CZĘŚĆ CZWARTA: EGZEKUCJA
Rozdział 16
Przez długą chwilę nikt się nie poruszał.
Alex wpatrywał się w Victora, czując, jak rzeczywistość rozsypuje mu się na kawałki. Widział, jak kule trafiają go w pierś. Widział, jak upada na moście. A jednak stał tutaj, żywy, z pistoletem w dłoni i tym samym bladym uśmiechem na twarzy.
— To niemożliwe — wyszeptał Kim.
Victor schował broń do kabury pod pachą i podszedł do nich.
— Kamizelka kuloodporna — wyjaśnił krótko. — I trochę aktorstwa. Musiałem sprawić, żeby Webb myślał, że nie żyję. Inaczej nigdy by was nie zaprowadził do tego miejsca.
Alex oparł się o stół, czując, jak nogi mu miękną.
— Przez trzy dni myślałem, że nie żyjesz. Płakałem nad tobą.
— Wiem. Przykro mi. Ale nie mogłem ryzykować. Webb ma szpiegów wszędzie – w policji, w sądzie, może nawet w twoim otoczeniu. Gdyby wiedział, że wciąż żyję, zmieniłby strategię.
— A teraz? — zapytał Kim, patrząc na nieprzytomnego Webba leżącego na podłodze.
— Teraz mamy go. I mamy to. — Victor wskazał na teczkę z dokumentami. — Wszystko, czego potrzebujemy, żeby zniszczyć Whitmana i całą ich siatkę. Ale musimy działać szybko. Zanim ktoś zorientuje się, że Webb zniknął.
Alex spojrzał na stos papierów. Umowy, przelewy bankowe, zeznania pod przysięgą, nagrania rozmów. Nazwiska sędziów, polityków, biznesmenów. Dowody na setki przestępstw.
— Gdzie mój ojciec to wszystko zdobył?
— Pracował nad tym przez lata — powiedział Victor. — Infiltrował Whitmana, udając klienta. Podpisywał umowy, które sam potem kopiował. Spotykał się z ludźmi, nagrywał ich. Ryzykował życiem, żeby zdobyć każdy z tych dokumentów.
— I zapłacił za to najwyższą cenę.
Victor skinął głową.
— Ale nie na darmo. Teraz twoja kolej, żeby to dokończyć.
Webb jęknął na podłodze. Zaczął odzyskiwać przytomność.
— Musimy go związać — powiedział Kim, rozglądając się za czymś odpowiednim. — I zastanowić się, co dalej.
Rozdział 17
Związali Webba na krześle, które znaleźli w kącie archiwum. Detektyw otworzył oczy i rozejrzał się, jego wzrok spoczął na Victorze.
— Ty… — wychrypiał. — Myślałem, że…
— Wiem, co myślałeś. I dlatego żyję.
Webb splunął na podłogę.
— I tak nic wam to nie da. Możecie mieć te papiery, ale ja mam przyjaciół na górze. Sędziów, prokuratorów, ludzi, którzy was zniszczą, zanim zdążycie cokolwiek opublikować.
Victor uśmiechnął się chłodno.
— Myślisz, że nie przewidzieliśmy tego? Alex, pokaż mu.
Alex spojrzał na niego pytająco.
— Co mam mu pokazać?
— Klucz. Pokaż mu klucz.
Wyjął z kieszeni mosiężny klucz z twarzą kobiety. Webb spojrzał na niego i nagle jego twarz pobladła.
— To niemożliwe. Myśleliśmy, że to tylko legenda.
— Legenda? — powtórzył Alex.
— Klucz do archiwum — wyjaśnił Victor. — Ale nie tego archiwum. Tamten klucz otwiera sejf w budynku sądu federalnego. Sejf, w którym twoja matka, Alex, przechowywała swoje notatki.
Alex zamarł.
— Moja matka? Ona nie żyje od trzydziestu lat.
— Twoja matka była dziennikarką śledczą. Pracowała nad tą samą sprawą co twój ojciec, ale z innej strony. Zbierała dowody na korupcję w sądach. I tuż przed śmiercią zdążyła je ukryć. Twój ojciec znalazł klucz dopiero po jej pogrzebie. Ale nigdy nie odważył się go użyć.
— Dlaczego?
— Bo bał się, że jeśli otworzy sejf, ujawni nie tylko prawdę, ale i ciebie. Twoja matka zostawiła list. Prosiła, żeby chronić cię za wszelką cenę.
Łzy napłynęły Alexowi do oczu. Matka, której nie pamiętał, myślała o nim nawet w obliczu śmierci.
— Gdzie jest ten sejf?
— W piwnicy sądu federalnego przy Foley Square. Pod salą rozpraw numer siedem. Twoja matka wybrała to miejsce, bo wiedziała, że nikt nie będzie szukał dowodów korupcji w samym sercu systemu.
Webb zaśmiał się gorzko.
— I tak nie wejdziecie. To teren federalny, pełne zabezpieczenia.
— Mamy klucz — odparł Victor. — I mamy ciebie.
Rozdział 18
Następne godziny były koszmarem logistycznym.
Victor zadzwonił do swoich kontaktów – ludzi, którym ufał, byłych agentów FBI, dziennikarzy śledczych. Kim pracował nad dokumentami, tworząc kopie i zabezpieczając oryginały. Alex pilnował Webba, który siedział związany, rzucając im spojrzenia pełne nienawiści.
O świcie dotarła do nich wiadomość od Harolda z muzeum.
— Macie problem — powiedział przez telefon. — Ktoś włamał się do mojego biura. Zniszczyli część archiwów. Szukali planów stacji.
— Wiedzą, gdzie jesteśmy? — zapytał Alex.
— Nie wiem. Ale jeśli skojarzą fakty, mogą domyślić się, że następnym krokiem będzie sąd federalny.
Victor zaklął pod nosem.
— Musimy iść teraz. Natychmiast.
Zostawili Webba pod opieką jednego z ludzi Victora, człowieka o imieniu Frank, emerytowanego policjanta z bronią i brakiem skrupułów. Sami wsiedli do samochodu i ruszyli w kierunku Foley Square.
Poranek był chłodny i mglisty. Sąd federalny wznosił się przed nimi jak twierdza – kolumny, schody, amerykańskie flagi powiewające na wietrze.
— Jak wejdziemy? — zapytał Kim.
— Mam znajomego w ochronie — odparł Victor. — Pracuje tu od dwudziestu lat. Wierzy w sprawiedliwość.
Spotkali się z nim w podziemnym garażu. Był to czarnoskóry mężczyzna po pięćdziesiątce, o imieniu James, z krótką siwą brodą i zmęczonymi oczami.
— Victor — powiedział, ściskając mu dłoń. — Nie sądziłem, że jeszcze kiedyś poprosisz mnie o przysługę.
— To ważne, James. Chodzi o sprawę sprzed lat. Tę, o której ci mówiłem.
James skinął głową.
— Pamiętam. Żona Alexa Morrow. Dzielna kobieta.
Alex poczuł dreszcz. Ten człowiek znał jego matkę.
— Zaprowadzę was — powiedział James. — Ale musicie być szybcy. Za godzinę zaczyna się pierwsza rozprawa. Korytarze zaroją się od ludzi.
Przeprowadził ich przez labirynt podziemnych korytarzy, mijając kotłownie, magazyny i stare archiwa. W końcu dotarli do stalowych drzwi z napisem: SALA 7 – DOSTĘP TYLKO DLA PRACOWNIKÓW.
— Dalej nie mogę iść — powiedział James. — Kod do zamka zmieniany jest co tydzień. Ale wy macie klucz, prawda?
Alex wyjął klucz. Twarz kobiety z zamkniętymi oczami lśniła w bladym świetle jarzeniówek.
Wsunął go w otwór.
Drzwi otworzyły się bezgłośnie.
Rozdział 19
Za drzwiami znajdowało się małe pomieszczenie, zastawione starymi meblami biurowymi. W kącie stał sejf – nie nowoczesny, ale stary, mosiężny, z takim samym wizerunkiem kobiety jak na kluczu.
Alex podszedł do niego, czując, jak serce wali mu o żebra. Włożył klucz do zamka i przekręcił.
Zamek kliknął.
Drzwiczki sejfu otworzyły się, ukazując wnętrze. W środku leżały tylko dwie rzeczy: plik pożółkłych papierów i list w kopercie, zaadresowany do niego.
Sięgnął po list drżącymi rękami. Na kopercie, kobiecym, starannym pismem: Dla mojego syna, Alexa.
Otworzył go.

Mój kochany synku,
Jeśli to czytasz, znaczy, że mnie już nie ma. I że twój ojciec w końcu odważył się przekazać ci klucz. Przepraszam, że nie mogłam być przy tobie, gdy dorastałeś. Przepraszam, że musisz to odkryć sam.
Pracowałam nad sprawą, która była większa ode mnie. Ludzie, których chciałam zdemaskować, są potężni i bezwzględni. Wiedziałam, że prędzej czy później spróbują mnie uciszyć. Dlatego zostawiłam te dokumenty. I zostawiłam klucz twojemu ojcu, z prośbą, żeby dał ci go, gdy dorośniesz.
W tych papierach znajdziesz wszystko, czego potrzebujesz, żeby ich zniszczyć. Nazwiska, dowody, zeznania. Ale ostrzegam cię – to nie będzie łatwe. Oni będą walczyć. Będą kłamać. Będą próbować cię zniszczyć.
Ale ty jesteś silny. Jesteś moim synem. I wierzę, że dasz radę.
Kocham cię. Zawsze.
Mama
Łzy spływały po twarzy Alexa, gdy skończył czytać. Trzymał list w dłoniach jak najcenniejszy skarb.
Victor położył mu rękę na ramieniu.
— Twoja matka była niezwykłą kobietą.
Alex skinął głową, ocierając łzy.
— Teraz wiem, co mam robić.
Rozdział 20
Wyszli z sądu federalnego tuż przed dziewiątą, gdy pierwsze grupy pracowników zaczynały napływać do budynku. Nikt nie zwrócił na nich uwagi – trzech mężczyzn w płaszczach, wtopionych w poranny tłum.
W samochodzie Alex otworzył plik dokumentów matki. Były tam zeznania świadków, których nazwiska od lat widniały w aktach sądowych. Były nagrania rozmów z sędziami, przyjmującymi łapówki. Były numery kont na Kajmanach, należące do polityków, których znał z telewizji.
I było nazwisko, które sprawiło, że krew zamarła mu w żyłach.
Webb nie był sam.
Na samym szczycie listy, jako główny beneficjent całego systemu, widniało nazwisko człowieka, którego Alex widywał codziennie w wiadomościach.
Senator Robert Whitmore.
Kandydat na prezydenta. Człowiek, który od lat walczył z korupcją. I który, według dokumentów matki, stał na czele całej siatki.
— O mój Boże — szepnął Kim. — To wyjaśnia, dlaczego nikt nigdy nie mógł ich dorwać. On miał władzę, żeby zablokować każde śledztwo.
Victor spojrzał na Alexa.
— Wiesz, co to oznacza?
— Wiem. — Głos Alexa był spokojny, ale w środku wrzało. — To oznacza, że musimy upublicznić te dokumenty. Wszystkie. I musimy to zrobić, zanim on się dowie, że je mamy.
— Jak?
— Są ludzie, którzy czekają na coś takiego. Dziennikarze śledczy, którzy od lat próbują go dorwać. Musimy im to przekazać.
Wyjął telefon i wybrał numer redakcji „New York Timesa”.
— Chcę rozmawiać z dziennikarzem prowadzącym dział śledczy. Mam materiały, które wysadzą w powietrze waszą gazetę.
Godzinę później siedzieli w małej kawiarni na Dolnym Manhattanie, naprzeciwko dwojga dziennikarzy – mężczyzny i kobiety, którzy patrzyli na dokumenty z niedowierzaniem.
— To jest… — kobieta, Janet, przerwała, kręcąc głową. — To jest największa afera korupcyjna w historii tego kraju.
— Wiem — odparł Alex. — I potrzebuję, żebyście to opublikowali. Zanim oni zdążą to zniszczyć.
Mężczyzna, Michael, spojrzał na niego uważnie.
— Ryzykujesz życiem, przynosząc to nam. Wiesz o tym?
— Wiem. Ale moja matka i ojciec zginęli, żeby to ujawnić. Nie pozwolę, żeby ich śmierć poszła na marne.
Janet zamknęła teczkę.
— Zrobimy to. Ale musicie zniknąć. Na kilka dni, może tydzień. Gdzieś, gdzie nikt was nie znajdzie.
Victor uśmiechnął się.
— Znam takie miejsce.
Wstali, żeby wyjść. I wtedy drzwi kawiarni otworzyły się z hukiem.
W progu stał Webb.
Za nim, tuzin uzbrojonych ludzi w czarnych kombinezonach.
— Siedzieć! — krzyknął Webb. — Ręce do góry!
Alex spojrzał na dziennikarzy. Janet błyskawicznie schowała teczkę pod stół.
— To koniec, Morrow — powiedział Webb, podchodząc do ich stolika. — Oddajcie dokumenty i nikt nie ucierpi.
— Nie mam nic — odparł Alex spokojnie.
Webb uśmiechnął się zimno.
— Przeszukamy was. Znajdziemy.
I wtedy Victor zrobił coś, czego nikt się nie spodziewał.
Wyjął z kieszeni granat.
— Cofnij się, Marcus — powiedział cicho. — Albo wszyscy wylecimy w powietrze.
—
Czy Victor zdetonuje granat? Co stanie się z dokumentami? I jaką cenę przyjdzie im zapłacić za prawdę? Ostatnia część już za chwilę…
