Reklama

KLUCZ DO ZAPOMNIANYCH DRZWI

Deszcz bębnił o szybę jak niespokojne palce.Alex Morrow siedział w swoim samochodzie, zaparkowanym naprzeciwko First Mercantile Bank, i patrzył na ludzi wchodzących i wychodzących przez obrotowe drzwi. Była 14:57 w piątek, dwunastego marca. Słońce przebijało się przez chmury nad Manhattanem, ale on czuł chłód, który nie miał nic wspólnego z pogodą.Trzy tygodnie temu stracił pracę w firmie ochroniarskiej. Sześć tygodni temu pochował ojca. Dwa miesiące temu dowiedział się, że dom, w którym się wychował, jest obciążony hipoteką, o której nikt mu nie powiedział.Bank chciał go wyrzucić na ulicę.

CZĘŚĆ TRZECIA: ROSZCZENIE

Rozdział 11

Dworzec Penn Station o ósmej wieczorem był labiryntem ludzkich ciał, walizek i spóźnionych pociągów. Alex lawirował między podróżnymi, czując się jak ryba w ławicy – anonimowy, niewidzialny. Kim szedł kilka kroków za nim, z teczką przyciśniętą do piersi.

— Jesteś pewien, że to dobry pomysł? — zapytał cicho, gdy stanęli przy biletomacie.

— Nie mam innego. Webb ma kontakty w policji, w sądzie, pewnie w połowie instytucji tego miasta. Gdzie mogę się schować, gdzie nie będzie mógł mnie dosięgnąć?

— W więzieniu? Serio?

— Tylko na kilka dni. Wystarczająco długo, żeby zmylić trop i żeby Harold zdobył plany.

Kim pokręcił głową, ale w jego oczach malował się cień podziwu.

— To szaleństwo. Ale może zadziałać. Tylko jak zamierzasz się tam dostać?

Alex uśmiechnął się blado.

— Potrzebuję twojej pomocy. Jesteś prawnikiem. Wiesz, jak działa system.

— Mów.

— Pamiętasz, jak mówiłeś o fikcyjnych sporach sądowych? O tym, jak Whitman prał pieniądze przez fałszywe pozwy?

— Tak.

— A gdyby tak odwrócić ich metodę? Gdyby ktoś złożył przeciwko mnie roszczenie – prawdziwe, z dokumentami, z zeznaniami – które zmusiłoby sąd do tymczasowego aresztowania?

Kim zamrugał.

— Chcesz, żebym cię wsadził do więzienia?

— Chcę, żebyś zorganizował pozew windykacyjny. Jakiś stary dług, który rzekomo mam u fikcyjnej firmy. Z odpowiednimi dokumentami, z podstemplowanymi umowami. Na tyle poważny, żeby sędzia nakazał areszt za niestawiennictwo.

— To nielegalne.

— A to, co robi Whitman, jest legalne? Sarah nie żyje. Victor nie żyje. Mój ojciec nie żyje. Potrzebuję czasu, żeby ich pomścić.

Kim długo patrzył mu w oczy. W końcu westchnął.

— Mam znajomego, który prowadzi kancelarię windykacyjną. Czasami… nagina przepisy. Może uda mu się przygotować papiery na jutro rano.

— Dziękuję.

— Nie dziękuj. Jeszcze nie wiemy, czy przeżyjesz.

Rozdział 12

Następnego dnia o dziesiątej rano Alex stał przed sądem na Manhattanie, czekając na swoją kolej. Był ubrany w stary garnitur, który pożyczył od Kima, ogolony i uczesany – miał wyglądać na zwykłego obywatela, który wpadł w tarapaty.

W środku sądu panował gwar. Adwokaci w togach, podsądni w kajdankach, rodziny na ławach. Alex odnalazł właściwą salę i usiadł z tyłu.

Sprawa była prosta: firma windykacyjna z New Jersey złożyła pozew, twierdząc, że Alex Morrow zaciągnął u nich pożyczkę trzy lata temu i nigdy nie spłacił. Do pozwu dołączono umowę cywilną z jego podpisem – sfałszowanym, ale na pierwszy rzut oka wiarygodnym.

— Alex Morrow? — wywołał go woźny.

Podszedł do stołu sędziowskiego. Sędzia była kobietą około sześćdziesiątki, o surowej twarzy i przenikliwym spojrzeniu.

— Panie Morrow, otrzymał pan wezwanie na dzisiejszą rozprawę. Dlaczego nie stawił się pan na wcześniejsze terminy?

— Nie otrzymałem żadnych wezwań, Wysoki Sądzie – skłamał gładko.

— Reprezentuje pana ktoś?

— Nie, Wysoki Sądzie. Nie stać mnie na adwokata.

Sędzia westchnęła. Przerzucała papiery, marszcząc brwi.

— Roszczenie opiewa na sto pięćdziesiąt tysięcy dolarów. Firma przedstawia umowę z pańskim podpisem. Czy zaprzecza pan jej autentyczności?

— To nie mój podpis.

— Ma pan dowody?

Alex zawahał się.

— Nie, Wysoki Sądzie. Ale…

— To wystarczy. — Sędzia spojrzała na adwokata firmy windykacyjnej, młodego człowieka w idealnie skrojonym garniturze. — Panie mecenasie, pańskie dokumenty wyglądają w porządku, ale bez dodatkowych dowodów nie mogę wydać wyroku.

Adwokat uśmiechnął się – to był ten moment, na który czekali.

— Wysoki Sądzie, pozwana strona miała wielokrotnie okazję do stawienia się i przedstawienia swoich racji. Uciekała przed wymiarem sprawiedliwości. Wnoszę o wydanie nakazu aresztowania do czasu wyjaśnienia sprawy.

Sędzia spojrzała na Alexa.

— Panie Morrow, czy ma pan zamiar opuścić jurysdykcję?

— Nie, Wysoki Sądzie.

— Skąd mam tę pewność?

Alex milczał. Serce waliło mu jak młotem.

Sędzia podjęła decyzję.

— Ze względu na wagę roszczenia i niestawiennictwo pozwanej strony, nakazuję tymczasowe aresztowanie Alexa Morrowa na okres do siedmiu dni, do czasu rozprawy wyjaśniającej. Wyprowadzić.

Kajdanki były zimne na nadgarstkach.

Tymczasowe aresztowanie i procedura karna w systemie USA. Strategia obrony Alexa wymagała radykalnych kroków. Bez prawnika nie mógł wygrać, ale o to chodziło.

Rozdział 13

Więzienie na Rikers Island nie było miejscem dla ludzi o słabych nerwach. Zapach wilgotnego betonu, potu i środków dezynfekujących mieszał się w ohydną woń, której nie sposób było ignorować. Alex siedział na pryczy w celi dla tymczasowo aresztowanych, czekając.

Plan działał. Webb nie mógł go dosięgnąć za kratkami – przynajmniej nie od razu. Ale ile czasu minie, zanim detektyw skojarzy, że aresztowanie Alexa było zbyt wygodne? Ile dni, zamiast siedmiu, mu zostało?

Drugiego dnia odwiedził go Kim.

— Harold ma plany — szepnął przez szybę w pokoju widzeń. — Znalazł oryginalne dokumenty z lat trzydziestych. Stacja Worth Street ma podziemny poziom, który nie został zaznaczony na żadnych publicznych mapach. Był przeznaczony dla sądów – rodzaj archiwum, do którego dostęp mieli tylko wybrani.

— Mój ojciec o tym wiedział?

— Prawdopodobnie. Harold mówi, że Richard spędzał godziny nad tymi planami. Mógł znaleźć coś, czego inni nie zauważyli.

— Jak się tam dostać?

— Jest właz na tyłach budynku sądu. Prowadzi do tunelu technicznego. Ale jest zamknięty na kod. Harold go nie zna.

Alex myślał intensywnie.

— Mój ojciec urodził się w trzydziestym ósmym. Zawsze mówił, że to jego szczęśliwy rok.

— Możliwe. Warto spróbować.

— Kiedy wyjdę?

— Za pięć dni, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem. Ale Webb już dzwonił do sędziego. Próbuje przyspieszyć ekstradycję do innej jurysdykcji – chce cię przenieść gdzieś, gdzie będzie mógł cię „przesłuchać”.

Alex zacisnął pięści.

— Nie mogę tu czekać pięć dni. Muszę wydostać się wcześniej.

— Jak?

— Zorganizuj spotkanie z adwokatem. Powiedz mu, że chcę dobrowolnie poddać się karze. Że przyznaję się do długu. To powinno przyspieszyć sprawę.

— To ryzykowne. Sędzia może cię skazać natychmiast.

— Ale nie na długo. Sto pięćdziesiąt tysięcy to oszustwo, nie przemoc. Maksymalnie rok, pewnie w zawieszeniu. A ja będę na wolności, zanim Webb zdąży cokolwiek zrobić.

Kim patrzył na niego z podziwem i przerażeniem.

— Jesteś szalony.

— Wiem. Ale to jedyny sposób.

Rozdział 14

Trzy dni później Alex stał przed tym samym sędzią, tym razem w cywilnym ubraniu, bez kajdanek. Adwokat z urzędu, którą mu przydzielono, była młodą kobietą o imieniu Rebecca. Spojrzała na niego z lekkim zdziwieniem, gdy oznajmił, że chce się przyznać.

— Jesteś pewien? To sto pięćdziesiąt tysięcy. Możemy walczyć.

— Jestem pewien.

Sędzia była tą samą surową kobietą co poprzednim razem.

— Panie Morrow, rozumiem, że zmienił pan zdanie?

— Tak, Wysoki Sądzie. Chcę zakończyć tę sprawę.

— Przyznaje się pan do zaciągnięcia pożyczki i jej niespłacenia?

— Przyznaję.

Sędzia zmrużyła oczy, jakby wyczuwała, że coś jest nie tak, ale procedura była procedurą.

— W takim razie, biorąc pod uwagę pańską współpracę i brak wcześniejszej karalności, skazuję pana na rok pozbawienia wolności w zawieszeniu na trzy lata oraz nakazuję spłatę długu w ratach. Zwolniony.

Alex odetchnął. Działało.

Gdy wychodził z sali, zobaczył Webba. Detektyw stał pod ścianą korytarza, z rękami w kieszeniach płaszcza. Na jego twarzy malował się zimny uśmiech.

— Sprytne, Morrow. Naprawdę sprytne.

Alex minął go bez słowa.

— Ale to nic nie da — dodał Webb za jego plecami. — I tak cię znajdę. Tym razem nie będzie mostu ani rzeki.

Alex szedł dalej, czując jego wzrok na plecach jak dotyk lodu.

Rozdział 15

Na zewnątrz czekał Kim z samochodem. Alex wskoczył do środka i ruszyli.

— Widziałeś go?

— Tak. Wie, że go oszukałem.

— To teraz wie też, że coś kombinujesz. Będzie cię śledził.

— Więc musimy działać szybko. Masz plan stacji?

— Mam. I mam kody. Harold znalazł notatki twojego ojca w muzealnym archiwum. Richard zostawił tam kopertę z twoim imieniem, ale nikt jej wcześniej nie otworzył.

— Co w niej było?

Kim podał mu kartkę. Na niej, odręcznym pismem ojca, ciąg liczb:

38-45-12-07

— Data urodzenia i śmierć mamy — szepnął Alex. — 12 lipca 1945. Zmarła, gdy miałem pięć lat.

— To może być kod do włazu.

Zaparkowali kilka przecznic od sądu. Była noc, padał drobny deszcz. Ubrani na czarno, z latarkami i plecakami, ruszyli w kierunku tyłów budynku.

Właz znajdował się w betonowym zagłębieniu, ukryty za śmietnikami. Był stary, zardzewiały, ale wciąż zamknięty nowoczesnym zamkiem cyfrowym.

Alex wstrzymał oddech i wystukał kod: 38-45-12-07.

Zamek kliknął.

Unieśli właz i zniknęli w ciemności.

Tunel techniczny ciągnął się w nieskończoność. Ściany pokryte były pleśnią, a w powietrzu unosił się zapach stęchlizny i rdzy. Szli w milczeniu, licząc kroki. Po dwustu metrach dotarli do rozwidlenia.

— Lewo prowadzi do metra — powiedział Kim, świecąc latarką w plan. — Prawo do archiwum sądowego.

— Prawo.

Skręcili. Tunel zwężał się, aż w końcu dotarli do stalowych drzwi. Na nich, wygrawerowana w metalu, twarz kobiety z zamkniętymi oczami.

Ta sama, co na kluczu.

Alex wyjął klucz z kieszeni i wsunął go w otwór. Pasował idealnie.

Nieodkryte archiwa miejskie i zapomniana infrastruktura metra. Poszukiwanie prawdy ukrytej głęboko pod ziemią. 

Drzwi otworzyły się z jękiem, jakby nikt nie przekraczał ich progu od dziesięcioleci.

Za nimi znajdowało się pomieszczenie wielkości małej sali sądowej. Ściany zastawione były metalowymi szafami. A w środku, na stole, leżała gruba teczka z napisem: WHITMAN & ASSOCIATES – DOWODY.

Alex podszedł do stołu i otworzył teczkę.

W środku znajdowały się dokumenty. Setki dokumentów. Umowy, przelewy, nagrania, zdjęcia. Wszystko, czego potrzebował, żeby zniszczyć Whitmana i Webba.

I wtedy usłyszeli kroki.

— Powoli, panowie — rozległ się głos z ciemności. — Ręce do góry.

Webb stał w drzwiach, z pistoletem wymierzonym prosto w Alexa.

— Myślałeś, że będę tak głupi, żeby cię zgubić? Śledziłem was od samego początku. A teraz oddajcie mi te dokumenty i nikt nie musi umierać.

Alex spojrzał na Kima. Potem na teczkę. Potem na Webba.

I uśmiechnął się.

— Wie pan, czego pan nie przewidział? — zapytał spokojnie.

— Czego?

— Że nie jesteśmy sami.

Z ciemności za Webbem wynurzyła się sylwetka. Ktoś wysoki, w płaszczu. Ręka z pistoletem uniosła się i uderzyła detektywa w tył głowy.

Webb osunął się na ziemię.

Przed Alexem stał Victor.

Żywy.

Jak to możliwe, że Victor żyje? Co jeszcze ukrywa? I czy Alex w końcu dotrze do prawdy? Odpowiedzi w części czwartej…

Reklama

Najnowsze

Reklama
Poprzedni artykuł
Następny artykuł

Zobacz podobne:

Reklama