Reklama

Dom który ma swoje tajemnice

CZĘŚĆ III: ZEGAR

Nie spałem tej nocy.

Siedziałem w kuchni babci, przy zapalonym świetle, z nożem w dłoni. Głupie, wiem. Przeciwko temu nóż nie pomoże. Ale trzymanie go dawało złudzenie kontroli.

Około trzeciej nad ranem coś się zmieniło.

Nie dźwięk. Nie zapach. Po prostu… powietrze zrobiło się gęstsze. Jak przed burzą, kiedy czujesz ciśnienie na skroniach.

Zegar w salonie zaczął tykać.

Poszedłem sprawdzić. Stał. Wskazówki ani drgnęły, a tykanie trwało. Dochodziło spod podłogi.

Stare zegary mają swój niepodważalny urok, często oprócz wartości sentymentalnej przedstawiają też wysoką wartość finansową jako antyki, ale w przdstawionej scenerii również grozę, niepokój oraz podsycają niepewność co do dalszych wydarzeń.

Piwnica.

Tym razem nie schodziłem. Zamiast tego wziąłem z komody papiery, które babcia trzymała w sekretarzyku. Listy, umowy, wyroki sądowe. Przejrzałem wszystko, szukając jakiejkolwiek wskazówki.

I znalazłem.

Stary, pożółkły dokument. Umowa darowizny z obowiązkiem dożywocia. Podpisy: Helena i babcia. Ale data – 1942. Ta sama, co na zdjęciu. Wtedy obie były młode. Pod spodem, dopisek notariusza: Strony zgodne, akt notarialny sporządzono. Zastrzeżenie: w przypadku śmierci jednej ze stron, prawo do domu przechodzi na drugą, pod warunkiem dochowania wierności tajemnicy rodzinnej.

Jaka tajemnica?

Wertowałem dalej. Aż trafiłem na list, pisany ręką Heleny, datowany na dzień przed jej zniknięciem:

Siostro, wygrałaś dzięki kłamstwu. Ale ja nie potrzebuję sądów. Podpisałam z nim umowę. On pilnuje domu. On cię dopadnie. I wróci ze mną.

Pod spodem, inny charakter pisma – babci, ale drżącą ręką, jakby pisała w ostatnich latach życia:

Helena wezwała coś zza granicy. Myślałam, że zamknę to w piwnicy. Ale ono czeka. Na nią. Albo na kogoś z naszej krwi.

Zegar przestał tykać.

I wtedy usłyszałem śpiew.

Cichy, kobiecy, dobiegający z salonu. Wszedłem tam i zobaczyłem, że drzwi do piwnicy są otwarte, a na schodach stoi ta sama postać. Tym razem trzymała w ręku zapaloną świecę. Płomień nie migotał.

Podeszła o krok wyżej. Suknia szeleściła jak suche liście.

– Kubo – powiedziała. Głos jak szum starego radia. – Przyszedłeś jak trzeba.

Zeskoczyłem do tyłu, ale ona już stała w salonie.

– Nie bój się – szepnęła. – To nie ja jestem twoim problemem. On jest głodny. Czeka od lat. A ty podpisałeś umowę, wchodząc do piwnicy.

– Nic nie podpisywałem!

– Ziemia – powiedziała. – Dotknąłeś ziemi. To wystarczy.

Płomień zgasł. Ciemność.

Kiedy światło wróciło (tym razem sam zapaliłem lampę), w salonie nikogo nie było. Tylko na podłodze leżała gałązka jaśminu i mokry ślad stopy.

Pobiegłem do drzwi, wybiegłem przed dom. Noc była księżycowa, jasna. Zza węgla wychodziła pani Krystyna. W koszuli nocnej, boso.

– Słyszałam krzyk – powiedziała.

– Ona tu była! Helena!

Tajemnicza postać małej ciemnowłosej dziewczynki w oknie, nie wiadomo kim jest, jakie ma zamiary ani co ją sprowadza ale nie jest to postać którą chcielibyśmy spotkać w opuszczonym domu który dostaliśmy w spadku.

Pani Krystyna pokręciła głową.

– To nie Helena, chłopcze. To coś, co ona wezwała. Ono tylko przybiera jej postać. A teraz…

Urwała. Patrzyła na dom.

– Spójrz.

Okno na piętrze, w pokoju babci, było otwarte. A w nim stała mała dziewczynka. Ciemnowłosa, w białej sukience. Patrzyła wprost na mnie.

– Kim jest to dziecko? – wyszeptałem.

Pani Krystyna złapała mnie za rękę. Jej palce były lodowate.

– To nie dziecko. To egzekucja umowy. Ono przyszło po ciebie.

Dziewczynka uśmiechnęła się i machnęła ręką.

I wtedy pani Krystyna runęła na ziemię.

Reklama

Najnowsze

Reklama
Poprzedni artykuł
Następny artykuł

Zobacz podobne:

Reklama