedynym, który to odkrył. I najwyraźniej zdążył ukryć klucz, zanim go zabili.
Wtedy usłyszeli dźwięk. Silnik samochodu, jadącego powoli po żwirowanej drodze w ich stronę.
— Ktoś nas śledził — syknął Victor. — Szybko, wracamy.
Ale było za późno. Reflektory samochodu rozświetliły ciemność, oślepiając ich. Drzwi pojazdu otworzyły się i wysiadło z niego trzech mężczyzn w ciemnych garniturach.
— Ręce do góry! — krzyknął jeden z nich.
Alex rzucił się do ucieczki, ale Victor chwycił go za ramię.
— Nie. Nie uciekaj. Przed nimi nie uciekniesz.
Mężczyźni podeszli bliżej. Ten, który wydawał się dowodzić, uśmiechnął się zimno.
— Pan Victor. Dawno się nie widzieliśmy. Myślałem, że nie żyjesz.
— Przykro mi rozczarować, Marcus.
Alex zamarł.
Marcus? Marcus Webb? Detektyw?
Spojrzał na twarz mężczyzny i serce mu zamarło. To był on. Detektyw Webb, który wczoraj przesłuchiwał go na komisariacie.
— Panie Morrow — powiedział Webb, patrząc na niego z politowaniem. — Naprawdę myślał pan, że policja interesuje się śmiercią zwykłego emeryta? To ja zleciłem dodatkowe badania. To ja wiedziałem, że prędzej czy później ktoś się ujawni.
— To pan zabił Sarah Chen — wyszeptał Alex.
Webb wzruszył ramionami.
— Ona była zagrożeniem. Jak twój ojciec. I jak wy teraz. Ale wiecie co? Możecie jeszcze wyjść z tego żywi. Wystarczy, że oddacie klucz.
Victor spojrzał na Alexa. W jego oczach malowała się decyzja.
— Uciekaj — szepnął.
I zanim Alex zdążył zareagować, Victor rzucił się na Webba, przewracając go na ziemię. Rozległy się strzały.
Alex pobiegł. Biegł tak szybko, jak nogi mogły go ponieść, nie oglądając się za siebie. Kule świstały mu koło uszu, ale on biegł dalej, w dół nasypu, w kierunku rzeki.
Skoczył.
Zimna woda zamknęła się nad nim jak całun.
Rozdział 8
Obudził się na brzegu rzeki, kilometry od mostu. Słońce stało wysoko, oślepiając go. Ciało miał obolałe, w ustach smak mułu i krwi.
Klucz.
Sięgnął do kieszeni spodni. Wciąż tam był. Mosiężna twarz kobiety wbiła mu się w udo przez mokry materiał.
Usiadł z trudem i rozejrzał się. Był na jakimś nieużytku, porośniętym wysoką trawą i krzakami. W oddali widział dachy domów. Gdzieś na przedmieściach.
Victor nie żył. Był tego pewien. Widział, jak kule trafiły go w pierś. Poświęcił się, żeby Alex mógł uciec.
Łzy napłynęły mu do oczu, ale je otarł. Nie teraz. Później będzie czas na żałobę.
Wstał i ruszył w stronę domów. Szedł przez pola, starając się trzymać z dala od dróg. Po godzinie dotarł do małego miasteczka – stacji benzynowej, sklepu, kilku domów.
Wszedł do sklepu, kupił najtańszy telefon na kartę i butelkę wody. W toalecie umył się najlepiej, jak potrafił. Jego odbicie w lustrze było przerażające – blady, z podkrążonymi oczami, z sinymi ustami z zimna.
Zadzwonił na policję.
— Chcę zgłosić strzelaninę na starym moście kolejowym — powiedział, zmieniając głos. — Słyszałem strzały nad ranem.
Od razu się rozłączył.
Potem wszedł do budki telefonicznej na zewnątrz i wybrał numer, który zapamiętał z wizytówki, którą Webb mu dał. Odebrała dyspozytorka.
— Chcę rozmawiać z detektywem Webbem. To pilne.
— Detektyw Webb jest niedostępny. Może pan zostawić wiadomość?
— Gdzie on jest?
— Przykro mi, nie udzielamy takich informacji.
Rozłączył się.
Webb był gliną. Skorumpowanym, ale wciąż gliną. Gdzie mógł się teraz znajdować? Pewnie na komisariacie, udając, że nic się nie stało.
Alex potrzebował pomocy. Kogoś, komu mógłby zaufać. I nagle przypomniał sobie o kimś.
Sarah Chen nie żyła, ale może ktoś w jej kancelarii wiedział coś więcej. Może asystentka, może wspólnik.
Znalazł numer w internecie i zadzwonił.
— Kancelaria Prawna Sarah J. Chen, czym mogę służyć?
— Dzień dobry. Nazywam się Alex Morrow. Mój ojciec, Richard Morrow, był klientem pani Chen. Potrzebuję porozmawiać z kimś, kto zajmował się jego sprawą.
— Niestety, pani Chen… odeszła. Ale może pan porozmawiać z jej wspólnikiem, panem Davidem Kimem. Przyjmuje dziś po południu.
— Która godzina?
— 16:00. Czy mam zapisać pana wizytę?
— Tak. I proszę nie mówić nikomu, że się zgłosiłem.
Cisza po drugiej stronie.
— Oczywiście. Do zobaczenia.
Rozdział 9
Kancelaria mieściła się w kamienicy na Brooklynie, z dala od szklanych wieżowców Manhattanu. Alex przyszedł pieszo, zmieniając kilka razy kierunek, sprawdzając, czy nikt go nie śledzi. Był wyczerpany, głodny, ale adrenalina trzymała go przy życiu.
David Kim okazał się młodym mężczyzną po trzydziestce, w okularach i swetrze, który wyglądał bardziej jak naukowiec niż prawnik. Przyjął go w małym gabinecie zastawionym książkami.
— Pan Morrow — powiedział, podając mu rękę. — Przykro mi z powodu pańskiej straty. I z powodu Sary. To straszne.
Alex usiadł na krześle, czując, jak nogi mu miękną.
— Pani Chen pomagała mojemu ojcu w sprawie przeciwko Whitman & Associates. Wie pan coś o tym?
Kim westchnął i zdjął okulary.
— Wiem. Sara zwierzała mi się. To była ogromna sprawa. Whitman od lat prał brudne pieniądze poprzez fikcyjne spory sądowe i ugody. Twój ojciec miał dowody. Ale zanim zdążył je złożyć w sądzie, zmarł. A teraz Sara nie żyje.
— Zabili ich oboje.
Kim spojrzał na niego uważnie.
— Wie pan coś więcej?
— Wiem, że w to zamieszany jest detektyw z wydziału oszustw. Marcus Webb. Próbował mnie zabić dziś w nocy.
Prawnik pobladł.
— Webb? To niemożliwe. On prowadzi śledztwo w sprawie Whitmana.
— Prowadzi je tak, żeby nikt niczego nie znalazł.
Kim wstał i podszedł do okna, wyglądając na ulicę.
— Ma pan dowody?
Alex wyjął z kieszeni klucz i położył go na biurku.
— Tylko to. Mój ojciec ukrył to dla mnie. To klucz do sejfu, w którym znajdują się wszystkie dowody.
Kim przyjrzał się kluczowi, jego twarz wyrażała mieszankę podziwu i przerażenia.
— Słyszałem o tym. Krążyły legendy. Mówią, że twój ojciec był jedynym, który wiedział, gdzie to jest.
— I zabili go, zanim zdążył komukolwiek powiedzieć. — Alex schował klucz z powrotem. — Potrzebuję pomocy. Kogoś, kto zna się na prawie i pomoże mi to rozgryźć, zanim Webb znajdzie mnie pierwszy.
Kim skinął głową powoli.
— Ryzykuję życiem, ale… Sara była moją przyjaciółką. Zrobię, co w mojej mocy. Ale musimy działać szybko. Jeśli Webb ma kontakty na policji, prędzej czy później skojarzy, że tu jesteś.
— Co proponujesz?
— Mamy może dobę, zanim ktoś zapuka do drzwi. Przez ten czas musimy przeanalizować wszystko, co wiemy o twoim ojcu. Jego nawyki, miejsca, które lubił, rzeczy, które mówił. Klucz musi gdzieś pasować.
Alex opadł na krzesło.
— Mój ojciec był nauczycielem historii. Uwielbiał opowiadać o starych budynkach, o Nowym Jorku sprzed lat. Często chodziliśmy na spacery, pokazywał mi różne miejsca. Mówił, że miasto ma swoją pamięć.
— Pamięć miasta — powtórzył Kim. — Może to jakaś wskazówka.
Spojrzał na Alexa.
— Gdzie Twoim zdaniem jest najstarsze miejsce w Nowym Jorku, które twój ojciec najbardziej lubił?
Alex zamknął oczy, próbując przypomnieć sobie głos ojca. Jego ciepłą dłoń na swoim ramieniu, gdy stali przed…
— Muzeum — szepnął. — Muzeum Miejskie Nowego Jorku. Chodziliśmy tam często. Ojciec znał tam wszystkich. Czasami wpuszczali nas do magazynów, do rzeczy, których nie wystawiano.
— Więc tam jedziemy — powiedział Kim, zbierając się. — Ale najpierw musimy cię jakoś przebrać. Webb pewnie rozesłał twoje zdjęcie.
Rozdział 10
Muzeum Miejskie mieściło się w starej kamienicy przy Piątej Alei. O tej porze dnia było zamknięte dla zwiedzających, ale Kim miał znajomości. Po kilku telefonach udało mu się umówić z kustoszem, starym przyjacielem Sary Chen.
Weszli tylnym wejściem. W środku pachniało kurzem i starym drewnem. Kustosz, siwy mężczyzna o imieniu Harold, poprowadził ich do swojego gabinetu.
— Sara mówiła mi o tobie — powiedział do Alexa. — I o twoim ojcu. Richard był tu częstym gościem. Czasami przychodził sam, siadał w czytelni i przeglądał stare mapy. Mówił, że szuka śladów przeszłości.
— Jakich śladów?
— Nie mówił. Był bardzo dyskretny. Ale pamiętam, że zawsze prosił o te same rzeczy. Mapy z lat dwudziestych. Plany urbanistyczne. Dokumenty dotyczące budowy metra.
Kim spojrzał na Alexa.
— Metro?
— Może to coś — powiedział Alex. — Mój ojciec uwielbiał historię metra. Mówił, że pod miastem jest drugie miasto, które tylko nieliczni znają.
Harold skinął głową.
— To prawda. Są stacje, które zostały zamknięte, tunele, które nigdy nie zostały ukończone. Jeśli twój ojciec czegoś szukał, mógł to ukryć właśnie tam.
— Gdzie?
— Jest jedna stacja. Przy Worth Street. Zamknięta w latach czterdziestych. Podobno miała być połączona z budynkiem sądu, ale projekt upadł. Dziś nikt tam nie wchodzi.
Alex poczuł dreszcz.
Worth Street. Tam był komisariat Webba.
— To musi być to — powiedział. — Stacja pod sądem. Idealne miejsce na ukrycie czegoś.
— Ale jak się tam dostać? — zapytał Kim. — To tereny zamknięte, pilnowane.
Harold uśmiechnął się tajemniczo.
— Są stare plany. I są ludzie, którzy wciąż pamiętają, jak się tam dostać. Zostawcie to mnie.
Wyszli z muzeum po zmroku. Alex czuł, że wreszcie są blisko. Ale jednocześnie wiedział, że Webb też nie śpi.
Gdy wsiadali do taksówki, Kim nagle spiął się.
— Alex, spójrz.
Przez tylną szybę zobaczył czarny sedan, zaparkowany po drugiej stronie ulicy. Silnik pracował.
— On nas znalazł.
— Nie jedźmy do domu — powiedział Alex. — Zawieź mnie na dworzec. Muszę zniknąć na jakiś czas.
— Dokąd?
— Do jedynego miejsca, gdzie Webb nie będzie mnie szukał. Do więzienia.
Kim spojrzał na niego zdumiony.
— Co?
— Mam plan. Ale najpierw musisz mi pomóc sfałszować jedno roszczenie.
—
Czy Alex odda się w ręce policji? Jak planuje dostać się do zamkniętej stacji metra? I czy Webb jest rzeczywiście tym, za kogo się podaje? Przekonamy się w części trzeciej…
