Część 2: Aktywa ukryte
Spałem może dwie godziny. Gdy otworzyłem oczy, Sary już nie było w fotelu. Serce podskoczyło mi do gardła. Zerwałem się i rozejrzałem po pokoju. Jej torebka leżała na podłodze, buty stały przy drzwiach. Po chwili usłyszałem szum wody z łazienki. Odetchnąłem.
SMS od nieznajomego wciąż palił mnie w kieszeni. „Nie jest tym, za kogo się podaje”. Co to mogło znaczyć? Agentka? Policjantka? A może wspólniczka morderców?
Gdy wyszła z łazienki, owinięta ręcznikiem, jej mokre włosy ciemniały jeszcze bardziej. Przez chwilę patrzyła na mnie tymi swoimi badawczymi oczami.
— Źle wyglądasz — powiedziała.
— Mało spałem. Myślałem.
— O czym?
O tobie, chciałem powiedzieć, ale ugryzłem się w język.
— O tym, co dalej. Klinika Reida. Musimy tam pojechać, ale nie możemy dać się złapać.
— Mam pomysł. — Usiadła na brzegu łóżka. — Mój kuzyn pracuje w szpitalu w Newark. Może nam pomóc zdobyć informacje o Reidzie. Przez wewnętrzną bazę danych.
— Ryzykowne. Jeśli ktoś to sprawdzi…
— Jeśli nie sprawdzimy, zginiemy. Wybór jest prosty.
Miała rację.
Godzinę później, w małej kawiarni na Dolnym Manhattanie, czekaliśmy na jej kuzyna. Pachniało świeżo paloną kawą i cynamonowymi bułeczkami. Sara zamówiła latte, ja czarną. Siedzieliśmy przy stoliku pod oknem, obserwując ulicę.

Kuzyn miał na imię Mike. Był wysoki, chudy, z rzadkim zarostem i nerwowym uśmiechem. Gdy usiadł, od razu zaczął mówić szeptem.
— Macie szczęście, że do mnie zadzwoniliście, bo coś wiem. Reid Institute to gorący temat w środowisku. Mają kilka pozwów sądowych o błędy w sztuce, ale wszystkie jakoś umorzono. Podejrzane, co?
— Co dokładnie? — spytałem.
— Leczą nowotwory, głównie trzustki i płuc. Drogie terapie, często eksperymentalne. Pacjenci to ludzie zamożni, którzy mogą zapłacić z własnej kieszeni. Ale ostatnio… — rozejrzał się — słyszałem, że kilku zmarło w dziwnych okolicznościach. W trakcie rutynowych zabiegów. I wszystkie te przypadki łączy jedno: rodziny dostały wysokie odszkodowania z polis na życie, ale pieniądze trafiały nie do nich, tylko do fundacji powiązanej z kliniką.
— Fundacja Aeterna?
— Skąd wiecie? — Mike spojrzał zaskoczony. — Tak, to ta. Oficjalnie zajmuje się badaniami nad rakiem, ale tak naprawdę to przykrywka dla transferu pieniędzy. Ktoś tam zbija fortune na śmierci.
Sara położyła dłoń na stole.
— Mike, potrzebujemy danych konkretnych pacjentów. Nazwiska, daty, polisy.
— To nielegalne. Mogę stracić pracę.
— Możesz stracić życie, jeśli oni się dowiedzą, że nam pomogłeś — powiedziałem cicho. — My też jesteśmy na celowniku.
Mike westchnął i wyjął z kieszeni pendrive.
— Zaciekawiłem się tą sprawą wcześniej i zgrałem dane dziś rano, ale nie zdąrzyłem ich jeszcze przeczytać do końca. Macie tu wszystko, co udało mi się znaleźć. Lista pacjentów z ostatnich dwóch lat, którzy zmarli podczas leczenia. Przy każdym nazwisku jest numer polisy i nazwa towarzystwa ubezpieczeniowego. Wszystkie polisy były wykupione tuż przed rozpoczęciem terapii. Wszystkie na wysokie kwoty. I wszystkie wypłacone fundacji Aeterna.
Wziąłem pendrive. Był lekki, ale ważył tonę.
— Dzięki, Mike. Jesteśmy twoimi dłużnikami.
— Spłaćcie dług, zamykając tych skurwieli. — Wstał i wyszedł szybko, znikając w tłumie.
Sara spojrzała na mnie.
— To już nie tylko podejrzenia. To dowód.
— Dowód na to, że ktoś organizuje śmierć ludzi dla pieniędzy. Ale kto? Reid? Ktoś z towarzystwa ubezpieczeniowego?
— Musimy sprawdzić, kto stoi za Aeterną. Mike mówił o fundacji. Może ma jawny rejestr?
W hotelu, na moim laptopie, otworzyłem pliki. Lista była długa – ponad trzydzieści nazwisk. Każde z datą śmierci, kwotą polisy, numerem. Przy niektórych były adnotacje: „przedwczesny zgon”, „komplikacje”, „niewyjaśnione”.
Sara przejrzała je szybko.
— Spójrz — wskazała palcem. — Rachel Cohen, żona Davida. Zmarła rok temu na zawał. Miała polisę na dwa miliony. Wypłacone Aeternie. A potem Samuel Cohen, ich syn. Zmarł trzy miesiące po matce. Wypadek samochodowy. Też dwa miliony dla Aeterny.
— A David? Jego polisa była na niego samego, ale beneficjentem też była Aeterna. Tylko że on zginął, zanim zdążył cokolwiek ujawnić.
— Czyli cała rodzina? — Sara spojrzała na mnie z przerażeniem. — Ktoś ich wykańcza systematycznie.
— Ale po co? Co łączy Cohenów z Aeterną?
Zadzwoniłem do biura Davida, udając klienta. Odebrała jakaś kobieta, pewnie nowa asystentka. Powiedziała, że pan Cohen nie żyje, a sprawy przejęła firma zewnętrzna. Kiedy spytałem o Aeternę, odparła, że nie ma takiego klienta w rejestrach.
— Kłamie — mruknąłem. — Albo ktoś usunął dane.
Sara nagle poderwała się z krzesła.
— Archiwa sądowe! Ten SMS mówił, żeby sprawdzić założyciela Aeterny w archiwach. To może być publiczne.
Wpisaliśmy w wyszukiwarkę: „Aeterna Trust, założyciel, New York”. Po chwili znaleźliśmy dokument z 2015 roku. Fundacja została zarejestrowana przez trzy osoby: dr Jonathana Reida, prawnika z Manhattanu nazwiskiem Harold Finch, i… kobietę. Nazwisko: Sarah Goldstein.
Sara zbladła.
— Goldstein? — powtórzyłem.
— To moje panieńskie nazwisko — wyszeptała. — Ale ja nie mam z tym nic wspólnego. Przysięgam.
— Ktoś użył twojego nazwiska. Albo…
— Albo moja matka? — Przerwała. — Moja matka nazywała się Goldstein, zanim wyszła za mąż. Ale ona nie żyje od dziesięciu lat.
— Sprawdźmy dalej.
W kolejnym dokumencie znaleźliśmy adres zamieszkania Sarah Goldstein. To było mieszkanie na Brooklynie, pod tym samym adresem, gdzie Sara mieszkała z matką jako dziecko.
— To niemożliwe — powtórzyła. — Moja matka nie miała nic wspólnego z finansami. Była nauczycielką.
— A twoja babka? Ciotka?
Nagle zadzwonił telefon Sary. Spojrzała na wyświetlacz i pobladła jeszcze bardziej.
— To mój ojciec. On dzwoni bardzo rzadko.
Odebrała.
— Tato? — po chwili słuchania jej twarz zmieniła się w maskę przerażenia. — Co? Kiedy? — Łzy napłynęły jej do oczu. — Dobrze, przyjadę.
Rozłączyła się.
— Mój kuzyn — wykrztusiła. — Zginął w wypadku samochodowym godzinę temu. Policja mówi, że stracił panowanie nad kierownicą.
Spojrzałem na listę pacjentów Aeterny. Na samym dole, dopisane ręcznie, było nazwisko: „Michael Goldstein”. I data dzisiejsza.
Mike. Jej kuzyn, który właśnie dał nam pendrive.
Ktoś go zabił.
— To oni — wyszeptała Sara. — Wiedzą, że nam pomógł. Teraz on nie żyje, a my…
Nie dokończyła. W tym momencie ktoś zapukał do drzwi hotelowych.
Spojrzeliśmy na siebie. Pukanie powtórzyło się, bardziej natarczywe.
— Zza drzwi męski głos powiedział: Obsługa hotelowa. Przegląd instalacji gazowej. Proszę otworzyć.
Kłamstwo. O tej porze? I bez zapowiedzi?
Chwyciłem Sarę za rękę i pociągnąłem w stronę okna. Byliśmy na siódmym piętrze. Nie było ucieczki.
— Szafa — szepnąłem.
Wcisnęliśmy się do środka, zasuwając drzwi. Przez szpary widzieliśmy, jak drzwi wejściowe otwierają się z hukiem. Do pokoju weszło dwóch mężczyzn w kominiarkach. Jeden trzymał pistolet z tłumikiem.
Przeszukali pokój szybko, metodycznie. Gdy jeden z nich podszedł do szafy, wstrzymałem oddech. Jego dłoń chwyciła za klamkę.
Nagle drugi krzyknął:
— Nie ma ich! Spadajmy!
— Sprawdź łazienkę.
Odszedł od szafy. Po chwili usłyszeliśmy trzask drzwi i ciszę.
Czekaliśmy jeszcze dziesięć minut, zanim odważyliśmy się wyjść. Pokój był zdemolowany, laptop zniszczony, ale pendrive wciąż miałem w kieszeni.
— Musimy uciekać — powiedziałem. — Ale najpierw musimy dowiedzieć się, kim naprawdę jest Sarah Goldstein.
Sara spojrzała na mnie z bólem w oczach.
— Moja matka miała siostrę bliźniaczkę. Zmarła przy porodzie, tak mi mówiono. Ale może to nieprawda. Może ona żyje?
— Gdzie możemy to sprawdzić?
— W archiwach kościelnych. Moja babka była gorliwą katoliczką, wszystko notowała w rodzinnej biblii. Ta biblia jest u mojej ciotki w Queens.
— Jedziemy.
Na zewnątrz lało jak z cebra. Złapaliśmy taksówkę i pojechaliśmy do Queens. Deszcz bębnił o dach, a wycieraczki z trudem nadążały. W powietrzu unosił się zapach mokrej wełny i ozonu.
Ciotka Mabel mieszkała w małym domku z ogródkiem. Gdy otworzyła drzwi, jej twarz wyrażała zdziwienie, ale też ciepło.
— Saro, kochanie, co się stało? Wyglądasz okropnie.
— Ciociu, potrzebujemy rodzinnej biblii. Szybko.
Mabel poprowadziła nas do salonu, pachnącego lawendą i starymi meblami. Na komodzie leżała gruba, skórzana księga.

Sara przerzucała kartki, aż dotarła do strony z drzewem genealogicznym. Palcem wskazała na wpis: „Rachel Goldstein, ur. 1960, zm. 1960”. Obok, tym samym atramentem: „Ruth Goldstein, ur. 1960, zm. 2010”.
— Dwie siostry — szepnęła. — Rachel zmarła przy porodzie, Ruth przeżyła. To moja matka.
— A tu? — wskazałem na dół strony. Był dopisek innym charakterem pisma: „Córka Rachel: Sara Goldstein, adoptowana przez Ruth w 1985”.
Sara spojrzała na mnie oszołomiona.
— Jestem adoptowana? I moja biologiczna matka miała na imię Rachel? Ta sama, która zmarła?
— Ta sama, która według dokumentów założyła Aeternę — dodałem cicho. — Twoja biologiczna matka nie umarła przy porodzie. Ona żyła, urodziła ciebie, a potem oddała siostrze. I prawdopodobnie wplątała się w jakiś mroczny interes.
W tym momencie zadzwonił mój telefon. Ten sam nieznany numer co wcześniej.
— Słucham — warknąłem.
— Widzę, że jesteście w Queens. Ładna okolica. Radzę nie szukać dalej. Rachel Goldstein nie żyje od 2010 roku, tak jak w biblii. Ale jej córka… cóż, Sara nią jest. I ma do odebrania spadek. Duży spadek. Ale pod warunkiem, że przestaniecie węszyć.
— Kim pan jest? — krzyknąłem.
— Kimś, kto dba o interesy rodziny. Do widzenia.
Rozłączył się.
Chris powiedział Sarze treść rozmowy.
Sara oparła się o ścianę.
— On wie o mnie wszystko. Moja matka… biologiczna… była w to zamieszana.
— I ty jesteś jej jedyną spadkobierczynią. A jeśli zginiesz, pieniądze trafią do Aeterny? Albo do kogoś innego?
Ciotka Mabel patrzyła na nas ze strachem.
— Dzieci, co wyście narobili?
Nie mieliśmy czasu tłumaczyć. Musieliśmy działać.
Następny cel: klinika Reida. Zanim oni dopadną nas pierwsi.
Koniec części 2
