CZĘŚĆ TRZECIA: ROSZCZENIE
Rozdział 11
Dworzec Penn Station o ósmej wieczorem był labiryntem ludzkich ciał, walizek i spóźnionych pociągów. Alex lawirował między podróżnymi, czując się jak ryba w ławicy – anonimowy, niewidzialny. Kim szedł kilka kroków za nim, z teczką przyciśniętą do piersi.
— Jesteś pewien, że to dobry pomysł? — zapytał cicho, gdy stanęli przy biletomacie.
— Nie mam innego. Webb ma kontakty w policji, w sądzie, pewnie w połowie instytucji tego miasta. Gdzie mogę się schować, gdzie nie będzie mógł mnie dosięgnąć?
— W więzieniu? Serio?
— Tylko na kilka dni. Wystarczająco długo, żeby zmylić trop i żeby Harold zdobył plany.
Kim pokręcił głową, ale w jego oczach malował się cień podziwu.
— To szaleństwo. Ale może zadziałać. Tylko jak zamierzasz się tam dostać?
Alex uśmiechnął się blado.
— Potrzebuję twojej pomocy. Jesteś prawnikiem. Wiesz, jak działa system.
— Mów.
— Pamiętasz, jak mówiłeś o fikcyjnych sporach sądowych? O tym, jak Whitman prał pieniądze przez fałszywe pozwy?
— Tak.
— A gdyby tak odwrócić ich metodę? Gdyby ktoś złożył przeciwko mnie roszczenie – prawdziwe, z dokumentami, z zeznaniami – które zmusiłoby sąd do tymczasowego aresztowania?
Kim zamrugał.
— Chcesz, żebym cię wsadził do więzienia?
— Chcę, żebyś zorganizował pozew windykacyjny. Jakiś stary dług, który rzekomo mam u fikcyjnej firmy. Z odpowiednimi dokumentami, z podstemplowanymi umowami. Na tyle poważny, żeby sędzia nakazał areszt za niestawiennictwo.
— To nielegalne.
— A to, co robi Whitman, jest legalne? Sarah nie żyje. Victor nie żyje. Mój ojciec nie żyje. Potrzebuję czasu, żeby ich pomścić.
Kim długo patrzył mu w oczy. W końcu westchnął.
— Mam znajomego, który prowadzi kancelarię windykacyjną. Czasami… nagina przepisy. Może uda mu się przygotować papiery na jutro rano.
— Dziękuję.
— Nie dziękuj. Jeszcze nie wiemy, czy przeżyjesz.
Rozdział 12
Następnego dnia o dziesiątej rano Alex stał przed sądem na Manhattanie, czekając na swoją kolej. Był ubrany w stary garnitur, który pożyczył od Kima, ogolony i uczesany – miał wyglądać na zwykłego obywatela, który wpadł w tarapaty.
W środku sądu panował gwar. Adwokaci w togach, podsądni w kajdankach, rodziny na ławach. Alex odnalazł właściwą salę i usiadł z tyłu.
Sprawa była prosta: firma windykacyjna z New Jersey złożyła pozew, twierdząc, że Alex Morrow zaciągnął u nich pożyczkę trzy lata temu i nigdy nie spłacił. Do pozwu dołączono umowę cywilną z jego podpisem – sfałszowanym, ale na pierwszy rzut oka wiarygodnym.
— Alex Morrow? — wywołał go woźny.
Podszedł do stołu sędziowskiego. Sędzia była kobietą około sześćdziesiątki, o surowej twarzy i przenikliwym spojrzeniu.
— Panie Morrow, otrzymał pan wezwanie na dzisiejszą rozprawę. Dlaczego nie stawił się pan na wcześniejsze terminy?
— Nie otrzymałem żadnych wezwań, Wysoki Sądzie – skłamał gładko.
— Reprezentuje pana ktoś?
— Nie, Wysoki Sądzie. Nie stać mnie na adwokata.
Sędzia westchnęła. Przerzucała papiery, marszcząc brwi.
— Roszczenie opiewa na sto pięćdziesiąt tysięcy dolarów. Firma przedstawia umowę z pańskim podpisem. Czy zaprzecza pan jej autentyczności?
— To nie mój podpis.
— Ma pan dowody?
Alex zawahał się.
— Nie, Wysoki Sądzie. Ale…
— To wystarczy. — Sędzia spojrzała na adwokata firmy windykacyjnej, młodego człowieka w idealnie skrojonym garniturze. — Panie mecenasie, pańskie dokumenty wyglądają w porządku, ale bez dodatkowych dowodów nie mogę wydać wyroku.
Adwokat uśmiechnął się – to był ten moment, na który czekali.
— Wysoki Sądzie, pozwana strona miała wielokrotnie okazję do stawienia się i przedstawienia swoich racji. Uciekała przed wymiarem sprawiedliwości. Wnoszę o wydanie nakazu aresztowania do czasu wyjaśnienia sprawy.
Sędzia spojrzała na Alexa.
— Panie Morrow, czy ma pan zamiar opuścić jurysdykcję?
— Nie, Wysoki Sądzie.
— Skąd mam tę pewność?
Alex milczał. Serce waliło mu jak młotem.
Sędzia podjęła decyzję.
— Ze względu na wagę roszczenia i niestawiennictwo pozwanej strony, nakazuję tymczasowe aresztowanie Alexa Morrowa na okres do siedmiu dni, do czasu rozprawy wyjaśniającej. Wyprowadzić.
Kajdanki były zimne na nadgarstkach.

Rozdział 13
Więzienie na Rikers Island nie było miejscem dla ludzi o słabych nerwach. Zapach wilgotnego betonu, potu i środków dezynfekujących mieszał się w ohydną woń, której nie sposób było ignorować. Alex siedział na pryczy w celi dla tymczasowo aresztowanych, czekając.
Plan działał. Webb nie mógł go dosięgnąć za kratkami – przynajmniej nie od razu. Ale ile czasu minie, zanim detektyw skojarzy, że aresztowanie Alexa było zbyt wygodne? Ile dni, zamiast siedmiu, mu zostało?
Drugiego dnia odwiedził go Kim.
— Harold ma plany — szepnął przez szybę w pokoju widzeń. — Znalazł oryginalne dokumenty z lat trzydziestych. Stacja Worth Street ma podziemny poziom, który nie został zaznaczony na żadnych publicznych mapach. Był przeznaczony dla sądów – rodzaj archiwum, do którego dostęp mieli tylko wybrani.
— Mój ojciec o tym wiedział?
— Prawdopodobnie. Harold mówi, że Richard spędzał godziny nad tymi planami. Mógł znaleźć coś, czego inni nie zauważyli.
— Jak się tam dostać?
— Jest właz na tyłach budynku sądu. Prowadzi do tunelu technicznego. Ale jest zamknięty na kod. Harold go nie zna.
Alex myślał intensywnie.
— Mój ojciec urodził się w trzydziestym ósmym. Zawsze mówił, że to jego szczęśliwy rok.
— Możliwe. Warto spróbować.
— Kiedy wyjdę?
— Za pięć dni, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem. Ale Webb już dzwonił do sędziego. Próbuje przyspieszyć ekstradycję do innej jurysdykcji – chce cię przenieść gdzieś, gdzie będzie mógł cię „przesłuchać”.
Alex zacisnął pięści.
— Nie mogę tu czekać pięć dni. Muszę wydostać się wcześniej.
— Jak?
— Zorganizuj spotkanie z adwokatem. Powiedz mu, że chcę dobrowolnie poddać się karze. Że przyznaję się do długu. To powinno przyspieszyć sprawę.
— To ryzykowne. Sędzia może cię skazać natychmiast.
— Ale nie na długo. Sto pięćdziesiąt tysięcy to oszustwo, nie przemoc. Maksymalnie rok, pewnie w zawieszeniu. A ja będę na wolności, zanim Webb zdąży cokolwiek zrobić.
Kim patrzył na niego z podziwem i przerażeniem.
— Jesteś szalony.
— Wiem. Ale to jedyny sposób.
Rozdział 14
Trzy dni później Alex stał przed tym samym sędzią, tym razem w cywilnym ubraniu, bez kajdanek. Adwokat z urzędu, którą mu przydzielono, była młodą kobietą o imieniu Rebecca. Spojrzała na niego z lekkim zdziwieniem, gdy oznajmił, że chce się przyznać.
— Jesteś pewien? To sto pięćdziesiąt tysięcy. Możemy walczyć.
— Jestem pewien.
Sędzia była tą samą surową kobietą co poprzednim razem.
— Panie Morrow, rozumiem, że zmienił pan zdanie?
— Tak, Wysoki Sądzie. Chcę zakończyć tę sprawę.
— Przyznaje się pan do zaciągnięcia pożyczki i jej niespłacenia?
— Przyznaję.
Sędzia zmrużyła oczy, jakby wyczuwała, że coś jest nie tak, ale procedura była procedurą.
— W takim razie, biorąc pod uwagę pańską współpracę i brak wcześniejszej karalności, skazuję pana na rok pozbawienia wolności w zawieszeniu na trzy lata oraz nakazuję spłatę długu w ratach. Zwolniony.
Alex odetchnął. Działało.
Gdy wychodził z sali, zobaczył Webba. Detektyw stał pod ścianą korytarza, z rękami w kieszeniach płaszcza. Na jego twarzy malował się zimny uśmiech.
— Sprytne, Morrow. Naprawdę sprytne.
Alex minął go bez słowa.
— Ale to nic nie da — dodał Webb za jego plecami. — I tak cię znajdę. Tym razem nie będzie mostu ani rzeki.
Alex szedł dalej, czując jego wzrok na plecach jak dotyk lodu.
Rozdział 15
Na zewnątrz czekał Kim z samochodem. Alex wskoczył do środka i ruszyli.
— Widziałeś go?
— Tak. Wie, że go oszukałem.
— To teraz wie też, że coś kombinujesz. Będzie cię śledził.
— Więc musimy działać szybko. Masz plan stacji?
— Mam. I mam kody. Harold znalazł notatki twojego ojca w muzealnym archiwum. Richard zostawił tam kopertę z twoim imieniem, ale nikt jej wcześniej nie otworzył.
— Co w niej było?
Kim podał mu kartkę. Na niej, odręcznym pismem ojca, ciąg liczb:
38-45-12-07
— Data urodzenia i śmierć mamy — szepnął Alex. — 12 lipca 1945. Zmarła, gdy miałem pięć lat.
— To może być kod do włazu.
Zaparkowali kilka przecznic od sądu. Była noc, padał drobny deszcz. Ubrani na czarno, z latarkami i plecakami, ruszyli w kierunku tyłów budynku.
Właz znajdował się w betonowym zagłębieniu, ukryty za śmietnikami. Był stary, zardzewiały, ale wciąż zamknięty nowoczesnym zamkiem cyfrowym.
Alex wstrzymał oddech i wystukał kod: 38-45-12-07.
Zamek kliknął.
Unieśli właz i zniknęli w ciemności.
Tunel techniczny ciągnął się w nieskończoność. Ściany pokryte były pleśnią, a w powietrzu unosił się zapach stęchlizny i rdzy. Szli w milczeniu, licząc kroki. Po dwustu metrach dotarli do rozwidlenia.
— Lewo prowadzi do metra — powiedział Kim, świecąc latarką w plan. — Prawo do archiwum sądowego.
— Prawo.
Skręcili. Tunel zwężał się, aż w końcu dotarli do stalowych drzwi. Na nich, wygrawerowana w metalu, twarz kobiety z zamkniętymi oczami.
Ta sama, co na kluczu.
Alex wyjął klucz z kieszeni i wsunął go w otwór. Pasował idealnie.

Drzwi otworzyły się z jękiem, jakby nikt nie przekraczał ich progu od dziesięcioleci.
Za nimi znajdowało się pomieszczenie wielkości małej sali sądowej. Ściany zastawione były metalowymi szafami. A w środku, na stole, leżała gruba teczka z napisem: WHITMAN & ASSOCIATES – DOWODY.
Alex podszedł do stołu i otworzył teczkę.
W środku znajdowały się dokumenty. Setki dokumentów. Umowy, przelewy, nagrania, zdjęcia. Wszystko, czego potrzebował, żeby zniszczyć Whitmana i Webba.
I wtedy usłyszeli kroki.
— Powoli, panowie — rozległ się głos z ciemności. — Ręce do góry.
Webb stał w drzwiach, z pistoletem wymierzonym prosto w Alexa.
— Myślałeś, że będę tak głupi, żeby cię zgubić? Śledziłem was od samego początku. A teraz oddajcie mi te dokumenty i nikt nie musi umierać.
Alex spojrzał na Kima. Potem na teczkę. Potem na Webba.
I uśmiechnął się.
— Wie pan, czego pan nie przewidział? — zapytał spokojnie.
— Czego?
— Że nie jesteśmy sami.
Z ciemności za Webbem wynurzyła się sylwetka. Ktoś wysoki, w płaszczu. Ręka z pistoletem uniosła się i uderzyła detektywa w tył głowy.
Webb osunął się na ziemię.
Przed Alexem stał Victor.
Żywy.
—
Jak to możliwe, że Victor żyje? Co jeszcze ukrywa? I czy Alex w końcu dotrze do prawdy? Odpowiedzi w części czwartej…
