CZĘŚĆ VI: REGULACJE
Schody skrzypiały pod moimi stopami, ale tym razem inaczej. Każdy stopień wydawał z siebie dźwięk, który nie ginął w ciemności, tylko wracał do mnie zmieniony – jakby ktoś odpowiadał.
Na dole czekało światło.
Nie paliło się, nie świeciło – po prostu było. Unosiło się nad ziemią, nad tym samym kopcem, który teraz wyglądał jak świeżo rozkopany grób. A w nim, zamiast cienia z tysiącem oczu, siedział mężczyzna.
Młody. Przystojny. W niemieckim mundurze, ale bez dystynkcji. Patrzył na mnie oczami pełnymi smutku.
– Siadaj – powiedział. Głos miał ludzki, zmęczony. – Czekałem na kogoś, kto zna przepisy.
To był on. Tata Mai. Albo to, co udawało tatę Mai.
Stanąłem naprzeciwko.

– Nie przyszedłem siadać. Przyszedłem zakończyć umowę.
Skinął głową, jakby spodziewał się tych słów.
– Wiem. Ta mała ci powiedziała? Ta, która udaje twoją kuzynkę?
– Mówiła, że jest regulacją. Przepisem.
Zaśmiał się gorzko.
– Regulacja. Ładne słowo. Prawda jest taka, że ona jest częścią mnie. Moim sumieniem, które od lat mówi mi, że źle zrobiłem. Tylko że ja nie mogę tego odkręcić sam. Potrzebuję kogoś z zewnątrz. Kogoś, kto wniesie spór sądowy w moim świecie.
Rozejrzałem się. Wokół nas, w półmroku, stały cienie. Wiele cieni. Wśród nich rozpoznałem kobietę w kraciastej koszuli, kilkoro dzieci, staruszka z laską. Wszyscy patrzyli na mnie.
– Oni przyszli przez ciebie – powiedział mężczyzna. – Przez lata brałem ich, bo umowa na to pozwalała. Miałem prawo do dusz, które dobrowolnie dotknęły ziemi. Ale ty powiedziałeś coś, co zmieniło wszystko.
– Co takiego?
– Że Helena działała w stanie niepoczytalności. I masz rację. Ona była zrozpaczona, oszalała z bólu. To unieważnia roszczenia. To jak windykacja długu wobec kogoś, kto podpisał pod przymusem. Sądy to unieważniają. Tylko że ja nie znam waszych sądów. Ja znam tylko swoje prawo.
Wstał. Podszedł do mnie. Był niższy, niż myślałem, ale jego obecność wypełniała całą piwnicę.
– Pomożesz mi to odkręcić? – zapytał. – Pomożesz mi ich uwolnić?
– Dlaczego miałbym ci pomagać? Skrzywdziłeś tylu ludzi.
– Bo jestem zmęczony – powiedział po prostu. – Siedzę tu od 1942 roku, pilnując umowy, której nie chciałem. To ona mnie wezwała, nie ja ją. Ja tylko odpowiedziałem na wołanie. I tak, skorzystałem, bo mogłem. Ale to nie znaczy, że chcę tak żyć wiecznie.
Spojrzałem na cienie. Na kobietę w kraciastej koszuli, która skinęła głową. Na dziecko, które uśmiechnęło się do mnie nieśmiało.
– Czego ode mnie chcesz?
– Unieważnienia. Oficjalnego. W waszym świecie, w moim świecie, gdzieś pośrodku. Potrzebuję świadka, który powie: ta umowa była nieważna od początku. I potrzebuję dokumentu.
– Jakiego dokumentu?
Sięgnął do kieszeni munduru i wyciągnął zwinięty pergamin. Rozłożył go. Był zapisany w dwóch językach – po polsku i w czymś, czego nie znałem, może w języku sprzed wieków.
– To oryginał. Umowa Heleny. Jeśli na dole dopiszesz, że była nieważna, i podpiszesz się jako świadek, to będzie dla mnie jak wyrok sądu. Będę mógł ich puścić. I sam odejść.
– A jeśli nie podpiszę?
Wzruszył ramionami.
– Zostaniesz tu z nami. Oni nie chcą cię skrzywdzić, ale nie będą mieli wyboru. Umowa wymaga ofiary. Jeśli nie unieważnisz starej, musisz dać nową. Siebie.
Cienie poruszyły się niespokojnie.
Wziąłem pergamin. Czytałem go powoli, starając się zrozumieć każde słowo. To była klasyczna umowa cywilna – tyle że jedną ze stron był on. Były w niej paragrafy o egzekucji, o roszczeniach majątkowych, o przechodzeniu długu na spadkobierców. I była klauzula, której wcześniej nie zauważyłem: W przypadku śmierci dłużnika przed spłatą zobowiązania, wierzyciel ma prawo do przejęcia jego dóbr doczesnych i wiecznych, chyba że dłużnik działał pod przymusem, co musi zostać potwierdzone przez dwóch świadków ze świata żywych.
– Dwóch świadków – powiedziałem głośno. – Ja jestem jeden. Potrzebuję drugiego.
Mężczyzna zmarszczył brwi.
– To problem. Tu nie ma innych żywych.
Wtedy z góry dobiegł głos.
– Jestem ja.
Maja stała na schodach. Tym razem bez uśmiechu, bez tej dziwnej mądrości w oczach. Zwyczajna dziewczynka, trochę przestraszona.
– Ona nie jest żywa – powiedział mężczyzna. – To moja część, moje sumienie.
– Ale mogę być świadkiem – odparła Maja. – Bo jestem też częścią ciebie. A jeśli ona i on podpiszą, to będzie jak regulacja prawna z dwóch stron – żywej i nieżywej. To powinno wystarczyć.
Mężczyzna patrzył na nią długo. Potem skinął głową.
– Masz rację. Jesteś mądrzejsza ode mnie. Zawsze byłaś.
Podał mi pióro. Stalówkę maczaną w czymś, co wyglądało jak atrament, ale pachniało jaśminem.
– Pisz – powiedział.
Dopisałem na dole: Umowa niniejsza zostaje unieważniona z powodu działania dłużniczki w stanie wyłączającym świadome podjęcie decyzji. Strony zwalnia się z wszelkich zobowiązań. Dług umorzony.
Podpisałem się.
Maja podeszła bliżej. Wzięła pióro. I podpisała się: Maja, sumienie.
Przez moment nic się nie działo.
Potem pergamin zajął się ogniem. Płonął jasno, czysto, bez dymu, bez gorąca. Kiedy spłonął, w piwnicy zrobiło się jaśniej. Cienie zaczęły nabierać kształtów, kolorów, życia.
Kobieta w kraciastej koszuli uśmiechnęła się do mnie. Była piękna, młoda, żywa.
– Dziękuję – powiedziała. – Wracam do domu.
I zniknęła.
Dzieci znikały jedno po drugim, każde mówiło „dziękuję” lub machało ręką. Staruszek z laską ukłonił się nisko.
Został tylko on. Mężczyzna w niemieckim mundurze. I Maja.
– A ty? – zapytałem. – Gdzie ty pójdziesz?
Spojrzał na Maję.
– Ona zdecyduje. Jest moim sumieniem. Jeśli uzna, że zasłużyłem na spokój, pójdę dalej. Jeśli nie – zostanę tu sam.
Maja podeszła do niego. Położyła mu dłoń na policzku.
– Byłeś głupi – powiedziała cicho. – I samotny. I zły. Ale nie byłeś zły do końca. Możesz odejść.
Uśmiechnął się. I rozpłynął się w powietrzu, ale nie jak cień – jak mgła o świcie, która ustępuje słońcu.
Maja odwróciła się do mnie.
– Zostałam ja – powiedziała. – Tylko ja. Bo on odszedł, a ja jestem tym, co po nim zostało. Mogę zostać z tobą, jeśli chcesz. Albo mogę iść dalej, pilnować innych umów, innych światów.
– Zostań – powiedziałem bez namysłu. – Chociaż na trochę. Żeby nie było tak pusto.
Uśmiechnęła się. Tym razem zwyczajnie, po ludzku.
Wyszliśmy z piwnicy razem.
Na górze czekał świt. Prawdziwy, złoty, pachnący wilgotną trawą i świeżym powietrzem. Dom stał cicho, ale to była dobra cisza – taka, w której słychać ptaki i szum lasu, nie tykanie zegara, który nie powinien chodzić.
Maja usiadła na schodkach przed domem.
– Będzie dobrze – powiedziała. – Ale musisz wiedzieć jedno.
– Co?
– On nie zniknął do końca. Tam, gdzie są umowy, zawsze jest ktoś, kto ich pilnuje. Może za sto lat ktoś inny wejdzie do innej piwnicy, podpisze inny cyrograf. I wtedy ktoś będzie musiał zejść i negocjować. Taki jest świat.
– To smutne.
– To sprawiedliwe – odparła. – A sprawiedliwość bywa smutna. Ale ty zrobiłeś dziś coś dobrego. Uwolniłeś ich. To wystarczy na dzisiaj.
Wstała, przeciągnęła się.
– Idę spać – powiedziała. – Jestem zmęczona. Ty też się prześpij. Jutro czeka nas kancelaria notarialna, spadki, dokumenty prawne i cała masa papierków. Twoja babcia zostawiła dom tobie, ale trzeba to formalnie potwierdzić.

– Skąd wiesz?
Uśmiechnęła się przez ramię, wchodząc do domu.
– Jestem regulacją. Znam przepisy.
Zostałem sam na schodkach.
Słońce wschodziło powoli, złocąc dach, oświetlając okna, w których już nikt nie stał i nie patrzył. Wziąłem głęboki oddech. Powietrze pachniało tylko lasem, tylko porankiem.
Po chwili wstałem i wszedłem do domu.
W kuchni na stole leżała kartka. Nowa, czysta. Długopis obok.
I dopisek drobnym, dziecięcym pismem:
Kuba – zrobiłeś herbatę? Ja już śpię, ale jak wstanę, to opowiem ci o 1968. Wtedy też było ciekawie. I weź sprawdź zegar w salonie – chyba trzeba nakręcić. Ale nie dotykaj wskazówek po zmroku.
Uśmiechnąłem się.
Schowałem kartkę do kieszeni i nastawiłem czajnik.
Za oknem ptaki śpiewały jakby nigdy nic. A dom wreszcie był domem.
—
KONIEC
Opowiadanie jest fikcją literacką. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych osób lub wydarzeń jest przypadkowe.
