Część 1: Testament
—
Kancelaria prawna mieściła się w kamienicy z lat trzydziestych. Winda śmierdziała starym drewnem i papierosami, choć nikt tu nie palił od lat.
Marta wcisnęła guzik z trzeciego piętra.
Drzwi zamknęły się z sykiem. Przez chwilę stała nieruchomo, wsłuchana w szum starej instalacji. Podłoga zadrżała, jakby winda zastanawiała się, czy w ogóle warto jechać wyżej.
Ruszyła.
Na korytarzu pachniało woskiem do podłóg i czymś jeszcze. Czymś słodkawym, co Marta kojarzyła z dzieciństwem i domem ciotki Heleny. Tym samym domem, do którego teraz jechała odebrać klucze.

Drzwi z mosiężną tabliczką: „Kancelaria Adwokacka. Andrzej Szymczak. Poradnictwo prawne. Spadki. Rozliczenia majątkowe.”
Marta nacisnęła klamkę.
Była lodowata.
—
Mężczyzna za biurkiem miał około sześćdziesiątki. Okulary w złotej oprawie, garnitur idealnie dopasowany, dłonie złożone na blacie jak do modlitwy.
— Pani Marta Kowalska? — uśmiechnął się, ale oczy pozostały nieruchome. — Proszę usiąść.
Podał jej teczkę. Grubą. W środku znajdowały się dokumenty, które zmieniały wszystko.
— Ciotka Helena zmarła trzy tygodnie temu — powiedział adwokat, przesuwając w jej stronę kolejny papier. — Zgodnie z testamentem, cały majątek przechodzi na panią. Dom, grunt, środki zgromadzone na koncie bankowym, polisa ubezpieczeniowa…
Marta wpatrywała się w suche paragrafy. Nie widziała ciotki od pięciu lat. Odkąd wyjechała na studia, kontakt urwał się całkowicie. Kilka życzeń świątecznych, raz kartka urodzinowa. I tyle.
Dlaczego ona?
— Są pewne… — adwokat zawiesił głos — trudności prawne.
Marta podniosła wzrok.
— Jakie trudności?
Mężczyzna zdjął okulary. Przetarł szkła chusteczką, choć były czyste.
— Przed śmiercią ciocia Helena wykupiła ubezpieczenie na życie. Znaczną polisę. Ale zakład ubezpieczeń wstrzymuje wypłatę. Twierdzą, że potrzebne są dodatkowe dokumenty. Coś związanego z okolicznościami śmierci.
— Z okolicznościami?
— Zmarła w domu — powiedział cicho adwokat. — Upadek ze schodów. Sąd rodzinny prowadził postępowanie, ale ostatecznie uznano to za nieszczęśliwy wypadek. Jednak ubezpieczyciel… ma wątpliwości.
Marta poczuła chłód. Nie ten zewnętrzny, od klimatyzacji. Inny. Wewnętrzny.
— Jakie wątpliwości?
Adwokat wstał. Podszedł do okna. Przez chwilę patrzył na podwórko studni, potem odwrócił się powoli.
— W chwili śmierci w domu nikogo nie było. Drzwi były zamknięte od środka. Okna również. I mimo to, ślady na schodach wskazywały, że ktoś… popchnął ciocię Helenę.
Cisza.
Marta słyszała własny oddech. Za głośny.
— Ale skoro nikogo nie było…
— Właśnie — przerwał adwokat. — Dlatego ubezpieczyciel powołuje się na zapis w umowie. Wykluczenie odpowiedzialności w przypadku… działań nadprzyrodzonych.
Marta parsknęła śmiechem. Nieswoim. Jakby ktoś inny śmiał się jej ustami.
— Nadprzyrodzonych? To chyba jakiś żart.
— W dokumencie jest paragraf 47. — Adwokat wrócił za biurko i podsunął jej polisę. — Cytuję: „Odszkorodowanie nie przysługuje, jeśli śmierć ubezpieczonego nastąpiła na skutek działań sił, których istnienia nie potwierdza współczesna nauka, a które zostały udokumentowane w postaci świadectw, nagrań lub innych nośników informacji.”
Marta czytała i nie wierzyła własnym oczom.
— To brzmi jak żart. Jak ktoś mógł to wpisać do polisy?
— Pani ciotka — adwokat uśmiechnął się blado — miała specyficzne wymagania. Negocjowała tę umowę przez pół roku. I sama dopisała ten paragraf. W uzgodnieniu z prawnikami ubezpieczyciela, oczywiście. Uparła się, że musi tam być.
Marta odłożyła dokumenty.
— I co teraz?
— Na razie nic. Rozliczenie spadku może potrwać. Kancelaria pracuje nad roszczeniem, ale… — zamilkł.
— Ale?
— Ale żeby cokolwiek ruszyło, musi pani pojechać do tego domu. I potwierdzić stan rzeczy. Spisać protokół. Znaleźć ewentualne dokumenty, które mogą pomóc w sporze sądowym z ubezpieczycielem. To standardowa procedura przy tak skomplikowanych zapisach spadkowych.
Marta wzięła klucze. Były ciężkie. Mosiądz. Trzy sztuki na jednym kółku.
— Dom jest daleko — powiedziała. — Gdzieś w lesie, prawda?
— Pod lasem. — Adwokat wstał, dając znać, że spotkanie dobiegło końca. — Na skraju Puszczy Noteckiej. Piękne miejsce. Ciche.
— Za ciche? — wyrwało się Marcie, zanim pomyślała.
Mężczyzna spojrzał na nią uważnie.
— Proszę pani — powiedział cicho — ja tam byłem tylko raz. Przy sporządzaniu testamentu. I powiem pani szczerze: nie chciałbym tam wracać.
—
Dom stał na końcu drogi, której właściwie nie było. Gruntówka, pełna wybojów, wiła się między sosnami. Marta musiała zostawić auto dwieście metrów przed furtką – dalej nie dało się przejechać.
Wysiadła.
Las milczał.
Nie było ptaków. Nie było wiatru. Nawet jej własne kroki na żwirze brzmiały dziwnie głucho, jakby ziemia połykała dźwięk.
Dom był stary. Drewniany, z gankiem i zielonymi okiennicami, które pamiętały lepsze czasy. Tynk odchodził płatami, odsłaniając cegłę. Dach porastał mech.
Marta podeszła do drzwi.
Klamka była lodowata. Jak ta w kancelarii. Jakby nikt jej nie dotykał od miesięcy.
Włożyła klucz. Zamek opierał się przez chwilę, potem ustąpił z głośnym trzaskiem, który odbił się echem w pustym środku.
Weszła.
W środku pachniało wilgocią i starymi meblami. I czymś jeszcze. Tym samym słodkawym zapachem, który poczuła w kancelarii. Jakby ktoś zostawił otwarte perfumy. Albo kwiaty, które dawno już uschły.
Marta stała w przedpokoju, rozglądając się niepewnie.
Z lewej kuchnia. Stół nakryty ceratą w kratkę. Na parapecie suszące się zioła. Na kuchence czajnik – stary, emaliowany, z gwizdkiem.
Z prawej salon. Fotel, kanapa, biblioteczka. Na ścianie obrazy. Krajobrazy. Wszystkie ciemne, jakby malowane o zmierzchu.
Przed nią schody.
Te same schody, z których spadła ciotka Helena.

Marta podeszła bliżej. Drewno skrzypiało pod stopami. Przyjrzała się stopniom. Były stare, wyślizgane. Na trzech z nich ciemne plamy, których nie dało się zmyć.
Stanęła na dolnym stopniu.
I wtedy usłyszała.
Z góry. Z piętra.
Skrzypnięcie.
Jakby ktoś przesunął krzesło.
Marta zamarła. Serce waliło jej w skroniach.
— Halo? — zawołała. Głos zadrżał.
Cisza.
Przez chwilę nic się nie działo. Potem znowu.
Skrzyp.
I drugi dźwięk. Cichszy. Jakby ktoś stąpał boso po drewnianej podłodze.
Marta cofnęła się do drzwi. Ręką z tyłu namacała klamkę.
Spojrzała w górę.
Na szczycie schodów, w półmroku, stała postać.
Marta chciała krzyknąć, ale głos uwiązł jej w gardle.
Postać nie ruszała się. Stała nieruchomo, patrząc w dół.
A potem zrobiła krok w tył i rozpłynęła się w ciemności.
Marta otworzyła drzwi. Wybiegła na ganek. Zatrzasnęła je za sobą.
Opadła na poręcz, dysząc ciężko.
Minęła minuta. Dwie.
W końcu odważyła się spojrzeć przez szybkę w drzwiach.
W środku nikogo nie było.
Tylko na schodach, na najwyższym stopniu, leżała fotografia.
Przed chwilą jej tam nie było.
Marta wiedziała to na pewno.
—
