Część 3: Deprecjacja wartości
Do New Jersey dojechaliśmy wynajętym samochodem, starą toyotą, którą kupiłem za gotówkę od gościa spod sklepu. Podeszwy butów lepiły się do gumowych mat, a w środku śmierdziało papierosami i potem. Ale działała.
Klinika Reida mieściła się w eleganckim, nowoczesnym budynku na obrzeżach Princeton. Szkło, stal, idealnie przystrzyżone trawniki. Na parkingu stały same drogie auta – mercedesy, BMW, nawet kilka porsche. Pacjenci z grubymi portfelami.

Zaparkowaliśmy w pewnej odległości, pod pretekstem spaceru po parku. Sara miała na sobie perukę, którą kupiliśmy w drodze – krótkie, blond włosy. Ja włożyłem okulary i czapkę z daszkiem.
— Plan? — zapytała.
— Wejdziemy osobno. Ty udajesz pacjentkę, chcesz konsultacji. Ja spróbuję dostać się do archiwum. Spotkamy się za godzinę w tej kawiarni naprzeciwko.
Skinęła głową.
W recepcji pachniało orchideami i pieniędzmi. Młoda recepcjonistka z idealnym uśmiechem spytała, w czym może pomóc.
— Dzień dobry, nazywam się Sara Nowak — skłamała gładko. — Chciałabym umówić się na konsultację w sprawie leczenia. Mam skierowanie od lekarza.
— Oczywiście. Pani dokumenty?
Sara podała fałszywy dowód, który załatwiłem przez znajomego. Recepcjonistka wpisała dane do komputera.
— Niestety, pan doktor Reid jest bardzo zajęty. Najbliższy wolny termin za trzy tygodnie.
— A może udałoby się wcześniej? Jestem w trudnej sytuacji…
Recepcjonistka spojrzała na nią z udawanym współczuciem.
— Przykro mi, taki jest grafik.
W tym czasie ja krążyłem po korytarzach, udając zagubionego gościa. Klinika była labiryntem. Minąłem gabinet zabiegowy, z którego dobiegał szum aparatury i stłumiony jęk. Potem skręciłem w korytarz prowadzący do archiwum. Drzwi były zamknięte na kartę magnetyczną.
Potrzebowałem pomocy.
Wróciłem do recepcji, gdzie Sara właśnie kończyła rozmowę. Dałem jej znak. Podeszła.
— Nie wejdę tam bez karty — szepnąłem. — Musimy zdobyć czyjąś.
— Pacjenci mają karty? — spytała.
— Personel.
W tym momencie z windy wyszedł wysoki, siwowłosy mężczyzna w białym kitlu. Miał pociągłą twarz, wąskie usta i oczy koloru lodu. Doktor Reid. Rozpoznałem go ze zdjęć w internecie. Szedł pewnym krokiem w stronę archiwum. Przyłożył kartę do czytnika, drzwi się otworzyły.
Gdy zniknął w środku, podeszliśmy bliżej. Drzwi zamknęły się za nim.
— Czekamy — powiedziałem.
Sara podeszła do drzwi, przykucnęła udając że poprawia buta, a w okolicach progu przykleiła gumę do żucia do niej spinkę, ołówek i gumkę do włosów.
— Zapytałem co robi
— Widziałam to na filmie, jeśli sie uda gumka odepchnie ołówek który przyblokuje drzwi jak ktoś je otworzy
Po dziesięciu minutach wyszedł. Trzymał w ręku grubą teczkę. Minął nas, nawet nie patrząc. Gdy zniknął za rogiem, Sara podeszła do drzwi pchneła je delikatnie.
— udało się — szepnęła.
Otworzyliśmy drzwi i weszliśmy do archiwum. W środku panował chłód, klimatyzacja pracowała z głośnym szumem. Półki uginały się od segregatorów. Szukaliśmy tych z napisem „Aeterna” lub „Polisy”.
Po kilku minutach Sara znalazła segregator z czerwoną etykietą: „Beneficjenci specjalni”. Otworzyła go.
W środku były umowy. Każda z nazwiskiem pacjenta, datą rozpoczęcia terapii, przewidywaną datą śmierci i kwotą polisy. Przy każdej adnotacja: „zgoda rodziny” i podpis. Ale podpisy były sfałszowane – te same nazwiska co w dokumentach, ale wyraźnie kopiowane.
I na końcu lista wypłat. Ostatnia: „Michael Goldstein, 5 mln $, wypłacono 15.11.2024, beneficjent: Aeterna Trust”.
— Mike — wyszeptała Sara. — Oni już dostali pieniądze. Jeszcze przed jego śmiercią.
— To znaczy, że śmierć była zaplanowana. Oni wiedzieli, że zginie.
Sara zadrżała.
Nagle usłyszeliśmy kroki na korytarzu. Ktoś szedł w stronę archiwum. Szybko schowaliśmy segregator na miejsce i ukryliśmy się za regałem.
Drzwi się otworzyły. Weszło dwóch mężczyzn – ten sam typ co w hotelu: czarne kurtki, krótkie włosy, twarde spojrzenia. Przeszukiwali pomieszczenie.
— Mamy sygnał, że ktoś się włamał — powiedział jeden.
— Sprawdź tam.
Byli coraz bliżej. Wiedziałem, że za chwilę nas znajdą. Chwyciłem Sarę za rękę i pociągnąłem w stronę wyjścia ewakuacyjnego na tyłach archiwum. Drzwi były ciężkie, ale ustąpiły.
Wpadliśmy na klatkę schodową. Zbiegliśmy na dół, na parking podziemny. Tam, między samochodami, przeciskaliśmy się do naszego auta.
Gdy wsiadaliśmy, zobaczyłem w lusterku, że dwaj mężczyźni wybiegli z budynku i rozglądają się. Ruszyłem z piskiem opon.
— Udało się — sapnęła Sara.
— Na razie. Ale oni wiedzą, że to my. Mają nasze rysopisy.
Jechaliśmy w stronę Nowego Jorku, lawirując między samochodami. Nagle z bocznej ulicy wyjechał czarny SUV i zrównał się z nami. Szyba w jego oknie opuściła się i zobaczyłem lufę pistoletu.
— Padnij! — krzyknąłem, gwałtownie skręcając w prawo.
Kula trafiła w tylną szybę, która rozprysnęła się na tysiące kawałków. Sara krzyknęła. Wjechaliśmy w wąską uliczkę, SUV za nami. Nagle przed nami wyrósł mur. Ślepy zaułek.
— Wysiadaj! — wrzasnąłem.

Wybiegliśmy z samochodu i przeskoczyliśmy przez płot. Znaleźliśmy się na tyłach jakiegoś magazynu. Śmierdziało chemikaliami i wilgotnym drewnem. Biegliśmy, nie oglądając się za siebie.
W końcu dotarliśmy do ruchliwej ulicy. Złapaliśmy taksówkę i kazaliśmy jechać na lotnisko.
— Dokąd lecimy? — spytała Sara, dysząc.
— Do Chicago. Tam mam znajomego w prokuraturze. Może nam pomóc.
Na lotnisku kupiliśmy bilety na pierwszy samolot. W poczekalni Sara oparła głowę o moje ramię. Była wyczerpana.
— Chris, boję się. Oni nie odpuszczą.
— Wiem. Ale mamy dowody. Teraz musimy je dostarczyć komuś, kto może coś zrobić.
Wsiadając do samolotu, spojrzałem na telefon. Nowa wiadomość: „Gratulacje, dotarliście na lotnisko. Ale czy na pewno chcecie lecieć do Chicago? Wasz znajomy prokurator zginął wczoraj w wypadku. Przykro mi.”
Sara zobaczyła to samo.
— Ktoś jest o krok przed nami — szepnęła.
Samolot zaczął kołować. Spojrzałem na nią. W jej oczach zobaczyłem strach, ale też determinację.
— Wysiadamy — powiedziałem.
— Co?
— To pułapka. Oni wiedzą, gdzie lecimy. Musimy zniknąć.
Wstaliśmy i podeszliśmy do stewardesy.
— Przepraszam, musimy wysiąść. Nagła sprawa rodzinna.
— Przykro mi, ale drzwi są już zamknięte. Nie możemy.
— To ważne. Proszę.
Stewardesa spojrzała na nas podejrzliwie, ale po chwili skinęła głową i poszła porozmawiać z pilotem. Po kilku minutach drzwi zostały otwarte.
Zeszliśmy z pokładu, ignorując zdziwione spojrzenia innych pasażerów.
Na lotnisku kupiliśmy nowe telefony, tanie, na kartę. Wynajęliśmy samochód w innej firmie i pojechaliśmy na południe, w stronę Filadelfii.
Po drodze zatrzymaliśmy się w motelu przy autostradzie. Pokój śmierdział stęchlizną i papierosami, ale był tani i dyskretny.
Sara padła na łóżko.
— Co teraz? — zapytała.
— Musimy znaleźć kogoś, komu możemy zaufać. Kogoś, kto nie jest w ich sieci.
— A jeśli wszyscy są?
Nie miałem odpowiedzi.
Noc zapadła szybko. Przez cienkie zasłony widziałem światła samochodów na autostradzie. Sara zasnęła, ale ja nie mogłem. Myślałem o Mike’u, o Davidzie, o wszystkich, którzy zginęli. I o tym, że Sara jest ostatnim ogniwem w łańcuchu, który może doprowadzić do prawdy.
Nad ranem zadzwonił mój nowy telefon. Znów ten sam numer.
— Pan Nowak, nie odpuszcza pan. Podziwiam. Ale proszę posłuchać. Sara Goldstein jest córką Rachel, ale Rachel nie była jej matką. Rachel była jej babką. Jej matka żyje i jest w niebezpieczeństwie. Jeśli chcecie ją uratować, przyjedźcie na cmentarz Green-Wood na Brooklynie. Dziś o północy. Przyjdźcie sami.
Rozłączył się.
Sara obudziła się i spojrzała na mnie.
— Kto to?
— Ktoś, kto wie więcej, niż mówi. I kto chce nas zwabić w pułapkę. Albo mówi prawdę.
— Idziemy?
— Idziemy.
Koniec części 3
