CZĘŚĆ 2: DZIEWCZYNA Z WALIZKĄ
—
Tydzień później Daniel wiedział o Clarze wszystko, czego mógł się dowiedzieć, nie przekraczając granicy prywatności. A właściwie – nie przekraczając jej zbyt nachalnie.
Mieszkała dwa przystanki autobusowe dalej, w starej kamienicy przy Manhattan Avenue, w mieszkaniu na czwartym piętrze bez windy. Pracowała jako asystentka redaktora w malutkim wydawnictwie specjalizującym się w poezji i literaturze pięknej, które ledwo wiązało koniec z końcem. To tłumaczyło jej obecność w kawiarni – w wydawnictwie nie było dla niej biurka, a w domu, jak podejrzewał, też nie miała warunków do pracy. Godzinami przesiadywała w Czarnej Kawce, poprawiając manuskrypty, pisząc maile, prowadząc telekonferencje ze słuchawką wciśniętą między ucho a ramię.
Jej sytuacja finansowa była, delikatnie mówiąc, napięta. Daniel nie musiał hakersko włamywać się na jej konto – wystarczyło posłuchać jej rozmów telefonicznych w kawiarni. „Tak, mamo, wiem, że zalegam z czynszem”, „Nie, nie mogę wziąć kolejnej pożyczki, bank mi odmówił”, „Tak, szukam czegoś dodatkowego, ale etat mnie wykańcza”.
Miała w sobie coś, co Daniel podziwiał – upór. Mimo widocznego zmęczenia, mimo worków pod oczami, każdego dnia zasiadała przy tym samym stoliku i pracowała z zacięciem, jakby od tej pracy zależało jej życie. A może zależało.
Była samotną matką. To odkrył przypadkiem, gdy któregoś popołudnia do kawiarni wbiegł mały chłopiec, może siedmioletni, z plecakiem w paski, i rzucił się jej na szyję.
– Mamo, skończyłem wcześniej! Pani od plastyki puściła nas do domu, bo ją głowa boli!
Clara przytuliła go, ale w jej oczach Daniel dostrzegł panikę. Spojrzała na laptop, na niedokończoną pracę, na zegarek. Potem na syna.
– Kochanie, usiądź grzecznie, mama musi dokończyć jedną rzecz, dobrze? Kupię ci sok.
Chłopiec – Leo, jak się później okazało – usiadł grzecznie, ale po pięciu minutach zaczął wiercić się na krześle, a po dziesięciu biegać między stolikami. Clara próbowała go uspokajać, ale jej głos tracił cierpliwość, a na skroniach wystąpiły żyły. Widział, jak walczy, by nie wybuchnąć. Jak próbuje być dobrą matką i dobrym pracownikiem jednocześnie, a to po prostu jest niemożliwe.
Daniel wstał.
– Cześć – powiedział, podchodząc do ich stolika. – Pamiętasz mnie? Daniel. Od rozmieniania pieniędzy.
Clara spojrzała na niego nieprzytomnie. Przez chwilę nie wiedziała, kim jest. Potem skinęła głową.
– A, tak. Przepraszam, mam teraz trochę…
– Widzę – przerwał jej łagodnie. Spojrzał na Leo. – Hej, stary. Lubisz rysować?
Leo przestał biegać i spojrzał na niego podejrzliwie.
– No… tak.
– To świetnie. Ja kiedyś dużo rysowałem. Masz może jakąś kartkę?
Clara patrzyła na to z niedowierzaniem. Sięgnęła do torby, wyjęła notes w miękkiej oprawie i wyrwała z niego kilka kartek. Podała je Danielowi wraz z długopisem.
Daniel usiadł obok Leo.

– Pokażę ci, jak narysować smoka, który wygląda, jakby miał katar. To moja specjalność.
Leo zachichotał. Przez następne dwadzieścia minut Daniel rysował z chłopcem. Nie był w tym dobry, ale wiedział, jak zainteresować dziecko. Pokazywał mu, jak zrobić smoka z długą szyją, jak dodać mu śmieszne okulary, jak wymyślić dla niego imię. Leo zaangażował się całkowicie.
Clara tymczasem, z początku rozkojarzona, po kilku minutach wróciła do pracy. Ale od czasu do czasu zerkała na nich znać ekranu. W jej spojrzeniu było coś, czego Daniel nie umiał nazwać. Może wdzięczność. Może niedowierzanie.
Gdy skończyła, zamknęła laptop z wyraźną ulgą.
– Dziękuję – powiedziała cicho, gdy Leo pokazywał jej swoje dzieła. – Naprawdę. Nie musiał pan…
– Daniel.
– Daniel. Nie musiałeś.
– Lubię dzieci – skłamał. Nie lubił. Nie znał ich. Ale Leo był inny. Może dlatego, że był jej synem.
– To bardzo miło z twojej strony – Clara wstała, zaczęła pakować rzeczy. – Leo, powiedz panu Danielowi dziękuję.
– Dzięki, panie Danielu! – zawołał Leo, machając rysunkiem. – To jest smok Katar, a to smok Katarzyna, oni są małżeństwem.
Daniel zaśmiał się. To był prawdziwy śmiech. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz tak się śmiał.
– Świetnie. Uważaj na nich.
Wyszli. Daniel został przy stoliku, patrząc przez szybę, jak Clara i Leo znikają za rogiem. Wróciła po chwili. Samą.
Zapomniała czegoś – pomyślał. Ale ona podeszła prosto do niego.
– Słuchaj – zaczęła, a w jej głosie było wahanie. – Ja nie wiem, kim jesteś. Nie wiem, dlaczego tu przychodzisz. Ale jeśli szukasz… no nie wiem, towarzystwa, czy czegoś… to ja nie jestem dobrym materiałem. Mam syna, mam masę problemów, nie mam czasu na randki ani na nowe znajomości.
Daniel uniósł brwi.
– Ja nie szukam randki.
– A czego szukasz?
Zamilkł. To było dobre pytanie. Czego szukał? Nie mógł jej powiedzieć prawdy. Że jest tu, by zniszczyć człowieka, którego ona być może zna z widzenia. Że jego życie to misja, a nie codzienność.
– Spokoju – powiedział w końcu. – Chyba po prostu spokoju.
Clara patrzyła na niego przez dłuższą chwilę. Jej wzrok był przenikliwy. Jakby próbowała prześwietlić go na wylot.
– Wszyscy go szukamy – odparła w końcu. – Tylko nie wszyscy umiemy go znaleźć.
Odwróciła się i wyszła.
Daniel został sam. Przed nim na stole leżały rysunki Leo, które chłopiec zostawił. Smoki z katarem. Uśmiechnął się mimowolnie. Potem jego wzrok padł na szybę, na odbicie własnej twarzy. Zobaczył w nim mężczyznę, którego nie znał. Kto to był? Kim się stał?
Wiedział tylko, że ta kobieta i ten chłopiec właśnie rozwalili jego starannie skonstruowany świat na kawałki.
—
Następne dni przyniosły nowy rytuał. Daniel przychodził do kawiarni codziennie o tej samej porze. Zamawiał kawę, siadał w kącie, czytał książkę. Nie zaczepiał Clary. Nie patrzył na nią nachalnie. Po prostu był.
Ona, z początku spięta jego obecnością, po kilku dniach przestała zwracać na niego uwagę. Pracowała, on czytał. To było dziwne, ale działało. Daniel czuł, że ta codzienna bliskość, nawet jeśli niema, jest mu potrzebna. Jak łyk powietrza po latach spędzonych pod wodą.
Aż do piątku.

Tego dnia Clara przyszła później niż zwykle. Była blada, oczy miała zaczerwienione. Usiadła przy stoliku, ale nie otworzyła laptopa. Patrzyła w okno, tak jak tamtego pierwszego dnia w ścianę, gdy Daniel ją zobaczył. Pusta. Nieobecna.
Po godzinie Daniel nie wytrzymał. Wstał, podszedł do niej.
– Wszystko w porządku?
Podniosła na niego wzrok. W jej oczach stały łzy, które usiłowała powstrzymać.
– Nie – odpowiedziała szeptem. – Chyba nie.
Usiadł naprzeciwko niej. Nie wiedział, co powiedzieć. Nie znał jej. Nie miał prawa. Ale został.
– Wyrzucili mnie – powiedziała nagle. – Z pracy. Redukcje. Wydawnictwo kończy działalność.
Daniel milczał. To była zła wiadomość, ale nie katastrofa. Ludzie tracili pracę codziennie. Jednak widział, że dla Clary to był cios, który złamał jej kręgosłup.
– Miałam tylko to – mówiła dalej, jakby do siebie. – Tę pracę. To była cała moja szansa. Myślałam, że jak się wykażę, to może… a teraz nie mam nic. Nie mam oszczędności. Mam czynsz za dwa miesiące do tyłu. Leo potrzebuje nowych butów, bo z tych wyrósł. I on ma astmę, rozumiesz? Jego inhalatory są drogie, a ubezpieczenie zdrowotne… miałam je z pracy, ale teraz…
Załamała się. Nie płakała głośno. Tylko jej ramiona zaczęły drżeć, a po policzkach popłynęły ciche łzy.
Daniel patrzył na nią. Wiedział, co to znaczy. Wiedział, jak to jest patrzeć w przepaść i nie widzieć dna. Jego ojciec też tak patrzył, zanim umarł.
Sięgnął do kieszeni. Miał przy sobie portfel. W portfelu plik banknotów. Kilka tysięcy dolarów, które nosił na wszelki wypadek. Nie myślał. Wyjął je i położył na stole przed Clarą.

Spojrzała na pieniądze, potem na niego. W jej oczach pojawiło się coś ostrego. Oskarżenie.
– Co ty robisz?
– Chcę pomóc.
– Nie znam cię.
– Wiem.
– To są pieniądze. Duże pieniądze. Skąd je masz? Kim ty w ogóle jesteś?
Daniel zamknął oczy. Zrozumiał swój błąd. Miliarder, który udaje biedaka, nie może nagle wyciągnąć pliku banknotów. To nie trzyma się kupy.
– Mam oszczędności – powiedział, ale zabrzmiało to słabo.
Clara odsunęła pieniądze, jakby parzyły.
– Nie chcę ich. Dziękuję, ale nie. To nie tak. Nie jestem twoim projektem dobroczynnym.
– To nie jest dobroczynność – zaprotestował. – To po prostu… ludzka rzecz. Widzę kogoś w potrzebie. Mam środki. Chcę pomóc.
– Dlaczego?
To pytanie wisiało między nimi. Dlaczego? Bo przypominasz mi moją matkę? Bo twój syn przypomniał mi, że istnieje coś poza zemstą? Bo jestem samotny i przerażony, tak jak ty?
– Bo mam za dużo pieniędzy i za mało powodów, by żyć – powiedział cicho.
Clara patrzyła na niego długo. Potem, powoli, sięgnęła po serwetkę i wytarła oczy.
– Usiądź – powiedziała. – Opowiedz mi o sobie.
I Daniel usiadł. I zaczął opowiadać. Nie całą prawdę. Ale więcej, niż kiedykolwiek mówił komukolwiek. O ojcu, o firmie, o stracie. O tym, jak wyjechał na Zachód i zbudował coś od zera. O tym, że teraz wrócił, by zamknąć pewien rozdział.
Nie powiedział o zemście. Nie powiedział o Crowleyu. Ale powiedział o bólu.
Clara słuchała. Nie przerywała. Gdy skończył, wzięła głęboki oddech.
– To straszna historia – powiedziała. – Twój ojciec nie zasłużył na to.
– Nie zasłużył.
– Ale to nie znaczy, że ty masz cierpieć do końca życia.
Spojrzał na nią.
– Co masz na myśli?
– To, że tkwisz w przeszłości. To, że nie potrafisz żyć. Mówisz, że zbudowałeś coś od zera, ale po co? Żeby udowodnić coś komuś, kto może nawet nie pamięta, że istniejesz?
Daniel milczał. Miała rację. Bolało, ale miała rację.
– Ja też tkwę w przeszłości – dodała ciszej. – Wciąż myślę o tym, co mogłam zrobić inaczej. Z mężem. Z Leo. Z moją karierą. Ale to nic nie daje. To tylko zabiera teraźniejszość.
Spojrzała na pieniądze, wciąż leżące na stole.
– Nie wezmę ich – powiedziała stanowczo. – Ale jeśli chcesz mi pomóc… możesz posiedzieć z Leo czasem. Żebym mogła poszukać pracy na spokojnie. To by było w porządku. To by było po ludzku.
Daniel skinął głową.
– Dobrze.
Wstała. Zabierała się do wyjścia, gdy nagle przystanęła.
– Daniel – powiedziała cicho. – Jesteś dobrym człowiekiem. Nawet jeśli sam w to nie wierzysz.
Wyszła. Daniel został sam przy stoliku. Na stole, obok filiżanki po kawie, leżały jego pieniądze. Nie tknięte.
Spojrzał przez szybę na ulicę. Zapadał zmierzch. Latarnie zapalały się jedna po drugiej. Gdzieś w tym mieście był Vincent Crowley, cel jego życia. A gdzieś indziej Clara i Leo, którzy stawali się celem jego serca.
Po raz pierwszy od piętnastu lat Daniel Kessler nie wiedział, co ma zrobić.
