Reklama

Polisa na śmierć

Deszcz w Nowym Jorku potrafi być zdradliwy. Nie ten gwałtowny, letni, który spływa po szybach jak łzy, ale ten jesienny, drobny, przenikający do kości, zanim człowiek zdąży zorientować się, że jest mokry. Stałem pod markizą kamienicy przy West 44th Street, wdychając zapach mokrego asfaltu i prażonych orzechów z budki na rogu. Termometr na fasadzie banku pokazywał 7 stopni, ale wilgoć sprawiała, że czułem się, jakbym stał nago na biegunie.

Część 2: Aktywa ukryte

Spałem może dwie godziny. Gdy otworzyłem oczy, Sary już nie było w fotelu. Serce podskoczyło mi do gardła. Zerwałem się i rozejrzałem po pokoju. Jej torebka leżała na podłodze, buty stały przy drzwiach. Po chwili usłyszałem szum wody z łazienki. Odetchnąłem.

SMS od nieznajomego wciąż palił mnie w kieszeni. „Nie jest tym, za kogo się podaje”. Co to mogło znaczyć? Agentka? Policjantka? A może wspólniczka morderców?

Gdy wyszła z łazienki, owinięta ręcznikiem, jej mokre włosy ciemniały jeszcze bardziej. Przez chwilę patrzyła na mnie tymi swoimi badawczymi oczami.

— Źle wyglądasz — powiedziała.

— Mało spałem. Myślałem.

— O czym?

O tobie, chciałem powiedzieć, ale ugryzłem się w język.

— O tym, co dalej. Klinika Reida. Musimy tam pojechać, ale nie możemy dać się złapać.

— Mam pomysł. — Usiadła na brzegu łóżka. — Mój kuzyn pracuje w szpitalu w Newark. Może nam pomóc zdobyć informacje o Reidzie. Przez wewnętrzną bazę danych.

— Ryzykowne. Jeśli ktoś to sprawdzi…

— Jeśli nie sprawdzimy, zginiemy. Wybór jest prosty.

Miała rację.

Godzinę później, w małej kawiarni na Dolnym Manhattanie, czekaliśmy na jej kuzyna. Pachniało świeżo paloną kawą i cynamonowymi bułeczkami. Sara zamówiła latte, ja czarną. Siedzieliśmy przy stoliku pod oknem, obserwując ulicę.

Przekazanie kluczowych danych. Mike ryzykuje życie, by dostarczyć Sarze i Chrisowi dowody ukryte na cyfrowym nośniku w sercu gwarnego Manhattanu

Kuzyn miał na imię Mike. Był wysoki, chudy, z rzadkim zarostem i nerwowym uśmiechem. Gdy usiadł, od razu zaczął mówić szeptem.

— Macie szczęście, że do mnie zadzwoniliście, bo coś wiem. Reid Institute to gorący temat w środowisku. Mają kilka pozwów sądowych o błędy w sztuce, ale wszystkie jakoś umorzono. Podejrzane, co?

— Co dokładnie? — spytałem.

— Leczą nowotwory, głównie trzustki i płuc. Drogie terapie, często eksperymentalne. Pacjenci to ludzie zamożni, którzy mogą zapłacić z własnej kieszeni. Ale ostatnio… — rozejrzał się — słyszałem, że kilku zmarło w dziwnych okolicznościach. W trakcie rutynowych zabiegów. I wszystkie te przypadki łączy jedno: rodziny dostały wysokie odszkodowania z polis na życie, ale pieniądze trafiały nie do nich, tylko do fundacji powiązanej z kliniką.

— Fundacja Aeterna?

— Skąd wiecie? — Mike spojrzał zaskoczony. — Tak, to ta. Oficjalnie zajmuje się badaniami nad rakiem, ale tak naprawdę to przykrywka dla transferu pieniędzy. Ktoś tam zbija fortune na śmierci.

Sara położyła dłoń na stole.

— Mike, potrzebujemy danych konkretnych pacjentów. Nazwiska, daty, polisy.

— To nielegalne. Mogę stracić pracę.

— Możesz stracić życie, jeśli oni się dowiedzą, że nam pomogłeś — powiedziałem cicho. — My też jesteśmy na celowniku.

Mike westchnął i wyjął z kieszeni pendrive.

— Zaciekawiłem się tą sprawą wcześniej i zgrałem dane dziś rano, ale nie zdąrzyłem ich jeszcze przeczytać do końca. Macie tu wszystko, co udało mi się znaleźć. Lista pacjentów z ostatnich dwóch lat, którzy zmarli podczas leczenia. Przy każdym nazwisku jest numer polisy i nazwa towarzystwa ubezpieczeniowego. Wszystkie polisy były wykupione tuż przed rozpoczęciem terapii. Wszystkie na wysokie kwoty. I wszystkie wypłacone fundacji Aeterna.

Wziąłem pendrive. Był lekki, ale ważył tonę.

— Dzięki, Mike. Jesteśmy twoimi dłużnikami.

— Spłaćcie dług, zamykając tych skurwieli. — Wstał i wyszedł szybko, znikając w tłumie.

Sara spojrzała na mnie.

— To już nie tylko podejrzenia. To dowód.

— Dowód na to, że ktoś organizuje śmierć ludzi dla pieniędzy. Ale kto? Reid? Ktoś z towarzystwa ubezpieczeniowego?

— Musimy sprawdzić, kto stoi za Aeterną. Mike mówił o fundacji. Może ma jawny rejestr?

W hotelu, na moim laptopie, otworzyłem pliki. Lista była długa – ponad trzydzieści nazwisk. Każde z datą śmierci, kwotą polisy, numerem. Przy niektórych były adnotacje: „przedwczesny zgon”, „komplikacje”, „niewyjaśnione”.

Sara przejrzała je szybko.

— Spójrz — wskazała palcem. — Rachel Cohen, żona Davida. Zmarła rok temu na zawał. Miała polisę na dwa miliony. Wypłacone Aeternie. A potem Samuel Cohen, ich syn. Zmarł trzy miesiące po matce. Wypadek samochodowy. Też dwa miliony dla Aeterny.

— A David? Jego polisa była na niego samego, ale beneficjentem też była Aeterna. Tylko że on zginął, zanim zdążył cokolwiek ujawnić.

— Czyli cała rodzina? — Sara spojrzała na mnie z przerażeniem. — Ktoś ich wykańcza systematycznie.

— Ale po co? Co łączy Cohenów z Aeterną?

Zadzwoniłem do biura Davida, udając klienta. Odebrała jakaś kobieta, pewnie nowa asystentka. Powiedziała, że pan Cohen nie żyje, a sprawy przejęła firma zewnętrzna. Kiedy spytałem o Aeternę, odparła, że nie ma takiego klienta w rejestrach.

— Kłamie — mruknąłem. — Albo ktoś usunął dane.

Sara nagle poderwała się z krzesła.

— Archiwa sądowe! Ten SMS mówił, żeby sprawdzić założyciela Aeterny w archiwach. To może być publiczne.

Wpisaliśmy w wyszukiwarkę: „Aeterna Trust, założyciel, New York”. Po chwili znaleźliśmy dokument z 2015 roku. Fundacja została zarejestrowana przez trzy osoby: dr Jonathana Reida, prawnika z Manhattanu nazwiskiem Harold Finch, i… kobietę. Nazwisko: Sarah Goldstein.

Sara zbladła.

— Goldstein? — powtórzyłem.

— To moje panieńskie nazwisko — wyszeptała. — Ale ja nie mam z tym nic wspólnego. Przysięgam.

— Ktoś użył twojego nazwiska. Albo…

— Albo moja matka? — Przerwała. — Moja matka nazywała się Goldstein, zanim wyszła za mąż. Ale ona nie żyje od dziesięciu lat.

— Sprawdźmy dalej.

W kolejnym dokumencie znaleźliśmy adres zamieszkania Sarah Goldstein. To było mieszkanie na Brooklynie, pod tym samym adresem, gdzie Sara mieszkała z matką jako dziecko.

— To niemożliwe — powtórzyła. — Moja matka nie miała nic wspólnego z finansami. Była nauczycielką.

— A twoja babka? Ciotka?

Nagle zadzwonił telefon Sary. Spojrzała na wyświetlacz i pobladła jeszcze bardziej.

— To mój ojciec. On dzwoni bardzo rzadko.

Odebrała.

— Tato? — po chwili słuchania jej twarz zmieniła się w maskę przerażenia. — Co? Kiedy? — Łzy napłynęły jej do oczu. — Dobrze, przyjadę.

Rozłączyła się.

— Mój kuzyn — wykrztusiła. — Zginął w wypadku samochodowym godzinę temu. Policja mówi, że stracił panowanie nad kierownicą.

Spojrzałem na listę pacjentów Aeterny. Na samym dole, dopisane ręcznie, było nazwisko: „Michael Goldstein”. I data dzisiejsza.

Mike. Jej kuzyn, który właśnie dał nam pendrive.

Ktoś go zabił.

— To oni — wyszeptała Sara. — Wiedzą, że nam pomógł. Teraz on nie żyje, a my…

Nie dokończyła. W tym momencie ktoś zapukał do drzwi hotelowych.

Spojrzeliśmy na siebie. Pukanie powtórzyło się, bardziej natarczywe.

— Zza drzwi męski głos powiedział: Obsługa hotelowa. Przegląd instalacji gazowej. Proszę otworzyć.

Kłamstwo. O tej porze? I bez zapowiedzi?

Chwyciłem Sarę za rękę i pociągnąłem w stronę okna. Byliśmy na siódmym piętrze. Nie było ucieczki.

— Szafa — szepnąłem.

Wcisnęliśmy się do środka, zasuwając drzwi. Przez szpary widzieliśmy, jak drzwi wejściowe otwierają się z hukiem. Do pokoju weszło dwóch mężczyzn w kominiarkach. Jeden trzymał pistolet z tłumikiem.

Przeszukali pokój szybko, metodycznie. Gdy jeden z nich podszedł do szafy, wstrzymałem oddech. Jego dłoń chwyciła za klamkę.

Nagle drugi krzyknął:

— Nie ma ich! Spadajmy!

— Sprawdź łazienkę.

Odszedł od szafy. Po chwili usłyszeliśmy trzask drzwi i ciszę.

Czekaliśmy jeszcze dziesięć minut, zanim odważyliśmy się wyjść. Pokój był zdemolowany, laptop zniszczony, ale pendrive wciąż miałem w kieszeni.

— Musimy uciekać — powiedziałem. — Ale najpierw musimy dowiedzieć się, kim naprawdę jest Sarah Goldstein.

Sara spojrzała na mnie z bólem w oczach.

— Moja matka miała siostrę bliźniaczkę. Zmarła przy porodzie, tak mi mówiono. Ale może to nieprawda. Może ona żyje?

— Gdzie możemy to sprawdzić?

— W archiwach kościelnych. Moja babka była gorliwą katoliczką, wszystko notowała w rodzinnej biblii. Ta biblia jest u mojej ciotki w Queens.

— Jedziemy.

Na zewnątrz lało jak z cebra. Złapaliśmy taksówkę i pojechaliśmy do Queens. Deszcz bębnił o dach, a wycieraczki z trudem nadążały. W powietrzu unosił się zapach mokrej wełny i ozonu.

Ciotka Mabel mieszkała w małym domku z ogródkiem. Gdy otworzyła drzwi, jej twarz wyrażała zdziwienie, ale też ciepło.

— Saro, kochanie, co się stało? Wyglądasz okropnie.

— Ciociu, potrzebujemy rodzinnej biblii. Szybko.

Mabel poprowadziła nas do salonu, pachnącego lawendą i starymi meblami. Na komodzie leżała gruba, skórzana księga.

Rodzinna Biblia jako klucz do tożsamości. Odkrycie prawdy o adopcji Sary i mrocznej przeszłości rodziny Goldsteinów zapisanej na pożółkłych stronach.

Sara przerzucała kartki, aż dotarła do strony z drzewem genealogicznym. Palcem wskazała na wpis: „Rachel Goldstein, ur. 1960, zm. 1960”. Obok, tym samym atramentem: „Ruth Goldstein, ur. 1960, zm. 2010”.

— Dwie siostry — szepnęła. — Rachel zmarła przy porodzie, Ruth przeżyła. To moja matka.

— A tu? — wskazałem na dół strony. Był dopisek innym charakterem pisma: „Córka Rachel: Sara Goldstein, adoptowana przez Ruth w 1985”.

Sara spojrzała na mnie oszołomiona.

— Jestem adoptowana? I moja biologiczna matka miała na imię Rachel? Ta sama, która zmarła?

— Ta sama, która według dokumentów założyła Aeternę — dodałem cicho. — Twoja biologiczna matka nie umarła przy porodzie. Ona żyła, urodziła ciebie, a potem oddała siostrze. I prawdopodobnie wplątała się w jakiś mroczny interes.

W tym momencie zadzwonił mój telefon. Ten sam nieznany numer co wcześniej.

— Słucham — warknąłem.

— Widzę, że jesteście w Queens. Ładna okolica. Radzę nie szukać dalej. Rachel Goldstein nie żyje od 2010 roku, tak jak w biblii. Ale jej córka… cóż, Sara nią jest. I ma do odebrania spadek. Duży spadek. Ale pod warunkiem, że przestaniecie węszyć.

— Kim pan jest? — krzyknąłem.

— Kimś, kto dba o interesy rodziny. Do widzenia.

Rozłączył się.

Chris powiedział Sarze treść rozmowy.

Sara oparła się o ścianę.

— On wie o mnie wszystko. Moja matka… biologiczna… była w to zamieszana.

— I ty jesteś jej jedyną spadkobierczynią. A jeśli zginiesz, pieniądze trafią do Aeterny? Albo do kogoś innego?

Ciotka Mabel patrzyła na nas ze strachem.

— Dzieci, co wyście narobili?

Nie mieliśmy czasu tłumaczyć. Musieliśmy działać.

Następny cel: klinika Reida. Zanim oni dopadną nas pierwsi.

Koniec części 2

Reklama

Najnowsze

Reklama
Poprzedni artykuł
Następny artykuł

Zobacz podobne:

Reklama