CZĘŚĆ 3: WYSPA
—
Minął miesiąc.
Daniel nie porzucił planu. Nadal śledził Crowleya, notował jego zwyczaje, analizował finanse kamienicy. Wiedział, że budynek ma kredyt w lokalnym banku, że Crowley od dwóch lat spłaca go z trudem, że gdyby ktoś podniósł czynsze lokatorom lub wymusił na nim kosztowny remont, mógłby znaleźć się pod ścianą.
Ale dni wypełniało mu coś innego.
Leo. Chłopiec okazał się inteligentny, wrażliwy i zadziwiająco dojrzały jak na swój wiek. Daniel odbierał go ze szkoły trzy razy w tygodniu. Odrabiali razem lekcje, chodzili do parku, grali w szachy (Daniel uczył go zasad, Leo szybko je łapał i po dwóch tygodniach zaczął wygrywać). Czasem, gdy Clara miała rozmowę kwalifikacyjną, Daniel zostawał z nim dłużej, gotował im obiad (proste rzeczy: makaron z sosem, jajecznica, kanapki), a potem czytał mu na dobranoc.
Clara patrzyła na to z mieszanymi uczuciami. Była wdzięczna – to oczywiste. Ale też przestraszona. Kim był ten człowiek, który pojawił się znikąd i tak bezinteresownie zaangażował w ich życie?
– Boję się, że pewnego dnia znikniesz – powiedziała mu kiedyś wprost, gdy Leo spał już w swoim pokoju. Siedzieli w jej maleńkiej kuchni, przy stole zawalonym książkami i papierami. Ona piła herbatę, on wodę.
Spojrzał na nią. W półmroku kuchni jej twarz wyglądała młodziej, bardziej krucho.
– Nie zniknę – powiedział. I w tamtej chwili naprawdę w to wierzył.
– Skąd mam to wiedzieć? Nie wiem o tobie nic. Mówisz, że byłeś w Kalifornii, że masz firmę, ale nie wiem jaką. Nie wiem, dlaczego tu jesteś. Nie wiem, czego szukasz.
– Może nie szukam. Może znalazłem.
Clara spuściła wzrok. Wiedziała, o czym mówi. Czuła to samo. To dziwne przyciąganie, które nie miało nazwy. Nie było romansem – jeszcze nie. Nie było przyjaźnią – bo przyjaźń nie rodzi się z takiej intensywności. To było coś pomiędzy. Dwoje samotnych ludzi, którzy przypadkiem wpadli na siebie w ciemnym pokoju.
– Jutro mam rozmowę w jednej firmie – powiedziała, zmieniając temat. – Dobrze płacą. Pełen etat. Ubezpieczenie.
– To świetnie.
– Jeśli dostanę, to znaczy, że nie będę już potrzebować twojej pomocy z Leo. To znaczy, będę mogła go zapisywać na świetlicę.
Daniel poczuje ukłucie. To było głupie. Nie miał prawa czuć zawodu.
– Rozumiem.
– Ale jeśli nie dostanę… – zawahała się. – To znaczy, fajnie, że jesteś. Leo cię lubi. Ja też… to znaczy, doceniam.
Uśmiechnął się.
– Ja też doceniam.
Tamtej nocy wrócił do siebie i długo siedział przy oknie, patrząc na ceglaną ścianę sąsiedniej kamienicy. Myślał o Clary, o Leo, o tym, jak jego życie nabrało nagle kolorów, których nie widział od lat. I myślał o Crowleyu. O zdjęciach ojca w kufrze. O przysiędze, którą złożył sobie piętnaście lat temu.
Mógł mieć jedno albo drugie. Nie oba naraz.
Następnego dnia poszedł do kawiarni wcześniej niż zwykle. Chciał zobaczyć Clarę przed jej rozmową, życzyć jej powodzenia. Ale przy jej stoliku siedział ktoś inny.

Vincent Crowley.
Stary mężczyzna pił kawę i czytał gazetę. Daniel zamówił kawę i usiadł w swoim kącie. Czuł, jak mięśnie mu się napinają. To był on. Człowiek, który zniszczył jego rodzinę. Siedział dziesięć metrów od niego, nieświadomy, że śmierć (albo przynajmniej upadek) czai się w drugim kącie sali.
Drzwi się otworzyły. Weszła Clara. Była ubrana elegancko, w prostą, czarną sukienkę i żakiet. Wyglądała inaczej – profesjonalnie, poważnie. Daniel skinął jej głową. Odwzajemniła skinienie, ale nie podeszła. Poszła prosto do stolika Crowleya.
– Panie Crowley? – usłyszał jej głos. – Jestem Clara Webb. Dziękuję, że zgodził się pan ze mną spotkać.
Daniel zamarł.
Crowley podniósł wzrok znać gazety. Jego twarz, poorana zmarszczkami, wyrażała znudzenie.
– A, tak. Siadaj pani.
Clara usiadła naprzeciwko niego. Wyjęła z torby teczkę, otworzyła ją.
– Jak wspominałam w mailu, szukam pracy. Dowiedziałam się, że ma pan kamienicę i że potrzebuje pan kogoś do administracji. Mam doświadczenie w organizacji pracy, w księgowości…
Crowley przerwał jej machnięciem ręki.
– Pani Webb, ja nie potrzebuję asystentki. Potrzebuję kogoś, kto ogarnie mi najemców. Bo ci, co są, to patologia. Nie płacą, niszczą mieszkania, skarżą się na wszystko. Rozmawiała pani już z kimś takim?
Clara milczała przez chwilę.
– Mieszkałam w takich kamienicach. Wiem, jak to działa.
Daniel patrzył na to z przerażeniem. Clara szukała pracy u jego wroga. U człowieka, którego planował zniszczyć. Jeśli jej pomoże, jeśli da jej tę pracę, ona stanie się częścią jego planu. Stanie po drugiej stronie barykady.
– Dobrze – powiedział Crowley po dłuższej chwili milczenia. – Prześlij mi swoje referencje. Jeśli będą w porządku, dam ci szansę. Na początek trzy miesiące próbne. Tysiąc osiemset na rękę.
Clara skinęła głową, choć Daniel widział, że ta kwota to dla niej ledwo przeżycie.
– Dziękuję. Prześlę dziś.
Crowley wstał, opierając się ciężko na lasce. Rzucił na stół banknot za kawę i ruszył w stronę wyjścia. Gdy mijał Daniela, ich oczy znów się spotkały. Tym razem Crowley zatrzymał wzrok na ułamek sekundy dłużej. Jakby coś go tknęło. Ale zaraz potem wyszedł.
Clara podeszła do Daniela. Na jej twarzy malowało się zmieszanie.
– Słyszałeś? Mam pracę. Może nie idealną, ale mam.
Daniel wstał. Był blady.
– Claro, nie możesz tam iść.
Spojrzała na niego zdziwiona.
– Co? Dlaczego?
– Bo… – zawahał się. Nie mógł jej powiedzieć prawdy. Nie teraz. – Bo ten człowiek to oszust. Mówię ci. Zniszczył wiele osób.
Clara uniosła brwi.
– Skąd wiesz?
– Wiem. To długa historia. Ale uwierz mi, nie chcesz mieć z nim nic wspólnego.
Clara patrzyła na niego przez chwilę. W jej oczach pojawił się chłód.
– Daniel, ja nie mam wyboru. Potrzebuję pieniędzy. Leo potrzebuje ubezpieczenia. Nie stać mnie na moralne wybory.
– Ja mogę ci pomóc. Finansowo. Mówiłem ci.
– Nie chcę twoich pieniędzy! – powiedziała głośniej, niż chciała. Kilka osób odwróciło głowy. Zniżyła głos. – Nie chcę być niczyim projektem. Chcę sama stanąć na nogi. Nawet jeśli to oznacza pracę u kogoś, kogo ty nie lubisz.
– To nie o to chodzi.
– A o co? Bo ty mi nie mówisz wszystkiego. Widzę to. Jesteś tajemniczy, masz pieniądze, mieszkasz w tej dziurze, chociaż stać cię na lepsze. Kim ty jesteś, Daniel?
Zamilkł. Nie mógł jej odpowiedzieć.
– Właśnie – powiedziała cicho. – Nie wiem. I to mnie przeraża.
Wyszła, trzaskając drzwiami. Dzwoneczek nad nimi zadzwonił rozpaczliwie.
Daniel został sam. Przez szybę widział, jak Clara oddala się chodnikiem, sztywna, wyprostowana. Wiedział, że jeśli teraz za nią nie pójdzie, straci ją na zawsze.
Ale nie poszedł. Bo prawda była taka, że nie mógł jej dać tego, czego potrzebowała. Nie mógł dać jej normalności, dopóki jego misja trwała.
Wrócił do mieszkania. Otworzył kufer. Wyjął dokumenty Crowleya. Leżały tam, poukładane starannie, czekające na swój moment. Wziął je do ręki. I nagle, po raz pierwszy, poczuł do nich obrzydzenie.
To była zemsta. Jego życie. Jego sens.
Ale czy na pewno?
Usiadł na podłodze, oparł głowę o ścianę i siedział tak do zmroku. Gdy zapadła noc, wiedział już, co musi zrobić. Musiał wybrać.
