Część 2: Ślady
—
Nie weszła tam ponownie tego dnia.
Przenocowała w mieście, w hotelu, który pachniał stęchlizną i miał pościel wypraną w zbyt mocnym proszku. Nie spała. Leżała z otwartymi oczami, wpatrzona w sufit, słuchając własnych myśli, które wirowały w kółko.
Kogo widziałaś?
Fotografia.
Skąd się wzięła?
Nad ranem zapadła w płytki sen. Śniła jej się ciotka Helena. Siedziała w fotelu, tym w salonie, i robiła na drutach. Druty poruszały się miarowo, a wełna była czerwona. Czerwona jak krew.
— Nie bój się — powiedziała ciotka we śnie. — To tylko dom.
Marta obudziła się zlana potem.
—
Do domu wróciła przed południem.
Tym razem słońce stało wysoko, las był zwyczajny – szumiały sosny, gdzieś w oddali zawołał ptak. Dom wyglądał zwyczajnie. Stary, zaniedbany, ale zwyczajny.
Marta podeszła do drzwi.
Były uchylone.
Zamknęła je wczoraj. Na klucz. Była pewna.
Otworzyła powoli.
W środku nic się nie zmieniło. Przedpokój, kuchnia, salon. Schody. Na najwyższym stopniu leżała fotografia – ta sama, którą widziała przez szybkę.
Podeszła i podniosła ją.
Ciotka Helena. Młoda, uśmiechnięta. Stała na ganku tego domu, obok niej mężczyzna w kapeluszu. Twarz niewyraźna, jakby ktoś celowo ją zamazał. Albo czas.
Na odwrocie napis: Lipiec 1987. Zaczyna się.
Marta włożyła zdjęcie do kieszeni.
—
Postanowiła działać metodycznie. Jeśli miała zostać tu dłużej – a musiała, żeby spisać protokół dla kancelarii – potrzebowała wiedzieć, z czym ma do czynienia.
Zaczęła od salonu.
Biblioteczka ciągnęła się od podłogi po sufit. Książki – stare, nowe, w twardych okładkach i miękkich. Mnóstwo o psychologii, trochę o ezoteryce, kilka kryminałów. Na dolnej półce stos segregatorów.
Marta wyciągnęła jeden.
Rachunki. 2015-2018.
Otworzyła.
W środku, poza fakturami i potwierdzeniami przelewów, znajdowały się wydruki z jakiejś platformy. Kursy online – potwierdzenie zakupu. Abonament premium – przedłużenie subskrypcji.
Marta zmarszczyła brwi. Ciotka Helena kupowała kursy online? Siedemdziesięcioletnia kobieta?
Sięgnęła po kolejny segregator. Ten był grubszy.
Edukacja. Dostęp do platform.
W środku listy haseł, loginy, instrukcje. I notatki odręczne: Moduł 3 – ukończony. Certyfikat. Moduł 7 – powtórzyć. Analiza spektralna – do nadrobienia.
Marta usiadła na kanapie. Kurz wzbił się w powietrze, zatańczył w promieniach słońca.
Ciotka uczyła się przez internet? Analizy spektralnej? Czegoś takiego?
Na spodzie segregatora leżał laptop. Stary, gruby, z lat, kiedy komputery były beżowe i ważyły tonę.
Marta otworzyła go. Na szczęście działał. System uruchamiał się wieki, wreszniej pojawił się pulpit.

Ikona: Platforma kursów – zaloguj.
Kliknęła.
Wpisała hasło z notatek. Działało.
Przed nią otworzyła się strona. Nowoczesny interfejs, lista kursów, wskaźniki postępów. Ciotka miała konto premium. Subskrypcja miesięczna opłacona z góry na dwa lata.
Marta przewijała listę.
Podstawy analizy obrazu. Zaawansowana edycja wideo. Nagrywanie i obróbka dźwięku. Wprowadzenie do nagrań termowizyjnych. Sprzęt komputerowy dla początkujących.
I na samym dole: Kamera termowizyjna – instrukcja obsługi. Oprogramowanie do analizy śladów.
Marta zamarła.
Śladów? Jakich śladów?
Otworzyła ostatni kurs. Był ukończony w stu procentach. W materiałach dodatkowych znajdował się plik: Wyniki. 23.04.2024.
Data sprzed miesiąca. Na trzy tygodnie przed śmiercią ciotki.
Otworzyła plik.
Ekran wypełnił się obrazem z kamery termowizyjnej. Ciemne tło, jaśniejsze punkty. Nagranie było krótkie, może minutowe. Trzęsąca się ręka, szybki ruch, potem zbliżenie na…
Na schody.
Te same schody.
Na nagraniu termowizyjnym widać było odciski stóp. Kilka par. Małe, duże, rozmazane. I jeden odcisk, który odróżniał się od innych – był zimny. Czarny na termowizji. Jakby ktoś stał w jednym miejscu i nie wydzielał ciepła.
Marta wstrzymała oddech.
Pod spodem notatka ciotki: One wracają. Kamera rejestruje tylko część. Potrzebuję lepszego oprogramowania. Może uda się zidentyfikować.
—
Godzinę później Marta siedziała na kanapie, otoczona stertą dokumentów. Przelewy bankowe, potwierdzenia wpłat, wyciągi z konta. Ciotka regularnie przelewała pieniądze na konto w banku internetowym. Co miesiąc. Tę samą kwotę.
Darowizna? – zastanawiała się Marta. Opłata za coś?
Znalazła też notes. Mały, czarny, w kratkę. Na pierwszej stronie adres i numer telefonu.
Andrzej Szymczak, Kancelaria Prawna.
Ten sam adwokat, który wczoraj wręczył jej klucze.
Pod spodem dopisek: Spory sądowe. Roszczenia. Umowa cywilna – do przeglądu. Ubezpieczenie podróżne – przedłużyć.
Marta przewróciła kartkę.
Oni nie chcą, żebym wyszła z tego domu. Ale ja wiem, jak to zakończyć. Znajdź go.
Go? – pomyślała Marta. Kogo?
Nagle usłyszała dźwięk.
Z piętra.
Skrzypnięcie. I potem szuranie. Jakby ktoś ciągnął coś po podłodze.
Marta wstała. Serce waliło. Wzięła ze sobą laptopa – nie wiadomo czemu, ale trzymanie go dodawało otuchy.
Podeszła do schodów.
Na górze paliło się światło.
Nie zapalała go.
Weszła na pierwszy stopień. Drugi. Trzeci.
Skrzypienie narastało.
Na szczycie schodów korytarz. Troje drzwi. Jedne otwarte – łazienka. Drugie zamknięte – sypialnia. Trzecie, na końcu, uchylone.
Stamtąd dobiegał dźwięk.
Marta podeszła powoli. Podłoga skrzypiała pod stopami. Każdy krok odbijał się echem w pustym domu.
Stanęła przed drzwiami.
Przez szparę widziała wnętrze. Pokój ciotki. Łóżko, toaletka, wielkie lustro w drewnianej ramie. Na toaletce paliła się świeca.
Płomień tańczył.
W pokoju nikogo nie było.
Ale na toaletce, obok świecy, leżał klucz.
Stary. Mosiężny. Inny niż te, które miała Marta.
Sięgnęła po niego.
I wtedy w lustrze, za swoim odbiciem, zobaczyła coś jeszcze.
Cień.
Stał za nią.

Nie miała czasu się odwrócić.
Z komputera, który trzymała w dłoni, dobiegł dźwięk powiadomienia. Głośny, piskliwy, rozrywający ciszę.
Marta spojrzała na ekran.
Platforma kursów online otworzyła się sama. Nowa wiadomość. Od nadawcy: Helena.
Treść: On jest w piwnicy. I nie jest sam. Przynieś mu to, czego potrzebuje. Inaczej nie wyjdziesz.
Marta odwróciła się gwałtownie.
Korytarz był pusty.
Ale drzwi na końcu, te od piwnicy, które widziała wczoraj – były otwarte.
A przecież je zamykała.
Z dołu, z ciemności, dobiegł szept.
—
