Reklama

Głębia

Głębia, nigdy nic nie jest oczywiste i nie takie jak się wydaje

Część 3: Głębia

Nie weszła tam wtedy.

Zatrzasnęła drzwi piwnicy tak mocno, że ściany zadrżały. Wybiegła z domu, wsiadła do auta i odjechała. Daleko. Do najbliższej miejscowości, dwadzieścia kilometrów dalej.

Siedziała w barze mlecznym, popijając zimną herbatę i próbując uspokoić drżenie rąk.

On jest w piwnicy.

Czyja to była wiadomość? Ciotki? Ale ciotka nie żyła. Ktoś włamał się na jej konto? Platforma kursów online, subskrypcja premium, konto użytkownika – wszystko działało. Ktoś to utrzymywał.

Zadzwoniła do adwokata.

— Panie mecenasie, czy ciotka miała kogoś, kto mógłby mieć dostęp do jej komputera? Kogoś zaufanego?

Adwokat milczał chwilę.

— Nie wiem, proszę pani. Ale… jest coś, co powinna pani wiedzieć. Dzwonił dziś ubezpieczyciel. Mają nowe dowody. Roszczenie ubezpieczeniowe może być odrzucone.

— Jakie dowody?

— Nagranie. Z monitoringu w domu. Z datą… z datą trzy dni po śmierci pani Heleny.

Marta poczuła, że robi jej się zimno.

— To niemożliwe.

— Wiem. Ale oni mają ten plik. I twierdzą, że widać na nim poruszającą się postać. Kobietę. Podobną do pani ciotki. Chcą wszcząć spór sądowy. Mówią o oszustwie. O próbie wyłudzenia odszkodowania.

Marta odłożyła słuchawkę.

Spojrzała na swoje odbicie w szybie baru. Blada, zmęczona, z podkrążonymi oczami.

Kobieta podobna do ciotki.

Wróciła do domu wieczorem.

Tym razem była przygotowana. Latarka, powerbank, woda, kanapki. I klucz z pokoju ciotki. Ten mały, mosiężny, który znalazła na toaletce.

Schodząc do piwnicy, Marta wkroczyła do królestwa Cienia. Zapach wilgoci mieszał się tu z duszącymi perfumami ciotki. Te okute żelazem drzwi nie miały być otwarte.

Stała przed drzwiami piwnicy.

Teraz były zamknięte. Tak, jak je zostawiła.

Włożyła klucz. Pasował.

Przekręciła.

Zamek szczęknął głośno w ciszy.

Otworzyła drzwi.

Z dołu buchnęło zimne powietrze. I zapach. Wilgoć, ziemia, ale też coś słodkiego. Te perfumy ciotki. Mocniejsze niż gdziekolwiek indziej.

Marta włączyła latarkę. Światło wydobyło z ciemności pierwsze stopnie. Betonowe, strome, pokryte kurzem.

Zeszła.

Liczyła stopnie. Sześć, siedem, osiem. Dwanaście. Piętnaście.

Stanęła na ziemi.

Piwnica była większa, niż się spodziewała. Sklepienie ceglane, podłoga z ubitej ziemi. Wzdłuż ścian stały regały. Na nich słoiki, pudełka, stare graty.

Marta oświetliła wnętrze.

W głębi, przy przeciwległej ścianie, były drzwi.

Drugie drzwi. Stare, drewniane, okute żelazem.

Podeszła do nich.

Na drzwiach wisiała kartka. Ręczne pismo ciotki: Tylko dla wtajemniczonych. Reszta niech nie wchodzi.

Marta nacisnęła klamkę.

Drzwi ustąpiły bez oporu.

Za nimi był pokój. Niewielki, może dziesięć metrów. Na ścianach monitory. Na stole komputery, kamery, jakieś urządzenia, których Marta nie znała. Na biurku kalendarz, notatki, kubek z resztkami kawy.

I na środku pokoju – fotel.

W fotelu siedziała kobieta.

Marta krzyknęła. Cofnęła się, potknęła o próg, upadła na ziemię.

Kobieta nie ruszała się. Siedziała nieruchomo, z głową opuszczoną na piersi.

Marta podniosła latarkę. Skierowała światło na twarz.

Prawda okazała się straszniejsza niż jakikolwiek domysł. Ciotka Helena wciąż tam była, w fotelu, otoczona migoczącymi ekranami. Zakonserwowane ciało stało się pułapką na coś znacznie starszego niż cmentarzysko pod domem.

To była ciotka Helena.

Nie żyła. To znaczy – nie żyła od dawna. Skóra sucha, oczy zamknięte, dłonie splecione na kolanach. Ubrana w tę samą sukienkę, w której leżała w trumnie. Marta widziała zdjęcia z pogrzebu. Adwokat jej pokazał.

Więc jak to możliwe, że siedziała tu, w piwnicy?

Marta wstała, otrzepała spodnie. Podeszła bliżej.

Ciotka była… mumią. Wysuszoną, ale nie rozłożoną. Jakby ktoś celowo ją zakonserwował.

Na kolanach ciotki leżała koperta. Duża, brązowa, z napisem: Dla Marty.

Drżącymi rękami otworzyła ją.

W środku był list. I klucz. Kolejny klucz. Tym razem do skrytki bankowej.

List zaczynał się od słów: Moja kochana Marto. Jeśli to czytasz, znaczy, że odważyłaś się zejść do piwnicy. I że znalazłaś mnie tutaj. Nie bój się. To nie ja. To tylko ciało. Ja jestem gdzie indziej.

Marta czytała dalej, nie wierząc własnym oczom.

Od lat badałam to miejsce. Dom stoi na starym cmentarzysku. Nie tym oficjalnym, nie wpisanym w żadne mapy. Pochowano tu ludzi, którzy nie mogli zaznać spokoju. Ich energia została w ziemi. Przez lata przenikała do domu. Zaczęłam to rejestrować. Kupiłam sprzęt, kamery, oprogramowanie do analizy. Robiłam kursy online, szkoliłam się. Nawet wykupiłam abonament premium na platformie, żeby mieć dostęp do zaawansowanych narzędzi edycji wideo. To pomogło. Zrozumiałam, jak działają.

One są tutaj. Wielu z nich. Większość nieszkodliwa. Ale jeden… Jeden jest inny. On nie chce spokoju. On chce żyć. I próbuje zająć moje miejsce.

Marta oderwała wzrok od listu. Spojrzała na ciało ciotki.

Zająć miejsce…

Walczyłam z nim latami. W końcu zrozumiałam, jak go uwięzić. Potrzebowałam ciała. Nie swojego – ono by nie wytrzymało. Potrzebowałam kogoś, kto dobrowolnie odda mi swoją powłokę. Kogoś, komu ufam. I kto ufa mnie.

Dlatego spisałam testament. Dlatego wezwałam ciebie.

Wiem, że to straszne. Ale posłuchaj. On wciąż jest w domu. W piwnicy. W tym pokoju, w którym teraz stoisz. Udało mi się go zamknąć w lustrze. Starym, z mojej sypialni. Jeśli je rozbijesz, uwolnisz go. I wtedy… wtedy on wejdzie w pierwsze napotkane ciało. Będzie chciał wejść w ciebie.

Ale jest inny sposób.

Na biurku leży pendrive. Na nim nagrałam wszystko. Instrukcje. Jak przeprowadzić rytuał, który go zniszczy. Potrzebujesz tylko odwagi i… no i dostępu do platformy. Bo rytuał wymaga synchronizacji dźwięku i obrazu. Samo oprogramowanie, które kupiłam, ma funkcję generowania częstotliwości. To działa. Przetestowałam.

Zaufaj mi, Marto. I nie bój się lustra.

Przyjedź, zanim będzie za późno. Bo on czuje, że nadchodzi koniec. I będzie walczył.

Twoja ciotka Helena

Marta skończyła czytać. Ręce jej drżały.

Spojrzała na biurko. Pendrive leżał obok klawiatury. Wzięła go.

I wtedy zgasło światło.

Latarka, monitory, wszystko. Ciemność absolutna.

I cisza.

A potem, z ciemności, głos.

Nie ciotki.

Męski. Głęboki. Jakby dobiegał z bardzo daleka i bardzo blisko jednocześnie.

Ona cię okłamała.

Marta zamarła.

Ja tu jestem dłużej niż ona. To ona jest intruzem. To ona chciała zająć moje miejsce. Uwięziła mnie w tym lustrze, ale nie powiedziała ci całej prawdy.

Rozbij lustro, a ja odejdę. Naprawdę odejdę. I zostawię was w spokoju.

Nie rozbijesz – umrzesz tu, jak ona.

Marta stała nieruchomo. W ciemności. Nasłuchując.

I wtedy poczuła dotyk na ramieniu.

Zimny. Wilgotny.

Odwróciła się powoli.

W ciemności, tuż za nią, stała postać. Ciemniejsza od ciemności. Bez twarzy. Bez kształtu.

I szepnęła:

Wybór należy do ciebie.

Reklama

Najnowsze

Reklama
Poprzedni artykuł
Następny artykuł

Zobacz podobne:

Reklama